czwartek, 20 listopada 2014

Devin Townsend "Z²" (recenzja)

Devin Townsend to nieodgadniony muzyczny umysł. Czasem mam wrażenie, że Kanadyjczyk nie jest człowiekiem tylko kosmitą, który spadł na Ziemię wraz z Ziltoidem. Ów stwór powrócił! Jest on głównym bohaterem płyty "Dark Matters", czyli drugiej części najnowszego albumu Townsenda zatytułowanego "Z²". Pierwszą część dzieła tworzy płyta pt. "Sky Blue". Otrzymaliśmy więc w tym roku mnóstwo premierowego materiału od kanadyjskiego muzyka i jego gangu artystycznych wariatów.

Pierwszy krążek, o dość niewinnie brzmiącym tytule "Sky Blue", oferuje dwanaście kompozycji utrzymanych w charakterystycznym klimacie znanym z ostatnich solowych nagrań Devina Townsenda. Mamy tu więc do czynienia z dużą ilością instrumentów, gęstym brzmieniem i urozmaiconymi wokalami. Towarzyszką śpiewu Kanadyjczyka jest współpracująca z nim w przeszłości urocza Anneke Van Giersbergen, a sekcję instrumentalną uzupełniają muzycy, wśród których można wymienić m.in. Ryana Van Poederooyena  i Dave'a Younga, czyli inne persony, które powinny być znane fanom twórczości Townsenda. W sumie więc "Sky Blue" nie zaskakuje. Materiał bywa drapieżny, ale tylko we fragmentach. Przesłanie tego krążka miało zasygnalizować słuchaczowi istnienie uspokojonego świata, nieco wręcz leniwego i beztroskiego, na pewno zwiewnego i kołyszącego, niczym ciepły wiosenny wiatr. Takie utwory, jak "Fallout", "A New Reign", "Midnight Sun", eteryczna ballada "Forever" i tytułowy balladozaur "Sky Blue" dobrze oddają w sekcji instrumentalnej owy klimat - to dobre rockowe kawałki, choć właściwie standardy twórczości znane nie od dziś fanom Townsenda.

Równocześnie muszę przyznać, że w trackliście "Sky Blue" szczególnie polubiłem te fragmenty, w których sekcja wokalna znajduje się wyraźnie przed instrumentami, jak w utworze "Universal Frame", ponieważ zdarzyło się na tym krążku, że zbyt gęsto zaprezentowane partie instrumentalne przesłoniły wokale. Tym bardziej "Universal Frame" zasługuje na uwagę, że w utworze dochodzi do wspaniałego dialogu pomiędzy Devinem a Anneke. Dobrze na tej płaszczyźnie brzmi kompozycja "Warrior" o tworzących intrygujące wrażenie podniosłych partiach chóru, a totalnie porywa numer "Silent Milita" o fantastycznym wibrującym klimacie, którego wrażenie potęgują efekty elektroniczne. Na "Sky Blue" Devin Townsend zmieścił też dwie bardzo rozbudowane kompozycje. Chodzi o hipnotyzujący utwór "Rain City", będący zaiste instrumentalnym odzwierciedleniem owego spokojnego świata, a także o numer zatytułowany "Before We Die", który na przeszło osiem minut przenosi słuchacza przed oblicza Devina i Anneke, uwikłanych w kolejny piękny dialog w tle wibrującej kompozycji. Rzecz wieńczy subtelna miniaturka pod postacią "The Ones Who Love", która wcale nie zapowiada nadchodzącej burzy. W objęciach utworów umieszczonych na "Sky Blue" można poczuć się ciepło i bezpiecznie, choć krążek zawiera też niemalże nieodczuwalne sygnały wysyłane zza niebieskiej pierzyny.

Czy wspominałem, że najnowsze dzieło Devina Townsenda to album zarejestrowany jakby w dwóch wymiarach? Co tam wymiary! To prawdziwa muzyczna wojna światów!

Muzyka zawarta na "Sky Blue" właściwie nie zapowiadała nadchodzącej burzy, którą swoim przybyciem na Ziemię rozpętał Ziltoid. Losy tego stworzenia zostały przedstawione przez Devina Townsenda w konwencji scenariusza filmowego na drugiej płycie "Z²". Okazuje się bowiem, że "Dark Matters" to nie tylko muzyka, ale też wciągająca przygoda. Słuchacz staje się świadkiem dialogów prowadzonych przez wyraziste postacie, a także uczestnikiem zagęszczającej się fabuły i nagłych zwrotów akcji. Narracja prezentuje się na tyle przekonująco, że czasem można zapomnieć o muzyce, która spełnia funkcję tła dla toczącej się historii. Sekcja wokalna, łącznie z narratorem i demonicznymi chórami, okazuje się potężnym atutem płyty "Dark Matters", czemu dowód dają choćby takie części materiału, jak kompozycje "War Princess" albo "Through The Wormhole" połączona z wieńczącym dzieło utworem "Dimension Z". W sumie dawno na rynku nie ukazał się krążek, który umożliwiałby słuchaczom przeżycie historii w konwencji dobrego filmu science fiction. Tu jednak obraz zostaje zastąpiony wyobraźnią słuchacza - świetna rozrywka!

