środa, 11 lutego 2015

POCZTÓWKA Z PIWNICY: Steven Wilson (i jego albumy solowe)

Do oficjalnej premiery czwartego albumu solowego Stevena Wilsona pt. "Hand. Cannot. Erase." nie pozostało dużo czasu. Niektóre media zdążyły już opublikować pierwsze recenzje tego krążka. Dzieło zbiera niezłe oceny i nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ nowy album wszechstronnego brytyjskiego muzyka uchodzi za jedną z najważniejszych tegorocznych premier w rocku progresywnym... choć w przeszłości różnie to przecież bywało z solową twórczością założyciela słynnego Porcupine Tree. 

Wiele osób nie wybaczyło Stevenowi Wilsonowi zawieszenia działalności macierzystego zespołu. Zbiegło się to ze wzmożeniem jego aktywności solowej, ale warto pamiętać, że pierwszy materiał muzyka pod samodzielnym szyldem - album pt. "Insurgentes" - ukazał się kilka miesięcy przed premierą ostatniego jak dotąd krążka Porcupine Tree, czyli "The Incident" wydanego w 2009 roku. Można więc było sądzić, że Steven Wilson nie poświęci Porcupine Tree na rzecz twórczości solowej, ale kolejne lata stanowiły zaprzeczenie tych sądów. Oprócz różnych pobocznych projektów (Blackfield, Storm Corrosion, Bass Communion) brytyjski muzyk skupił się na następcach "Insurgentes", a o Porcupine Tree zaginął słuch.Taki obrót spraw tylko częściowo rekompensuje tę stratę. 

Trzy dotychczasowe albumy solowe Stevena Wilsona (nie licząc materiałów z coverami, remixami i zrzutami) odkryły zupełnie nowe możliwości muzyka. To dobrze. Czemu Steven Wilson miałby tworzyć to samo, co w ramach Pocupine Tree? Tyle, że muzyka Brytyjczyka jest trudna. Na wspominanym krążku pt. "Insurgentes" słuchaczy witała niezwykle klimatyczna kompozycja "Harmony Korine", będąca zresztą singlem promującym dzieło. Mimo, że hipnotyzujący utwór stanowi jedno z najlepszych dotychczasowych nagrań Stevena Wilsona to trudno stwierdzić, że spełnił swoją funkcję jako singiel, ponieważ w żadnej mierze nie odzwierciedlał zawartości promowanego dzieła. Wszakże pozostałe dziewięć utworów z tracklisty "Insurgentes" zostały utrzymane w zajmującym wręcz minimalizmie, charakterystycznym dla mrocznego ambientu. Steven Wilson częściowo porzucił instrumenty, oddając się elektronice i krainie zimnych nieożywionych dźwięków. Na krążku artystę wsparli m.in. Jordan Rudess, Gavin Harrison i Tony Levin, którzy starannie zadbali o akcenty instrumentalne, a i sam Wilson kilkukrotnie przypominał słuchaczom o swoim talencie gitarowym, jak w totalnym progresywnym odjeździe pod postacią utworu "No Twilight within the Courts of the Sun" albo w kołyszących się rockowych standardach w numerze "Only Child". Weźmy jednak pod uwagę utwór tytułowy albo takie ascetyczne kompozycje, jak "Get All You Deserve" i "Abandoner", aby przekonać się, że Steven Wilson pozwolił sobie na szereg eksperymentów, na podstawie których aspirował do miana artysty awangardowego. Ograniczeniu wtedy uległy też partie wokalne, które Brytyjczyk zamienił na szerokie i niespokojne przestrzenie. Przy okazji premiery "Insurgentes" w mediach pisano o noise, shoegaze i ambiencie jako nowych kierunkach twórczości Stevena Wilsona, ale eksplozja tych pomysłów muzyka nastąpiła dopiero przy kolejnym albumie. 

We wrześniu 2011 roku na rynku pojawiło się dwupłytowe wydawnictwo zatytułowane "Grace For Drowning". Drugi album solowy Stevena Wilsona utrzymywał zainteresowanie muzyka elektroniką i ambientem, zawierał też wyraźne formy rockowej ekspresji, nie był uwolniony o etosu, improwizacji, mroku i industrialu. W tym kolażu różnych pojęć szczególnie dobrze wybrzmiała pierwsza płyta dzieła zatytułowana "Deform to Form a Star". To w sumie dziewięć kompozycji, które łączyły ambicje Stevena Wilsona z dziedzictwem pozostawionym w Porcupine Tree. Materiał zawierał kilka wspaniałych hitów, wśród których na pierwszy plan wysunął się wielowątkowy utwór "Remainder the Black Dog". Można by rzec, że Brytyjczyk w dość krótkim czasie osiągnął dojrzałość w ujarzmianiu swoich nowych pomysłów, ale... drugi krążek pt. "Like Dust I Have Cleared from My Eye" był, lekko mówiąc, zaskoczeniem. W bardzo nostalgicznym klimacie Steven Wilson naszkicował pięć utworów, a właściwie trwającą przeszło 23 minuty potężną kompozycję "Raider II", którą w granicach relatywizmu otoczyły cztery mniejsze numery. To właśnie owa wielowątkowa struktura muzyczna prowokuje wiele przemyśleń. Utwór nie stroni od improwizacji w stylu jazzowym, niekiedy sprawia wrażenie kompozycji chaotycznej i niepoukładanej, ciężkiej w odbiorze, a zarazem próbującej zbliżać się do ascezy właściwej klimatowi "Insurgentes". Może nawet ją pogłębia? W pracach nad albumem znowu udział wzięli m.in. Jordan Rudess i Tony Levin, a także Steve Hackett i Pat Mastelotto. Złożoność dzieła uwydatnia fakt, że w pracach nad nim smyczki zarejestrowała nawet Londyńska Orkiestra Filharmoniczna. Całość rozpisana na nieco powyżej 80 minut jest albo jednym z najważniejszych i zarazem wizjonerskim osiągnięciem nowej muzyki progresywnej, albo zestawem kilku niezłych kompozycji rozrywanych przez chaos. Nie umiem udzielić jednoznacznej odpowiedzi, ponieważ nawet dziś przesłuchując "Grace For Drowning" odczuwam pewną formę chłodnego dystansu do skomplikowanego umysłu Stevena Wilsona. Obawiam się, że na drugiej płycie tego dzieła znalazło się więcej formy, niż treści. Być może krążek "Like Dust I Have Cleared from My Eye" nie był potrzebny temu albumowi, ale niewykluczone, że jego wielkość zostanie odpowiednio zmierzona za kilkadziesiąt lat skalą wpływów wśród innych twórców.

Brytyjczyk najwyraźniej nie przeoczył opinii mówiących o jego przeintelektualizowanym sposobie na tworzenie muzyki, a może po prostu koneserzy nie dali mu tyle, ile dawali fani tradycyjnego grania? To dla nich powstała kompozycja "Luminol", która otworzyła trzeci solowy album Stevena Wilsona zatytułowany "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)". Krążek wydany w 2013 roku zerwał z przesadnie rozbudowaną strukturą, a także reaktywował serię dobrych macierzystych pomysłów artysty zaczerpniętych z tradycyjnego angielskiego prog rocka. W pracach nad krążkiem znowu nie zabrakło Londyńskiej Orkiestry Filharmonicznej, ale Steven Wilson wymienił za to większość byłych współpracowników. Próżno tu szukać Jordana Rudessa czy Tony'ego Levina. Za to można usłyszeć m.in. Guthrie Govana, Adama Holzmana i Marco Minnemanna. Ten zaciąg wprowadził sporo świeżości. Jasne, że "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)" kontynuuje części idei znanych z poprzednich solowych albumów Stevena Wilsona (świadczy o tym najlepiej utwór tytułowy), ale równocześnie charakteryzuje się przystępnością. Nie jest wypełniony opętańczymi improwizacjami i nie eksploruje tysiąca i jeden wątków na przestrzeni dwunastu sekund. To dzieło magnetyczne, wreszcie zrywające z depresyjnym minimalizmem, posiadające też piękne melodie i wyborne solówki, w tym rewelacyjne gitarowe "zjazdy", jak w utworach "Drive Home", "The Pin Drop" i "The Watchmaker". Na krążku wyraźnie odżyła sekcja wokalna, wreszcie pełna koloru i wyrazistości, a także niewymuszonych urozmaiceń. Moim zdaniem to właśnie na trzecim albumie studyjnym Steven Wilson zdołał wyznaczyć standard w swojej twórczości solowej. Standard inny od Porcupine Tree, ale równie atrakcyjny. Muzyka zawarta na "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)" nie należy do najłatwiejszych w odbiorze, jak to bywało w przeszłości, ale też nie zastrasza formą. To wielkie i wielobarwne dzieło, będące na razie szczytem awangardy, na którą wspiął się Steven Wilson.

Warto wspomnieć, że ponad wartością muzyczną każdy z wymienionych albumów charakteryzował się pięknym wydaniem. Steven Wilson mając klucze do wszystkich najważniejszych bram w branży progresywnej mógł liczyć na najlepsze wsparcie techniczne i artystyczne. Większość pomysłów pochodzi od samego muzyka, ale zaplecze którym dysponuje bez wątpienia sprzyja doniosłemu procesowi twórczemu. Oczekiwania związane z czwartym albumem solowym Brytyjczyka są więc ogromne. Czy oto niebawem na rynku pojawi się materiał, którego blask oślepi wszystkich czasem wątpiących w sens działalności solowej Stevena Wilsona (w tym również autora tekstu)? A może wybitny brytyjski wizjoner zaproponuje kolejny kierunek w swoich poszukiwaniach idealnego dźwięku? Odpowiedzi już czają się za progiem. 


STEVEN WILSON (solo)
Dyskografia studyjna:
- "Insurgentes" (studio, 2008)
- "NSRGNTS RMXS" (remix, 2009)
- "Grace For Drowning" (studio, 2011) 
- "Catalogue / Preserve / Amass" (live, 2012)
- "Get All You Deserve" (live, 2012)
- "The Raven That Refused to Sing (And Other Stories)" (studio, 2013)
- "Drive Home" (ep, 2013)
- "Cover Version" (kompilacja, 2014)
- "Hand. Cannot. Erase." (studio, 2015)

Okres aktywności solowej: od 2008 roku

Kraj: Wielka Brytania

Utwory do posłuchania:
- Magia rozpisana w pięciu minutach czyli "Harmony Korine"
- Wirtuozeria i wyznaczanie nowych kierunków czy chaos niekontrolowany? Kompozycja "Raider II"
- Steven Wilson fenomenalnie łączy tradycję z nowoczesnością w utworze "Luminol"

Podsumowując: "Sing to me raven"

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz