czwartek, 13 listopada 2014

Pink Floyd "The Endless River" (recenzja)

Premiera najważniejszego albumu roku stała się faktem. Legendarna kapela Pink Floyd powróciła do aktywności, aby za chwilę na wieki zamilknąć. Czy ten powrót był potrzebny? Większość słuchaczy trzyma w zamknięciu swoje intymne wspomnienia związane z Pink Floyd. Najstarsi pamiętają debiut kapeli, nieco młodsi jej błyskotliwy rozwój i spektakularne kryzysy, niektórzy wyłącznie zmierzch kariery studyjnej zespołu, a jeszcze inni otrzymali od losu zaledwie możliwość odkrywania dziedzictwa muzycznego pozostawionego przez Floydów dla kolejnych pokoleń. Dziś, w związku z premierą "The Endless River", każdy ma możliwość bycia świadkiem aktywności studyjnej Pink Floyd i jako żywo uczestnictwa w owym dziedzictwie.

Wydawać by się mogło, że "The Endless River" będzie pewną formą kontynuacji zarejestrowanego przed dwudziestu laty wielkiego albumu, przy okazji jakże bardzo niedocenionego, znanego światu pod nazwą "The Division Bell". W istocie zasadnicza część muzyki tworzącej nowe dzieło Pink Floyd pochodzi z 1993 roku. To zmaterializowany duch sesji, która dała światu takie niezapominane kompozycje, jak "High Hopes", "Marooned" i "A Great Day For Freedom". W każdym razie pisanie o nowym materiale Floydów wyłącznie poprzez pryzmat wspominanej sesji byłoby uproszczeniem. Wszakże "The Endless River" oferuje brzmienie kapeli, jakiego dotąd nie doświadczyliśmy na żadnym jej krążku. To rock progresywny w najlepszym wydaniu, budzący skojarzenia i uwięziony w charakterystycznym klimacie nagrań Pink Floyd, ale jednocześnie czerpiący z ambientu, będący też retrospektywną miniaturą muzyczną na temat dyskografii angielskiego zespołu.

Nie trzeba być wybitnie czujnym fanem Floydów, aby na "The Endless River" usłyszeć całe mnóstwo nawiązań do dziedzictwa studyjnego kapeli. W poszczególnych kompozycjach daje się wszak usłyszeć akcenty z najbardziej osławionych albumów zespołu - "Dark Side Of The Moon", "The Wall" i "Wish You Were Here" - jak również innych wybitnych nagrań, ale rzadziej wymienianych wśród popularnych zestawień muzycznych. Zaiste "The Endless River" spełnia funkcję magicznego wehikułu czasu po kolejnych punktach dyskografii Pink Floyd, dając w ten sposób fanom frajdę odkrywania, w którym miejscu aktualnie się znajdują. Owe refleksy przeszłości zostały zarejestrowane w nienachalnej formie i nie stanowią wątku przewodniego materiału. Album posiada bowiem swoją własną duszę, w której objęciach można utonąć, niczym w progresywnym oceanie. To dzieło wyjątkowe, pełne niezwykłych wypuszczeń instrumentalnych, choć trudne jeśli chodzi o przystępność.   

Przede wszystkim z dystansem należy traktować strukturę albumu. Podział na cztery strony, jakkolwiek budzący przyjemne skojarzenia retro, jest mniej wyrazisty niż wrażenie, które sprawia, że "The Endless River" jawi się jako trwająca przeszło pięćdziesiąt minut rozbudowana kompozycja. Kolejne spośród osiemnastu fragmentów owej kompozycji dają spójny obraz magii progresywnego dźwięku. To współgrające ze sobą muzyczne przykłady wielobarwnych uniesień, jesiennej depresyjności i leniwego wiosennego klimatu. Na "The Endless River" bez trudu można wprowadzić się w stan błogiego letargu, aby niespodziewanie przenieść się do klubu, w którym mierzą się ze sobą muzycy jazzowi, bluesowi i rockowi. Na krążku daje się zauważyć pewną fascynację muzyków nowoczesnym dźwiękiem, ale to wszystko odbywa się w myśl reguł słynnego obrazu Williama Turnera - tam, gdzie stare krzyżuje się z nowym. Otóż muzycy Pink Floyd świadomi, że nie pozostawili po sobie próżni w gatunku, dziś sami sięgnęli po nowe rozwiązania w muzyce. Chodzi o obecny na tym krążku ambient.

Sądzę, że "The Endless River" to równocześnie piękny hołd dla nieżyjącego Richarda Wrighta. Nie chodzi mi wyłącznie o ekspozycję wspaniałych pomysłów klawiszowych pozostawionych przez legendarnego muzyka, ale też samą konstrukcję płyty, która pod pewnymi względami wzbudza skojarzenia z wydanym w 1996 roku solowym albumem Wrighta, kolejnym niedocenionym dziełem, zatytułowanym "Broken China". Nowy album Pink Floyd to także bezkresny ocean rozmaitych smaczków, o których dyskusje będą prowadzone przez kolejne lata. Weźmy choćby pod uwagę fragment partii na organach, które Wright wykonał w 1968 roku w słynnym Royal Albert Hall, weźmy podniosłe efekty elektroniczne o mrocznym nokturnowym zacięciu, weźmy zestaw improwizacji wydobytych spośród licznych instrumentów, weźmy też nienaturalny głos Stephena Hawkinga, który znowu współgra z dziełem Floydów. To wszystko pozwoli przynajmniej częściowo zrozumieć ile rozmaitych zmiennych uwzględnili twórcy albumy, aby "The Endless River" przybrał swój unikatowy kształt. 

Wokół tych wszystkich wrażeń nie można zapominać o Davidzie Gilmourze i Nicku Masonie. Muzycy podjęli duże ryzyko. Trudno inaczej ocenić ich decyzję o wznowieniu aktywności studyjnej Pink Floyd po dwudziestu latach. Jednak owe ryzyko owi Floydzi zamienili na piękne partie, szczególnie na poziomie gitar, które w różnych fragmentach "The Endless River" świadczą o wyjątkowym i niepodrabialnym stylu, a przy tym zagranym na szerokich płaszczyznach jeśli chodzi o proponowane gatunki muzyki. To przecież Pink Floyd. Na ogół w tym wydaniu instrumentalny, choć ostatecznie też zaśpiewany w wieńczącym dzieło utworze "Louder Than Words". Rzeczy mało skomplikowanej we zwrotkach, wreszcie jednak odbezpieczającej zawleczkę magii dźwięku, wykończonej pięknym solo gitarowym i ozdobionej finałowym czas się pożegnać pod postacią oddalającej się w tunelu życia melodii. 

Będąc wieloletnim orędownikiem "The Division Bell" jestem wdzięczny losowi, że otrzymałem od Pink Floyd jeszcze jedną szansę do zajęcia miejsca wśród publiczności, która może być świadkiem studyjnego seansu zespołu. Tę szansę mają wszyscy, starsi fani zespołu i młodzi ludzie, którzy dotąd nie mieli świadomości o jego istnieniu. Wykorzystajcie ją dobrze. Sądzę wszak, że "The Endless River" to album wybitny. Właśnie tak wyobrażałem sobie zakończenie pięknej kariery Pink Floyd. Tak, ten powrót był potrzebny.

Ocena: 10/10

O albumie w skrócie...

Skład: David Gilmour (b, g, ik, w), Richard Wright (ik, w), post mortem Nick Mason (p, w), a także Guy Pratt (b), Bob Ezrin (b, ik), Andy Jackson (b), Jon Carin (ip), Damon Iddins (ik), Anthony Moore (ik), Gilad Atzmon (sax, klr), Escala (kwartet smyczkowy), Durga McBroom (w), Louise Marshal (w), Sarah Brown (w) i Stephen Hawking (w)
 
Tracklista:
1. Things Left Unsaid
2. It's What We Do
3. Ebb and Flow    
...
4. Sum
5. Skins
6. Unsung
7. Anisina
...
8. The Lost Art of Conversation
9. On Noodle Street   
10. Night Light    
11. Allons-y (1)
12. Autumn '68
13. Allons-y (2)
14. Talkin Hawkin'
...
15. Calling
16. Eyes to Pearls
17. Surfacing
18. Louder Than Words

Kraj: 
Wielka Brytania

Produkcja:
David Gilmour, Youth, Andy Jackson, Phil Manzanera

Dystrybucja:
Parlophone, Columbia

Gatunek:
Rock Progresywny

Rok wydania:
2014



Podsumowując: "[...] to wrażenie, które sprawia, że <<The Endless River>> jawi się jako trwająca przeszło pięćdziesiąt minut rozbudowana kompozycja"

Konrad Zola

4 komentarze:

  1. Witam.

    Świetna recenzja.
    W pełni zgadzam się z recenzentem i dodam od siebie tyle , iż tenże album jest podsumowaniem nietylko działalności Pink Floyd ale także uwiecznieniem twórczości Rick'a Wright'a. A co do samej płyty jest przecudowna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety nie zgadzam się z Twoją, bardzo wysoką oceną. :) Marketingowcy robią otoczkę podsumowania kariery a ja niestety widzę tylko skok na kasę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dobrze, co to by było, gdybyśmy wszyscy mieli takie same opinie :-) Pozdrawiam!

      Usuń
  3. 15 listopada 2014 r na innym portalu blogowym napisałem tak:
    Zapowiedzi zejścia z muzycznej sceny najczęściej są gołosłowne - przypadków znamy multum. Tak do końca niekoniecznie da się przewidzieć nagranie ostatniej płyty. W tym wypadku - bravo dla pana Gilmoura i to z wielu powodów... The Endless River jest znakomitym zwieńczeniem dyskografii Pink Floyd, jest świetną muzyką relaksacyjną, jest odtrutką dzisiejszych podłych czasów... jest ukojeniem na zszargane nerwy, jest spojrzeniem poza horyzont dźwięków, wreszcie jest spojrzeniem w nieuchronną i nieodległą przyszłość... czego znakiem rozpoznawalnym na tym właśnie albumie jest stan fizycznego i psychicznego muzycznego odpoczynku oraz chwila zadumy nad zilustrowana okładką.

    OdpowiedzUsuń