W odniesieniu do samej muzyki o ile w utworach "Sky Blue" mamy na ogół do czynienia z rockowymi standardami w stylu Devina Townsenda, o tyle kompozycje zawarte na "Dark Matters" jawią się jako drapieżne metalowe strzały zagrane w podniosłej oprawie. Najlepiej w ten klimat wpisują się takie numery jak "Ziltoidian Empire" o kapitalnym zestawie gitarowym albo wściekłe utwory "Deathray" i "Ziltoid Goes Homes", będące najlepszą ilustracją dzikości, jaka drzemie w Devine Townsendzie. Ten krążek oferuje także możliwość włączenia się do fenomenalnego marszu instrumentalnego na poziomie kompozycji "March Of The Poozers", wysyła również słuchaczowi sygnał o dużej oryginalności twórców, choćby w znakomicie złamanym numerze "Wandering Eye" albo zaskakującej kompozycji "Earth". W zawartości "Dark Matters" znalazło się też nieco humoru, a zarazem solidna dawka mroku. Proporcje zostały dobrane z największą starannością w taki sposób, że cały materiał nie kończy się po jednym, piątym czy dziesiątym przesłuchaniu. To historia, do której można wielokrotnie wracać z pewnością odnalezienia w niej czegoś nowego.

Podsumowując za cechę charakterystyczną "Sky Blue" trzeba uznać spójność materiału. Może poza solówką gitarową w utworze "Before We Die" w pamięć szczególnie nie zapadają konkretne zagrywki instrumentalne. Płyta dobrze oddaje klimat beztroskiego świata, który został ukryty pod niebiańską pierzyną. Zaledwie drobne przesłanki mogą świadczyć o tym, że tę beztroskę kiedyś przerwą złe moce. Tymczasem "Dark Matters" stanowi wciągającą formę scenariusza filmowego, który przedostał się do instrumentów Devina Townsenda. To historia burząca spokojny świat, będąca zarazem fantastyczną opowieścią o zderzeniu Ziemian z obcymi. Pierwsza płyta tego dzieła stanowi więc prolog do burzliwych wydarzeń, które następują na drugim krążku. Ta niezwykle ciekawa struktura albumu "Z²", ilość wykorzystanych pomysłów, znakomita kondycja dużej liczby wykonawców dzieła, a przede wszystkim klimat tej rozbudowanej historii stawiają najnowszy materiał Devina Townsenda na wysokim miejscu wśród tegorocznych nagrań mieszczących się w ramach rocka i metalu. Podsumowując wypada napisać, że Devin Townsend i jego gang znajdują się w bardzo dobrej formie. 

Ocena: 8/10

O albumie w skrócie...

Skład: Devin Townsend (g, ik, progr, w), Dave Young (g, ik), Brian Waddell (b), Ryan Van Poederooyen (p), Mike St-Jean (ik, progr), Morgan Ågren (ip), Kat Epple (f), Anneke van Giersbergen (w), Chris Jericho (w), Dominique Lenore Persi (w),  Mark Cimino (w), Chris Devitt (w), Bill Courage (w), Marina Bennett (gł), Adyson King (gł), Maria Werner & Jazz-A-Faire (gł), Randy Slaugh (io, is), Florian Magnus Maier (io), Eric Severinson (ch, gł), Prague Philharmonic Orchestra i Universal Choir

Tracklista:
Płyta 1: Sky Blue 
1. Rejoice
2. Fallout
3. Midnight Sun
4. A New Reign
5. Universal Flame
6. Warrior
7. Sky Blue
8. Silent Militia
9. Rain City
10. Forever
11. Before We Die
12. The Ones Who Love

Płyta 2: Dark Matters
1. Z²
2. From Sleep Awake
3. Ziltoidian Empire
4. War Princess
5. Deathray
6. March of the Poozers
7. Wandering Eye
8. Earth
9. Ziltoid Goes Home
10. Through the Wormhole
11. Dimension Z
  
Kraj: 
Kanada

Produkcja:
Devin Townsend

Dystrybucja:
HevyDevy

Gatunek:
Metal Progresywny, Rock Progresywny, Industrial Rock 

Rok wydania:
2014
Podsumowując: "Czasem mam wrażenie, że Kanadyjczyk nie jest człowiekiem tylko kosmitą, który spadł na Ziemię wraz Ziltoidem. Ów stwór powrócił!"

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz