sobota, 24 stycznia 2015

Beardfish "+4626-Comfortzone" (recenzja)

Zdziwienie. Chwila refleksji. Zachwyt. Te trzy wymiary emocji zrodziło we mnie otwarcie nowego albumu szwedzkiej kapeli Beardfish dziwacznie zatytułowanego "+4626-Comfortzone". Intro pod postacią utworu "The One Inside: Part One (Noise In The Background)" jest wszak bardzo zaskakujące, jak na standardy tego zespołu. To coś w rodzaju opartego na smyczkach wstępu do filmu o poważnym ładunku dramaturgii i patosu. Takiego Beardfish nigdy wcześniej nie można było usłyszeć Refleksy tych wrażeń będą towarzyszyć kolejnym utworom.

Jednak następujące po wprowadzeniu fragmenty albumu przywracają na właściwy tor skojarzenia o zespole ze Szwecji. W utworze "Hold On" mamy bowiem do czynienia z zestawem "ciepłych" dźwięków właściwych estetyce Beardifsh (wyłączając oczywiście ostatni album studyjny grupy - dość mroczny "The Void"). Ów drugi utwór na nowej płycie zawiera pokaźną liczbę dialogów gitarowo-perkusyjnych z instrumentami klawiszowymi, charakterystyczne wokale Rikarda Sjöbloma, a także szerokie instrumentalne przestrzenie osadzone w specyfice muzyki tworzonej przez Szwedów. To pełen koloru skandynawski rock progresywny, który sprawił, że Beardfish spodobał się światu, choć ten nie padł przed kapelą na kolana. Trzecia kompozycja w talii
"+4626-Comfortzone", czyli coś w rodzaju utworu tytułowego, przynosi romantyczne partie gitar o brzmieniu osadzonym w tej samej genezie dźwięku, co wcześniej wspominane intro. Utwór idzie jednak na kompromis, łączy fragmenty nowego Beardfish ze znanymi pomysłami zespołu. Całość sprawia bardzo korzystne wrażenie, oprawione świetnymi partiami klawiszowymi i niemalże serią wokali a cappella Sjöbloma, choć zarazem wzbudza skojarzenia z formą pomostu, tak jakby muzycy Beardfish próbowali przedefiniować swoją tożsamość.

Mam jednak nadzieję, że owe kierunki definicji nie pójdą w stronę pomysłów zawartych w utworze "Can You See Me Now?", który zalewa słuchacza niepotrzebną dawką słodyczy. Och! To Beardfish w wydaniu niedzielnym, festynowym i przesadnie radosnym. Nadmiar słodyczy, zabójczy dla cukrzyków, rekompensuje kompozycja o buńczucznym tytule "King". Dużo jeszcze wody upłynie w progresywnych rzekach świata, zanim muzycy Beardfish staną się królami prog rocka, ale zadziorny charakter kompozycji, niezłe przejścia sekcji gitarowej i dopracowane wokalizy
Sjöbloma przekonują, że Szwedzi mają dużo do powiedzenia w światowej progresji. To dobra kompozycja, czasem nawet zaskakująco brutalna, jeśli weźmiemy pod uwagę klimat choćby świetnego albumu "Mammoth" z 2011 roku. Trzymając się tego skojarzenia muszę przyznać, że nie pamiętam, aby sekcja instrumentalna Beardfish kiedykolwiek pozwalała sobie na tyleż improwizacji, ile zaproponowano w utworze "King". Wow! Końcówka tego utworu to niemalże free jazz na prog rockowej strukturze. W wysoki poziom tych wrażeń wpisuje się też rozwinięcie intro, a więc utwór pod tytułem "The One Inside: Part Two (My Companion Through Life)". To na pozór ballada, która mogłaby ozdobić "Prostą Historię" Davida Lyncha, ale jej głębokość, tak zresztą jak wspomnianego filmu, pozwala w Beardfish zobaczyć - znowu - przebłyski autentycznego geniuszu.

Wracamy do rzeczywistości. Może gdybym nie był zapalonym fanem Voivod to nie zwróciłbym uwagi na serię zagrywek gitarowych w niesmacznie zatytułowanym utworze "Daughter / Whore". Sekcja gitarowa na wstępie i w kolejnych partiach numeru zasuwa niczym legenda kanadyjskiego metalu w kompozycji "Volcano", później zresztą wchodzi nieco pod linię utworu "We Carry On". To oczywiście dobre skojarzenia, które zresztą wzmacnia urozmaicona sekcja wokalna. Ależ ten Beardfish w tym utworze zasuwa!
Sjöblom po prostu wrzeszczy, sprawia wrażenie osoby wyrzucającej komuś grzechy, niekiedy oddaje się także głębokościom przemyśleń. Byłoby z mojej strony pewną formą perwersji, gdybym nazwał ten utwór moim ulubionym z przekroju całej płyty, bowiem naraziłbym się na zarzut bezkrytycznego uwielbienia Voivod. Tym bardziej, że kompozycja "Daughter / Whore" w pewnym momencie - na krótko - staje się dość tęczowa, co przypomina o tożsamości wykonawców ze Szwecji. W pewnym momencie utwór na zasadzie szalonych improwizacji przywołuje też duchy z kosmosu, znowu wzbudzając skojarzenia z Kanady.

Sytuację rozładowuje nieprzyzwoicie rozbudowana kompozycja "If We Must Be Apart (A Love Story Continued)". To utwór o szerokich przestrzeniach wypełnionych kolejną serią dialogów gitarowo-perkusyjnych z instrumentami klawiszowymi (plus serią oldschoolowych efektów), a także pięknymi partiami wokalnymi
Sjöbloma. Temu Panu trzeba oddać niezwykłe zasługi w narracji w rocku progresywnym, choć jednocześnie nie wolno zapominać iż to mózg Beardfish, a więc oprócz wokalu odpowiada też za niektóre instrumenty i konstrukcję utworów. Ten szwedzki heros rocka progresywnego w utworze "If We Must Be Apart (A Love Story Continued)" spróbował zbliżyć się do pamiętnego "And The Stone Said: If I Could Speak", proponując w tej kompozycji wciągającą połamaną strukturę, zarazem nie zapominając o finale osadzonym w klimacie słowa, którego nie lubię, ale wydającym się uzasadnionym - epickości. Czy to godny następca "And The Stone Said: If I Could Speak"? Nie! To jego współgrający towarzysz, którym muzycy Beardfish powinni szczycić się w całości na najbardziej wyczerpujących koncertach.

Kapela znowu nieco obniża tony w dość płaskiej kompozycji "Ode To The Rock'N'Roller". Oczywiście można zrozumieć przesłanie i sens tego utworu, ale myślę, że to równocześnie dobra puenta zbyt wielu wycieczek na
"+4626-Comfortzone", które kwestionują spójność płyty. Nie jestem pewien czy muzycy Beardfish chcieli na siłę umieścić na nowym krążku kilka kompozycji o małym ładunku emocjonalnym, czy zawierają one jakieś ukryte znaczenie. Mnie tego typu pomysły nie porywają. Niemniej nawet w utworze "Ode To The Rock'N'Roller" muzycy ze Szwecji na chwilę prezentują swoje mocniejsze oblicze, opierając się na ambitnym graniu, ale jednocześnie osadzając się w masowych oczekiwaniach. Finał albumu "+4626-Comfortzone" zamyka epilog pod nazwą "The One Inside: Part Three (Relief)", co wskazuje na dość przemyślany koncept tegorocznego Beardfish. Kompozycja finałowa czerpie wszak z refleksów wskazanych w pierwszym akapicie tej recenzji, nigdzie się nie spieszy, a zarazem rzuca słuchacza na ocean słów wyśpiewanych przez Sjöbloma. Daje się odczuć, że zarówno pierwszy, jak również ostatni utwór albumu "+4626-Comfortzone" zamykają w klamrę to przemyślane dzieło. Są to kompozycje, które do siebie pasują, a zarazem zabierają do różnych wymiarów muzyki tworzonej przez Beardfish.

Sądzę więc,  że muzycy ze Szwecji nagrali dobry album. Nie będzie to krążek mogący konkurować z najważniejszymi dziełami grupy - w szczególności z wspominanym "Mammoth" - aczkolwiek utwierdza on mocną pozycję grupy w krajobrazie rocka progresywnego. Krążek "+4626-Comfortzone" miewa też przebłyski geniuszu, choć ostateczne wrażenie opiera się na solidności. Można by użyć trzech zwrotów. Zachwyt (po pierwszym przesłuchaniu). Chwila refleksji (po drugim). Zdziwienie, że ten zachwyt poddaje się rzemiosłu (w kolejnych odsłuchach). 

Ocena: 8/10

O albumie w skrócie...

Skład: Rikard Sjöblom (ik, w), David Zackrinsson (g), Robert Hansen (b), Magnus Östgren (p)

Tracklista:
1.  The One Inside: Part One  (Noise In The Background)
2.  Hold On
3.  Comfort Zone
4.  Can You See Me Now?
5.  King
6.  The One Inside: Part Two (My Companion Through Life)
7.  Daughter / Whore
8.  If We Must Be Apart (A Love Story Continued)
9.  Ode To The Rock ‘N’ Roller
10.  The One Inside: Part Three (Relief)
* - "The Early Years - Outtakes And Demos" 

Rok wydania:
2015
  
Kraj: 
Szwecja

Produkcja:
Beardfish

Dystrybucja:
Inside Out Music

Gatunek:
Rock Progresywny
Podsumowując: "[...] kompozycje, które do siebie pasują, a zarazem zabierają do różnych wymiarów muzyki tworzonej przez Beardfish"

Konrad Zola

8 komentarzy:

  1. Słuchałem, ale nie zachwycił mnie tak jak Ciebie - w sumie nie wiem czemu, ale coś mi z tą grupą nie po drodze od samego początku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Można odnieść wrażenie, że muzycy Beardfish osiągnęli już szczyt swoich możliwości, a teraz znaleźli się na etapie rzemieślniczym. Grają nieźle, ale bez wielkiego błysku, jak choćby na albumie "Mammoth". Niemniej nowe dzieło zawiera kilka sygnałów, które zwiastują, że o Szwedach jeszcze usłyszymy w znakomitym wydaniu... Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Arcane - Known/Learned. Polecam autorowi bloga zapoznać się z tym australijskim styczniowym wydawnictwem. A nowy Beardfish bardzo mi się podoba, pewnie dlatego, że nie znam zbyt dobrze ich wcześniejszej twórczości ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprawdziłem jeden utwór i jestem pod wrażeniem. Koniecznie sprawdzę całość. Dziękuję za informację o tym zespole. Australia coraz bardziej mnie zadziwia. Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Wsysa niesamowicie. Znalazłem ten band kompletnie przypadkiem, zachęcony, że z Australii; nawet nie patrzyłem, kto gra i śpiewa. Wokalista okropnie przypominał mi tego z Caligula's Horse (słyszałeś ostatnią płytę?). Nie przez przypadek, bo to jednak ta sama osoba za sitkiem. Życiówka Jima Greya, bez dwóch zdań!

    OdpowiedzUsuń
  5. Mi się Australia z progiem kojarzy głównie przez kapelę Karnivool. Jeden z zespołów, który inteligentnie zbiera po dziedzictwo po Toolu. Zresztą ostatnia płyta Karnivool ukazała się w tym samym roku, co Caligula's Horse, którą słyszałem niestety "na wyrywki". Widać pozostaje sporo do nadrobienia, ale zacznę od Arcane.

    OdpowiedzUsuń
  6. Karnivool są znakomici, szczególnie "Themata" i "Sound Awake". Niemniej nie jestem pewien, czy w pełni mi odpowiada kierunek, który obrali na "Asymmetry". Zdecydowanie ich najtrudniejsza płyta -- dwa lata i wciąż potrafi mnie solidnie zmęczyć. Bardzo dobrą płytę wydała w zeszłym roku Hemina. No i są jeszcze klasyczni "powerprogowcy" z Vanishing Point i Voyager oraz ekstremalni Ne Obliviscaris. Australia progiem stoi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdrowy zestaw do rozważań... a wydawać by się mogło, że AC/DC zamyka temat rockowej muzyki wprost z Australii :-)

      Usuń