sobota, 25 października 2014

REFLEKSJA PO ZMROKU: Kiedy śpiewasz bez tekstu, to się wzruszam, czemu nie jesteś Clare Torry?

W mojej niedawno opublikowanej recenzji dotyczącej albumu "Second Nature" supergrupy Flying Colors napisałem, że dawno zdarzyło mi się uronić łzę słuchając muzyki. W istocie jeden z utworów tworzących wspominany krążek, piękny "Peaceful Harbor", odsłonił cały zestaw szklanych uczuć mieszkających głęboko pod moją skórą. Największy wpływ na owe uzewnętrznienie miały partie wokalne Caseya McPhersona, a właściwie rzecz ujmując: wokalizy, które dodatkowo zostały wzmocnione przez sekcję gospel. Na czym więc polega magia wokaliz w muzyce progresywnej?

Weźmy najpierw pod uwagę przykładową definicję, którą bez trudu można znaleźć w internecie. Otóż jako rzecze Słownik Języka Polskiego wokaliza to: "śpiewanie melodii bez tekstu, polegające na powtarzaniu samogłoski lub sylaby". Tyle, że to wyłącznie sucha definicja. Taka, która nie rozpoznaje piękna, a wartości muzyczne traktuje dość abstrakcyjnie. Definicja, która nie uwzględnia, że owe śpiewanie może kształtować emocje, stać się kanonem i burzyć mury. Najbardziej klasycznym - prawdopodobnie też najpiękniejszym - przykładem progresywnej wokalizy był utwór "The Great Gig In The Sky" zawarty na słynnej płycie "Dark Side Of The Moon" Pink Floyd z 1973 roku. Ta kompozycja to właściwie przeszło cztery-i-pół minuty wariacji na temat wokalu prowadzonego intrygującym brzmieniem klawiszy. Równocześnie wariacja na temat piękna oznaczonego szczerością trudnych, acz doniosłych emocji. Kanon, o którym przed chwilą wspomniałem.


Pomyśleć, że te wokalizy rodziły się w bólach (czyli jednak per aspera ad astra?). Według ich autorki, ówcześnie mało znanej Clare Torry, muzycy Pink Floyd sami nie wiedzieli, co chcieli osiągnąć w tym utworze. Podstawą było jednak to, aby kompozycja nie zawierała słów. Sama Clare Torry w taki sposób wspomina swoją pracę przy tym pięknym utworze:  "Jedynym, co przyszło mi do głowy, było spróbować potraktować głos jak instrument, gitarę czy cokolwiek, a nie myśleć jak wokalistka". Na początku efekt nie był wcale bajkowy. To nie jest historia o czarodziejskim bucie. Wszakże dopiero inżynier dźwięku Alan Parsons połączył kilka wokaliz zaśpiewanych tego dnia przez Clare Torry i osiągnął znaną światu całość.  Dopiero wtedy też Davd Gilmour wypowiedział następujące słowa: "Zatkało nas. To było coś innego, na swój sposób jazzującego, ale zapierającego dech w piersi...". W każdym razie wkładu do tego utworu nie można odmówić fenomenalnej wokalistce, które dzięki współpracy z Pink Floyd zasłynęła na całym rockowym globie.

W istocie mówi się dziś, że wokalizy zaśpiewane na "The Great Gig In The Sky" to jedna z najwspanialszych improwizacji wokalnych, jakie utrwalono w muzyce. Nie tylko w rocku. Na świecie znalazło się też wielu naśladowców Clare Torry, autorów coverów "The Great Gig In The Sky". Jeden z najbardziej klasycznych przykładów tego typu praktyk został zarejestrowany na krążku ku chwale Pink Floyd, wydanym w 2011 roku albumie "A Collection Of Delicate Diamonds: A Tribute To Pink Floyd", w którym udział wzięli m.in. Adrian Belew, Chris Squire, Derek Sherinian, Glen Hughes, Ian Anderson, Rick Wakeman czy Tony Levin. Aż dziw bierze, że tacy uznani muzycy podpisali się pod rzeźnią, którą niejaka enigmatyczna C. C. White uskuteczniła na "The Great Gig In The Sky". Jej partie wokalne w tym utworze nie są w stanie nawet w małym stopniu konkurować z oryginałem, choć zostały nagrane prawie czterdzieści lat później! To tylko świadczy o wyjątkowości oryginału. 


Kiedy sięgam pamięcią do innych nagrań o wokalizującej sile rażenia w muzyce progresywnej to mam trudności, aby odnaleźć ten poziom magii, który zaoferowała Clare Torry na płycie Pink Floyd. Wydaje mi się, że po 1973 roku nie zaistniało wiele przypadków, w których utwór zostałby zdominowany przez wokalizę. Może to jest dziś kierunek dla rocka progresywnego? Wyjątkiem od reguły jest z pewnością Lisa Gerrard, która na wielu płytach Dead Can Dance dotknęła ideału jeśli chodzi o improwizacje wokalne. Szczególnie zachwyciły mnie jej liczne wokalizy na krążku pt. "Spiritchaser" z 1996 roku. To wspaniały przykład nieskazitelnych umiejętności Australijki, jej sposobu koegzystencji ze światem dźwięku (dźwiękiem świata), a także trudnej do opisania słowami symbiozy wokalu z instrumentami. Lisa Gerrard swe wielkie umiejętności zaproponowała też na wielu innych płytach Dead Can Dance, a także na swoich krążkach solowych.
 

Trudno byłoby też nie wspomnieć o nieodgadnionej dzikusce Kate Bush, najczęściej kojarzonej poprzez pryzmat zaczepnych prób wokalnych w utworze "Wuthering Heights", często też ze swego temperamentu. Wspaniale pod względem improwizacji prezentowały się również Lee Douglas na wielu krążkach Anathemy, a także Elin Larsson na dużym debiucie Blues Pills z 2014 roku. Wszystkie te damy łączy jednak to, że nigdy nie osiągnęły takiego rozmachu improwizacji wokalnej, jaki miał miejsce w przypadku Clare Torry. Żadna z nich nie pozwoliła sobie na zarejestrowanie utworu, który zostałby poprowadzony wyłącznie wokalizami. Choć to już nie progresja, ale Cristina Scabbia z gotyckiego Lacuna Coil wpisuje się w owy nurt często poświęcając refren lub fragment utworu na swe wokalizy, będące chyba najmocniejszym punktem włoskiego zespołu. Takie utwory, jak choćby "Our Truth" z 2006 roku, nie miałyby szans zaistnienia gdyby nie improwizacje wokalne pięknej damy z Italii. 

Swoją drogą trudno wyobrazić sobie utwór "Jeremy" z repertuaru Pearl Jam, gdyby nie fenomenalny finał zbudowany z wokaliz Eddiego Veddera, którym w przyszłości nie dorównał żaden cover. Wracając do muzyki progresywnej, tym razem w męskim wydaniu, dobrze na gruncie improwizacji wokalnych czuje się Mariusz Duda. Muzyk, które wielokrotnie pozwolił sobie na wokalizy w utworach Riverside i Lunatic Soul. Choć też nigdy nie zbliżył się do rozmachu Clare Torry, to stara się przecierać ten trudny szlak muzycznej ekspresji. Zupełnie (lub w minimalnym zakresie) po takie środki nie sięgają giganci wokalu progresywnego, m.in. James LaBrie, Steven Wilson, Arjen Lucassen czy Mikael Akerfeldt.

Konkluzja nie musi być więc bardzo optymistyczna. Kiedy Clare Torry nagrywała epokowe wokalizy do "The Great Gig In The Sky" to myślała o śmierci, za swoją pracę (artystyczną eksplozję) dostała trzydzieści funtów, a przeszło trzydzieści lat nie była nawet traktowana jako współautorka kompozycji. Utwory improwizowane wokalnie przez Lisę Gerrard w Dead Can Dance też nie należą do najbardziej optymistycznych, a ostatnie wielkie wzruszenie jakie doznałem w utworze "Peaceful Harbor" były w istocie opowieścią o bólach przemijania... czy więc zapadająca w pamięć wokaliza musi mieć genezę w pesymistycznym klimacie? Równie ważne pytanie brzmi dlaczego najbardziej magiczny utwór z improwizowaną wokalną został nagrany przeszło czterdzieści lat temu i żaden inny twórca już nie sięgnął po tego typu środki w muzyce? Odpowiedzi, tak jak w przypadku wokaliz, musimy sobie wyobrazić. 


Konrad Zola

4 komentarze:

  1. Wokalizy odgrywają ważną rolę także w takich utworach, jak np. "Child in Time" Deep Purple, "The Prophet's Song" Queen, albo "Achilles Last Stand" Led Zeppelin. Zespoły te oczywiście nie należą do nurtu rocka progresywnego (chociaż DP przez jakiś czas był tak traktowany), ale te kompozycje jak najbardziej można do niego zaliczyć ;)

    PS. Od czytania białych liter na czarnym tle bardzo bolą oczy. Czy mógłbyś np. dać lekko ciemniejsze litery? Choćby najjaśniejszy odcień szarości ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za opinię i podrzucenie kilku kawałków do rozważań :) Natomiast opinia o kolorystyce trochę mnie zabiła, miałem wrażenie, że biało na czarnym jest tak samo czytelne jak czarno na białym, przydałyby się jeszcze jakieś opinie w tym temacie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I masz rację ;) Biało na czarnym czy czarno na białym, efekt jest ten sam - po czytaniu takiego tekstu na ekranie komputera, przez jakiś czas widzi się poziome paski (zwłaszcza po przejściu ze strony o czarnym tle na stronę z białym tłem, lub odwrotnie). Za duży kontrast. Ja mam na blogu ustawiony kolor liter "#dddddd" zamiast "#ffffff" (czyli czystego białego) i różnica jest właściwie niewidoczna, a oczy nie bolą ;)

      Usuń
  3. do wokaliz sięgających geniuszu zaryzykowałbym dorzuci jeszcze EMILIĘ DERKOWSKĄ z Quidam. Wokaliza w utworze Nocne widziadła na płycie z 1996 r. jak najbardziej może być porównywalna z tym co jest na Dark side of the moon. Równie piękne, wyraziste, emocjonalne, treściwe i przejmujące wypowiedzenie kobiecego cierpienia, pragnień, strachu i pożądania. Cudo. A żeby jeszcze nie kończyć i przekonać się jakie przepiękne rzeczy powstawały 20 lat temu w Polsce, to polecę sięgnąć na płytę pierwszą Albionu oraz utwór Golghota. Choć tu geniusz gitary przesłaniać będzie całą resztę.

    OdpowiedzUsuń