piątek, 1 sierpnia 2014

Transatlantic "Kaleidoscope" (recenzja)


Od premiery "The Whirlwind", ostatniego albumu studyjnego Transatlantic, upłynęło pięć lat. To niedługo biorąc pod uwagę standard supergrupy jaką niewątpliwie tworzą Neal Morse, Roine Stolt, Pete Trewavas i Mike Portnoy. Cenieni muzycy z Wielkiej Brytanii, Szwecji i USA stanęli naprzeciw wymagającemu wyzwaniu, ponieważ musieli zmierzyć się z wielkością wspominanego dzieła z 2009 roku. Jak im poszło?

Rezultatem owego mierzenia się jest album zatytułowany "Kaleidoscope". Jego konstrukcja różni się od olśniewającego "The Whirlwind" i wzbudza skojarzenia z pierwszymi dwoma albumami Transatlantic, a więc "SMPT:e" z 2000 roku oraz "Bridge Across Forever" z 2001 roku. Otrzymaliśmy więc pięć utworów, spośród których dwa wyróżniają się niezwykle rozbudowaną i wielowątkową strukturą. Chodzi o rozpisaną na pięć części kompozycję "Into The Blue", a także liczący siedem części utwór tytułowy. W obu przypadkach mamy do czynienia z progresywno rockowym creme de la creme, tzn. utworami o nieprzyzwoicie szerokiej przestrzeni instrumentalnej, w której mieści się całe mnóstwo drobiazgów dźwiękowych chcących się odkrywać wraz z kolejnymi przesłuchaniem, a także bardzo klasycznie brzmiące zagrywki i partie wokalne, choć te ostatnie nie są odporne na udziwnienia, daje się też zauważyć ich mniejszą intensywność wobec poprzednich nagrań zespołu. Muzycy postawili na melodyjność oraz dużą liczbę wypuszczeń na poziomie gitar, perkusji i instrumentów klawiszowych, czyniąc ten album być może najbardziej instrumentalnym dziełem zespołu. To Transatlantic w wysokiej formie, będący w czołówce współczesnych przedstawicieli gatunku.


Twórcy supergrupy we wspominanych dwóch rozbudowanych kompozycjach po wielokroć sięgali do spuścizny rocka progresywnego. Od pierwszych dźwięków bez trudu daję się rozpoznać inspiracje twórczością Pink Floyd z lat 70. ubiegłego stulecia. Każdy z muzyków dorzucił też coś ze swojej macierzy spod znaku Spock's Beard, The Flower Kings, Kaipa i Marillion, w minimalnym zakresie Dream Theater, którego drapieżność nie współgra ze słoneczną progresją wydobywającą się w twórczości Transaltantic. Właśnie owe ciepło i umiejętność współpracy czterech wielkich twórców świadczą o tożsamości tej supergrupy. Od razu słychać, że to Transatlantic, a więc muzyczny projekt o wielkim ciężarze gatunkowym, choć w dwóch wspominanych utworach kwartet muzyków nie ustrzegł się niebezpiecznego balansowania na granicy chaosu. Przejścia pomiędzy poszczególnymi częściami tych utworów są na ogół odczuwalne. Na pewno nie jest to również ten poziom doniosłości, co w przypadku "The Whirlwind", zarówno jeśli chodzi o skalę zastosowanych środków instrumentalnych, jak również spójność samego dzieła.

Nieco mniej radości fanom progresywnych labiryntów dadzą też trzy pozostałe kompozycje zawarte na podstawowej wersji "Kaleidoscope", choć w każdym przypadku zespół oferuje muzykę wysokiej klasy. Singlowy "Shine" uderza do najbardziej pozytywnej emocjonalności, jaka może tkwić w człowieku. To utwór o dosyć prostej i klasycznej konstrukcji, ale ciepły klimat, który z niego emanuje mógłby bez przeszkód uchodzić za przesłanie miłości na świecie. Piękno tkwi w prostocie? Jasne! Rzecz wieńczy piękna solówka gitarowa mówiąca słuchaczowi: "Chcę, abyś był lepszym człowiekiem". Tymczasem utwór "Black as the Sky" próbuje kuchennymi drzwiami zbliżyć się do standardu rockowego w okolice przełomu lat 60. i 70. ubiegłego stulecia, a najkrótszy na krążku numer "Beyond the Sun" zadziwia poruszającym balladowym klimatem w otoczeniu smyczków, klawiszy i charakterystycznej gitary, jakiej używa choćby Paul Franklin. Te miniatury, jak na standardy Transatlantic, uchodzą za piękne wypełnienie albumu pomiędzy klamrą, którą tworzą dwa wspominane tytaniczne utwory. Muzycy supergrupy nie byliby sobą, gdyby nie przygotowali też edycji rozszerzonej albumu, gdzie znalazły się naprawdę fajnie zagrane covery takich gigantów, jak Yes, Electric Light Orchestra albo King Crimson. Poza tym "Kaleidoscope" zawiera też kilka niespodzianek innej natury, tj. zaproszonych gości, wśród których znaleźli się Chris Carmichael, Rich Mouser i znany fanom gatunku Daniel Gildenlöw.

W sumie czwarty album studyjny Transatlantic to dzieło udane, spełniające wszelkie oczekiwania fanów rocka progresywnego. Muzycy zespołu dzielnie znoszą miano supergrupy, choć też nie da się ukryć, że "Kaleidoscope" nie dorównuje wielkości "The Whirlwind". To w każdym razie piękny album, który powinien znaleźć się na półce każdego fana klasycznych progresywnych brzmień. Pozostaje więc cieszyć się z kondycji Transatlantic i czekać do kolejnej premiery.   

Ocena: 8/10

O albumie w skrócie...

Skład: Neal Morse (ik, g, w), Roine Stolt (ik, ip, g, w), Pete Trewavas (b, w), Mike Portnoy (p, w)

Tracklista:
1. Into the Blue
2. Shine
3. Black as the Sky
4. Beyond the Sun
5. Kaleidoscope

Rok wydania:
2014
Kraj: 
USA / Szwecja / Wielka Brytania

Produkcja:
Transatlantic

Dystrybucja:
Inside Out Music

Gatunek:
Rock Progresywny

Podsumowując: "[...] dzieło udane, spełniające wszelkie oczekiwania fanów rocka progresywnego"

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz