piątek, 30 stycznia 2015

REFLEKSJA PO ZMROKU: Edycja podstawowa czy rozszerzona?

Dwa tegoroczne albumy "The Pale Emperor" Marilyna Mansona i "+4626-Comfortzone" Beardfish, tak zresztą jak większość współczesnych wydawnictw sygnowanych wielką nazwą lub nazwą wielkiej wytwórni, dają do myślenia nie tylko w kontekście oferowanej muzyki, ale też układu utworów. Wszakże ludzie wychowani na kasetach magnetofonowych, tak jak autor tych słów, albo na płytach winylowych, dawniej nie stawali przed dylematem czy album ulubionego artysty zostanie wydany w wariancie wzbogaconym, czy nie. Album to był album, i basta! Tymczasem dożyliśmy czasów, gdy wielkim premierom towarzyszy też tysiąc rozmaitych wydań, takich jak np. edycja specjalna, rozszerzona, limitowana, ozłocona, posrebrzana, na czekoladowej fakturze, ozdobiona tęczą lub zapakowana w box wielkości wiewiórczych jaj. Uff! Typowy słuchacz, do których zalicza się też autor tych słów, ma często duży ból głowy z wyborem odpowiedniej edycji. Ceny płyt nie należą do najniższych dlatego na ogół inwestujemy w jedną edycję. Którą wybrać?

Większa część nakładu wspominanego albumu Marilyna Mansona ukazała się w edycji podstawowej, za którą trzeba było zapłacić około 40 złotych, albo w edycji rozszerzonej wartej około 75 złotych. Różnice pomiędzy tymi wydaniami nie zamykały się wyłącznie na opakowaniu - w tym przypadku rozszerzony digipack wygląda bardziej klimatycznie - ale też w ilości utworów. W edycji rozszerzonej otrzymaliśmy wszak przeszło trzynaście minut dodatkowej muzyki, na którą złożyły się trzy utwory, będące akustycznymi wariacjami na temat kompozycji z podstawowej wersji albumu, czyli "Third Day of a Seven Day Binge", "The Mephistopheles of Los Angeles" i "Odds of Even". Uwierzcie, że nieznajomość tych nagrań będzie grzechem. To znakomite utwory, dodatkowo wzmacniające przekaz o przemianie stylu Marilyna Mansona. Natomiast dla równowagi rozszerzona edycja wspominanego albumu Beardfish, zawierająca wydawać by się mogło rarytasy, szczególnie nie zachwyca. Dodatkowy krążek zatytułowany "The Early Years - Outtakes And Demos" stanowi wysypisko mniej lub bardziej udanych odrzutów szwedzkiego zespołu z okresu 2002-2008. Całość można sobie podarować bez ryzyka utraty ważnej muzyki, choć z drugiej strony różnica w cenach wydania podstawowego i rozszerzonego nie jest zbyt duża, wynosi około 15 złotych. 

Jaka więc konkluzja wyłania się z tych dwóch przedstawionych przykładów? Edycja rozszerzona 1 vs 1 edycja podstawowa. Remis, który ryje w świadomości fanów muzyki.

Weźmy pod uwagę przy tej problematyce kolejne świeże przykłady wydawnictw, gdzie wiodącą rolę zajmuje album "The Road Of Bones" zespołu IQ. Krążek wydany w 2014 roku można było bez trudu nabyć w trzech różnych edycjach. Podstawowej z pięcioma utworami, rozszerzonej o sześć utworów lub rozszerzonej XXL z kolejnymi siedmioma utworami. W tym przypadku zniesmaczeni powinni być wszyscy właściciele edycji podstawowej. Materiał został co prawda przygotowany naprawdę porządnie, w dobrym stylu czołowych przedstawicieli angielskiego nowego rocka progresywnego, ale ilość magii przelana na drugą płytę była trudna do opisania, czemu zresztą dałem wyraz w mojej recenzji. Drugi krążek "The Road Of Bones" był pełnoprawnym materiałem wobec podstawowej tracklisty albumu. Osoby, które nie miały okazji się z nim zapoznać często twierdziły, że zostały oszukane przez wydawcę. W tych twierdzeniach było sporo prawdy, bowiem w powszechnym obiegu informacji dało się usłyszeć, że druga płyta "The Road Of Bones" zawiera odrzuty z sesji nagraniowej do albumu, co było bzdurą. Dowody dawała choćby trzecia płyta z edycji rozszerzonej XXL, gdzie w istocie można było odnaleźć owe odrzuty. Małym pocieszeniem dla osób, które nabyły podstawową wersję ostatniego albumu IQ jest fakt, że jego cena była około 30 złotych niższa od edycji rozszerzone, więc nieco zaoszczędzili, ale stracili możliwość poznania wspaniałej muzyki.

Jeśli chodzi o inne rozbudowane wydawnictwa to dość nietypowo do tematu podszedł Devin Townsend. Jego ostatni album - zetka podniesiona do kwadratu - ukazał się w podstawowej wersji jako dwupłytowe wydawnictwo. W sumie dwadzieścia trzy utwory poprowadzone w ciekawym koncepcie. Każda osoba, która nabyła ten album mogła czuć się usatysfakcjonowana. Otrzymała pełną historię, na którą ciągu dalszego nie wywarła edycja rozszerzona. W tej zaś znalazła się druga płyta z wyciętymi dialogami, co było w sumie ciekawostką dla najbardziej zagorzałych fanów Devina Townsenda. Pozostali zadowolili się wariantem podstawowym. Inaczej do problematyki edycji rozszerzonej podeszła supergrupa Transatlantic. Podstawowa wersja ostatniej płyty kapeli, czyli ubiegłorocznego "Kaleidoscope", zawierała pięć utworów, zaś rozszerzenie dzieła - skądinąd bardzo atrakcyjne - było wyposażone w osiem coverów zarejestrowanych przez zespół. Na rynku można było też nabyć rozszerzenie w wersji XXL zawierające materiał "Making Of", teledysk do singlowego utworu "Shine", a także inne materiały audiowizualne. Pomiędzy tymi trzema edycjami zarysowała się dość duża różnica w cenach, ale słuchacz sięgając po nowy album Transatlantic wiedział za co płaci... lub za co nie płaci.

Dochodzę więc do wniosku, że wydawca albumów decydujący się na wprowadzenie kilku edycji tego samego materiału zachowuje uczciwość wobec słuchaczy tylko wtedy, gdy dochowuje następujących zastrzeżeń:
- Na edycji rozszerzonej nie powinny znajdować się materiały, które stanowią współmierną część tracklisty podstawowej wersji albumu, a jeśli już do tego dochodzi wydawca powinien uczciwie poinformować nabywców o okrojonej wersji podstawowej.
- Edycja rozszerzona powinna zawierać materiały wysokiej jakości, tak aby słuchacz płacąc większe pieniądze nie otrzymywał śmieci.
- Cena edycji rozszerzonej powinna być odpowiednio wyższa od edycji podstawowej, ale przy dochowaniu dwóch wymienionych uwag.


W sumie więc mam wrażenie, że problematyka edycji rozszerzonych współczesnych albumów w moim przypadku zamyka się na oczekiwaniu, że gdy zdecyduję się na jej kupno to odnajdę tam materiały video, live, covery albo zdjęcia, względnie remixy utworów z podstawowej wersji albumu. Równocześnie nie chciałbym kupować edycji podstawowej albumu i następnie dowiadywać się od znajomych lub z mediów, że nie znam dokładnie całej zawartości albumu, bo jakaś jego ważna część została zawarta w edycji rozszerzonej. Można odnieść wrażenie, że tego typu praktyki przedostały się do świata muzyki z dawniej popularnych singli, na których można było odnaleźć kompozycje niewchodzące do tracklisty wydawanych albumów. Koronnym przykładem w tej materii niech będzie Iron Maiden i legendarny utwór "Women In Uniform", który pierwotnie znalazł się tylko na singlu.

Tyle, że wtedy, w czasach singli, zasady były jasne: "kupujesz singla, to wiesz, że znajdziesz tam utwór, który nie znajdzie się na płycie". A dziś? Kupujemy edycję rozszerzoną i nie wiemy, co się tam znajdzie, a kupując edycję podstawową może okazać się, że nabyliśmy półprodukt. Obieg informacji ułatwia internet, a niektórzy wydawcy sami dość przejrzyście informują o różnicach pomiędzy edycjami tej samej płyty. Niestety zdarza się coraz częściej, że polityka informacyjna ustępuje zręcznej kampanii reklamowej - chodzi wszak o jak największą sprzedaż produktu. Dziś na rynku płyt bez trudu można też dostać wydania w stylu "polska edycja", które wypierają oryginalne edycje albumów, a na serwisach aukcyjnych kwitnie sprzedaż tanich płyt ściąganych z Ukrainy o rzeźnicko pociętej zawartości. Jak się przed tym wszystkim bronić? Warto pozostać czujnym... o lepszą i legalną radę na razie będzie trudno. 

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz