poniedziałek, 13 października 2014

Flying Colors "Second Nature" (recenzja)

Oczekiwania wobec Flying Colors są ogromne! Personalnie to jedna z najciekawszych kapel we współczesnym rocku progresywnym, a zarazem zestaw wielkich osobowości i muzyków, którzy osiągnęli sukcesy artystyczne i komercyjne. Nic więc dziwnego, że do Flying Colors przylgnął status supergrupy, który ze względu na ciężar owych oczekiwań okazuje się jednak brzemieniem. Wydany przed dwoma laty debiutancki krążek nie spełnił monstrualnych oczekiwań, podobnie będzie z drugim albumem, tegorocznym dziełem pt. "Second Nature", choć w obu przypadkach mamy do czynienia z naprawdę niezłą muzyką.

Sądzę, że "Second Nature" to nawet lepszy materiał od debiutu, co jest prawdopodobnie rezultatem dzielenia coraz większej liczby wspólnych doświadczeń przez członków Flying Colors. Chodzi zarówno o wspólne występy - przed rokiem ukazał się materiał koncertowy zespołu - jak również o czas spędzony w studio. Kapela nie próżnuje, o czym świadczy fakt, że "Second Nature" to materiał bardzo rozbudowany. Krążek zawiera dziewięć kompozycji, które ilustrują barwną mozaikę talentów wniesionych do kapeli. W tej przeszło godzinie muzyki można wszak odnaleźć dużą ilość przestrzeni instrumentalnych, do których Steve Morse wprowadził całe mnóstwo zagrywek gitarowych ze swojego szerokiego spektrum inspiracji - pomiędzy jazzem a metalem - strosząc pazury, czarując wirtuozerią i popisując się solówkami. W owych przestrzeniach z niezwykłą subtelnością wkomponowały się linie basowe Dave'a LaRue, który otrzymał też możliwość zaprezentowania kilku autonomicznych wypuszczeń. Obaj muzycy, Steve Morse i Dave LaRue, to zresztą dobrzy znajomi.

Konotacji w składzie Flying Colors nie brakuje też wśród innych twórców kapeli. Przecież nieokiełznany Mike Portnoy i zarażający spokojem ducha Neal Morse to kompani z Transatlantic, którzy współpracowali choćby w tym roku przy albumie "Kaleidoscope", ale znają się też z innych projektów. Obaj pełnią szalenie ważną rolę w muzyce Flying Colors. Drapieżny Portnoy dobrze porozumiewa się ze Steve'em Morse'em tworząc wysokiej klasy rockowe i metalowe improwizacje na poziome gitar i perkusji, zaś Neal Morse służy tej muzyce swoją chrześcijańską wrażliwością zamienioną na wspaniałe partie klawiszowe, czasem też gitary i wokale. Choć we Flying Colors, jak przystało na rasowy zespół progresywny, prawie wszyscy śpiewają to centralną postacią jeśli chodzi o wokale jest Casey McPherson. Wszechstronnie uzdolniony muzyk z Teksasu oprócz śpiewu dzierży też wiosło wspomagające Steve'a Morse'a, ale najważniejsza rola McPhersona polega na oferowaniu słuchaczom śpiewu w dopracowanej, szerokiej skali wokalnej. Właśnie dzięki angażowi we Flying Colors Casey McPherson ma zasłużone nadzieje wypłynąć do wyobraźni szerokiego słuchacza.

Całość powinna więc rzucać na kolana. Muzycy utalentowani, wszechstronni i niosący piękne talenty, świetna oprawa graficzna albumu, dobre wsparcie ze strony wytwórni i... muzyka Flying Colors jako całość na kolana nie rzuca. Myślę, że uzasadnienie znajduje porównanie, że "Second Nature" to diament, który nie odebrał prawidłowego szlifu. Nie rozumiem na tym krążku obecności takich utworów jak "One Love Forever" o irytującym motywie przewodnim, wzbudzającym skojarzenia z Zieloną Wyspą, co nijak ma się do pozostałej części tracklisty albumu. Kapeli zdarza się też przesadnie posłodzić swoje kompozycje, co dobrze odzwierciedla utwór "A Place In Your World". Nie trzeba cierpieć na cukrzycę, aby umrzeć z nadmiaru słodkich dodatków w tym numerze. Rozumiem, że Flying Colors to wielobarwna mozaika w rocku progresywnym, ale jej niektóre kolory - szczególnie wspominane przeze mnie utwory - sprawiają, że "Second Nature" stracił nieco na spójności. Aż boję się pomyśleć, co by było gdyby zespół zdecydował się usunąć oba te utwory. Krążek straciłby prawie czternaście minut zyskując w ten sposób...

...krystaliczną formę! W moim odczuciu takie wielowątkowe progresywne struktury, jak "Open Up Your Eyes" i "Cosmic Symphony", to crême de la crême współczesnego rocka progresywnego. Utwory pełne pięknych partii instrumentalnych, niepośpieszne, zmieniające się niczym otaczająca nas natura. To Flying Colors w doskonałej postaci. Takiej, która pozwala uwydatnić wielkie umiejętności twórców zespołu. Muszę przyznać, że dawno zdarzyło mi się uronić łzę słuchając muzyki, szczególnie amerykańskiego rocka progresywnego, ale taki stan zdołał odmienić utwór pt. "Peaceful Harbor". To niezwykle piękna ballada o przejmujących i szczerych partiach wokalnych, zwieńczona monumentalnym finałem, utrwalająca się na stałe w pamięci. Względem poprzedniego albumu muzycy Flying Colors odrobili też lekcję w tworzeniu utworów mniej złożonych, mających singlową nośność, ale jednocześnie oferujących słuchaczowi wiele interesujących tematów muzycznych. W ten klimat wpisuje się gęsty numer pt. "Mask Machine", niemalże hard rockowa rakieta pod postacią "Bombs Away" albo zgrabna ballada w kompozycji zatytułowanej "Lost Without You". To wysoka i nieprzekombinowana forma Flying Colors.

Mam więc dużo żalu do zespołu, że oprócz wielu podniosłych lub trafiających w punkt kompozycji zdecydował się umieścić na "Second Nature" utwory, czy też obszerne fragmenty, stojące w dużym kontraście do prawdziwych umiejętności Flying Colors. Fragmenty to niesmaczne, podane w złym guście, weselne albo wręcz biesiadne. W każdym razie dla mnie Flying Colors to przede wszystkim emocje na wysokich obcasach, zamknięte w wielowątkowych kompozycjach spinających "Second Nature" w logiczną klamrę, wypełnione też pięknymi partiami instrumentalnymi, których na tym krążku nie zabrakło. Podsumowując pozostanę chyba przy wrażeniu, że jedyny problem Flying Colors polega na pewnym rozdarciu w filozofii funkcjonowania kapeli. Z jednej strony ta supergrupa tworzy epokowe prog rockowe konstrukcje, zaś z drugiej zdarza się jej zarejestrować utwory, które spłaszczają wymowę albumu, będące też dobrym materiałem do popularnych stacji radiowych. Żałuję, że w ten klimat częściowo wpisuje się "Second Nature", ale jestem też w stanie dostrzec niewątpliwe piękno, jakie zostało zawarte w tym albumie. Czy będziecie potrafili dostrzec i wy? Może lepiej niż ja?

Ocena: 8/10

O albumie w skrócie...

Skład: Steve Morse (g), Casey McPherson (g, w), Mike Portnoy (p, w), Dave LaRue (b), Neal Morse (g, k, w)

Tracklista:
1. Open Up Your Eyes
2. Mask Machine
3. Bombs Away
4. The Fury of My Love
5. A Place in Your World
6. Lost Without You
7. One Love Forever
8. Peaceful Harbo
9. Cosmic Symphony 

I. Still Life Of The World
II. Searching For The Air
III. Pound for Pound
Kraj: 
USA

Produkcja:
Flying Colors


Dystrybucja:
Mascot Label Group

Gatunek:
Rock Progresywny

Rok wydania:
2014

Podsumowując: "[...] dawno zdarzyło mi się uronić łzę słuchając muzyki, szczególnie amerykańskiego rocka progresywnego, ale taki stan zdołał odmienić Flying Colors"

Konrad Zola

2 komentarze:

  1. Fajny album, po drugim przesłuchaniu jeden z moich ulubionych w tym roku. Piękne kompozycje, w tym te ze "słodkim dodatkami", które mnie akurat nie zemdliły :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I o to chodzi! Czytałem recenzję, że te irlandzkie wstawki są najmocniejszym punktem "Second Nature", a dla mnie to akurat rzecz niedopuszczalna na tej płycie. Widać Flying Colors trafiają do szerokiego spektrum fanów. Czy istnieje dziś szansa na nagranie albumu, który bez narzekań podobałby się każdemu? Te czasy chyba minęły w latach 70. ubiegłego stulecia jeśli chodzi o progresywnego rocka :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń