piątek, 6 lutego 2015

Archive "Restriction" (recenzja)

Niczym w prowincjonalnym lunaparku. Zabawić się można, atrakcji dość dużo, znajdzie się i miejsce na niewymagającą refleksję, ale całość ulatuje szybciej, niż można by oczekiwać. Taki zestaw wrażeń generuje dziesiąty album studyjny angielskiego Archive zatytułowany "Restriction". To nie jest godny następca poprzednich nagrań kapeli, a zarazem plasuje się jako główny kandydat do najsłabszego dzieła w dyskografii Londyńczyków. 

Nowe dzieło Archive zawiera dwanaście utworów pozbawionych motywu przewodniego, jak bywało to w wielu poprzednich nagraniach zespołu. Idąc dalej łatwo o wrażenie, że zawartość "Restriction" to raczej zbiór przypadkowych i niedokończonych kompozycji, aniżeli przemyślana struktura. Mniejsza o brak oryginalności albo o schematyczność, będące stałą częścią repertuaru nowego albumu Archive, ale trudno wybaczyć muzykom zespołu spłaszczenie swojego stylu, którego się dopuścili. Utwór tytułowy dobrze taki obrót spraw podsumowuje, zaś banalne i raz po raz kopiowane patenty na poziomie pojedynczych kompozycji świadczą o niemocy twórczej Archive, vide przeciętniaki w stylu "Feel It", "Riding In Squares" czy "Crushed".

Prawdopodobnie "Restriction" miał być albumem, w którym muzycy londyńskiej kapeli postanowili odłożyć wysokie obcasy. Po wielu doniosłych krążkach zespół wycelował swoje możliwości w słuchaczy niekoniecznie inwestujących w głębokie emocje, gdy mierzą się z muzyką. To album będący próbą zrzucenia z siebie roli twórców niedostępnych, tworzących muzykę skomplikowaną i ambitną. Efekt? O "Restriction" zapomnimy bardzo szybko, choć materiał zawiera też kilka niezłych momentów. Dobrze brzmi futurystyczny numer pt. "Kid Corner" z żywiołową kobiecą sekcją wokalną, zaś następująca tuż po nim ballada "End Of Our Days" zawiera tyle lekkości, że można by wraz z nią pofrunąć na chmurce dookoła świata.

Zresztą kręcąc się wokół odwłoku Thoma Yorke'a najnowsze dzieło Archive dość szeroko czerpie z tonów balladowych. Tyle, że większa część utworów z tego nurtu, czyli "Third Quarter Storm", "Half Built Houses" i "Black and Blue", działa usypiająco i nużąco. Zdarza się czasem, że drobiazgi, takie jak ładna sekcja klawiszowa, elektroniczne tło i wspaniałe partie wokalne Marii Q, wyciągają płytę z marazmu, ale ostatecznie nie działają na tyle hipnotyzująco, jak bywało to w przeszłości. Kapela niekiedy wręcz krztusi się na próbach skondensowania swoich pomysłów w jak najmniejszej ilości czasu. Kotłujące się zagrywki w utworze "Ruination" dobrze taki stan rzeczy oddają, zarazem rozpaczliwie prosząc o rozwinięcie i wystrzelenie w strukturę progresywną. 

Niemniej musimy pamiętać, że wciąż mamy do czynienia z Archive. Nawet jeśli w finalnym wrażeniu album nie zachwyca to łatwo odnaleźć tu przebłyski wielkości. Szczególnie dobrze prezentują się finałowe kompozycje - utwór "Greater Goodbye" o niespokojnym, przyjemnie paranoicznym klimacie, który następnie przechodzi do niespodziewanego finału, a także kompozycja "Ladders" o leniwej strukturze złamanej w klasycznej progresywnej formule epickiego finału. Szkoda, że tej magii nie znalazło się więcej w zawartości "Restriction"!

W sumie więc fani Archive mogą rozczarować się poziomem dziesiątego albumu kapeli. Zespół często oskarżany o tworzenie nazbyt rozbudowanych struktur muzycznych zarejestrował płytę dość prostą, w zasadzie łatwą w odbiorze, pozwalając sobie w ten sposób na serię ustępstw wobec ostatnich nagrań. Okazuje się, że nie jest to kierunek specjalnie atrakcyjny, a "Restriction" można traktować bardziej jako wpadkę, niż prezentację nowych możliwości Archive.

Ocena: 5/10 

O albumie w skrócie...

Tracklista:

1. Feel It
2. Restriction
3. Kid Corner
4. End of Our Days
5. Third Quarter Storm
6. Half Built Houses
7. Riding in Squares
8. Ruination
9. Crushed
10. Black and Blue
11. Greater Goodbye
12. Ladders 
          
Kraj: 
Wielka Brytania

Produkcja:
Archive

Dystrybucja:
Dangervisit Records

Gatunek:
Rock Progresywny, Elektronika, Trip Hop 

Rok wydania:
2015

Podsumowując: "To album będący próbą zrzucenia z siebie roli twórców niedostępnych, tworzących muzykę skomplikowaną i ambitną. Efekt? O <<Restriction>> zapomnimy bardzo szybko"

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz