wtorek, 24 lutego 2015

Lonely Robot "Please Come Home" (recenzja)

Breathe in, breathe out. Opowieści i wyobrażenia o przestrzeni kosmicznej bywały wspaniałą kopalnią inspiracji dla dużej grupy artystów, wśród których teraz miejsce zajął wizjoner nowego rocka progresywnego John Mitchell. Nie od dziś w tym gatunku muzyki dochodzi do starcia człowieka z niezbadaną materią wszechświata, ale artysta znany z zespołów Kino, It Bites, Frost* i Arena sprawił, że ta problematyka wymaga szczególnego potraktowania. Tym bardziej, że John Mitchell swoją muzykę i przemyślenia skanalizował na niepozornej zmechanizowanej istocie, będącej paradoksalnie symbolem dociekań zagadnienia sensu życia i poszukiwań największych prawd istnienia. Istocie przemierzającej kolejne utwory na płycie "Please Come Home" wydanej w ramach projektu Lonely Robot.

To album, który jest w rzeczywistości solowym dziełem Johna Mitchella, autora wszystkich kompozycji, a także wiodącego wykonawcy partii wokalnych i sekcji gitarowej, basowej oraz klawiszowej. Artystę na krążku wsparli perkusista Craig Blundell i basista Nick Beggs wraz z pokaźnym zaciągiem zaproszonych gości, wśród których można wymienić m.in. Jema Godfreya, Steve'a Hogartha, Petera Coxa i Nika Kershawa. Dzieło zostało zarejestrowane w Outhouse Studios, będącym zresztą własnością Johna Mitchella. W sumie więc zarówno skład personalny projektu Lonely Robot, jak również miejsce nagrywania krążka wskazują, że "Please Come Home" jest materiałem wartym uwagi. Innym argumentem do zainteresowania się tą płytą jest rekomendacja udzielona przez samego Stevena Wilsona, ale to tyle jeśli chodzi o tak zwane zimne fakty. Nawet bez nich okazuje się, że "Please Come Home" jest albumem wspaniałym i porywającym. To krążek, który przywraca wiarę w kondycję nowego rocka progresywnego, absolutnie niezwykła i zarazem bardzo subtelna opowieść instrumentalna, a także płyta utrzymana w unikatowym klimacie i niosąca piękne przesłanie. Debiut projektu Lonely Robot przeszedł moje wszelkie oczekiwania!

Jedenaście zarejestrowanych utworów tworzy koncept zlokalizowany pomiędzy Ziemią a różnymi zakątkami wszechświata. Album "Please Come Home" to więc opowieść o poszukiwaniu fundamentalnych odpowiedzi pomiędzy gwiazdami, ale też refleksja nad człowieczeństwem. John Mitchell opierając się na odwiecznych dążeniach człowieka o podboju kosmosu prowokuje jego moralność i zasypuje wątpliwościami jego system wartości. Być może więc Lonely Robot jest Kubrick'owskim monolitem, który umożliwia odnajdywanie odpowiedzi o istotę nieskończoności, a więc i zapewnia ewolucję pytających, ale też zarazem wskazuje na najwyższą wartość uczuć i sfery duchowej, porzuconej przecież na rzecz owych poszukiwań. Ta cykliczna opowieść doczekała się fenomenalnej oprawy. Na krążku "Please Come Home" zachwycająco prezentuje się urozmaicona sekcja wokalna, gdzie najwyższą formą wokalną popisał się kapitan ekipy eksplorującej wszechświat John Mitchell, zaś o wszelkie subtelności zadbały kobiety Heather Findlay, Rebecca Need-Menear i Kim Seviour, które w wybranych utworach otrzymały partie solowe do zaśpiewania. Pod względem wokalnym ważną rolę spełnił także Lee Ingleby, będący człowiekiem zza biurka, schowanym za pulpitem i sterującym wielką maszynę. Zaiste, oprawa wokalna tego albumu przenosi do świata filmu, gdzie wizję zastępuje nieprzenikniona wyobraźnia słuchaczy.

Jednak w tej pięknej opowieści nie chodzi tylko o słowa. Muzyka utworzona w ramach projektu Lonely Robot to odzwierciedlenie wielkiego potencjału nowego rocka progresywnego. Jeden z najlepszych synów tego gatunku, John Mitchell, na "Please Come Home" pozwolił sobie naszkicować niesamowite przestrzenie wypełnione serią improwizacji gitarowych, klawiszowych i basowych. Krążek niczym gwieździsty ocean zachęca do eksplorowania tajemnicy dźwięku ukrytej w owych soczystych improwizacjach. Niemniej nie tylko o przestrzenie i improwizacje tutaj chodzi. Album zamknięty w logicznej klamrze, opartej na dźwiękach instrumentów klawiszowych, wzmacnia skojarzenia, że mamy do czynienia z formą dopełnienia klasyków ambitnego kina, którego akcja rozgrywa się w kosmosie ("2001: Odyseja Kosmiczna", "Interstellar"). Zresztą moim zdaniem otwarcie dzieła pod postacią utworu instrumentalnego pt. "Airlock" to jedno z najlepszych wprowadzeń w historii gatunku, czemu sprzyja wspaniały popis klawiszowy Jema Godfreya. Temu otwarciu dorównuje finałowy "The Red Balloon", choć może już nie porywa, a raczej sprowadza na grunt refleksyjny.

Rezultatem owego finału są doświadczenia, w które Lonely Robot wyposaża słuchaczy na przestrzeni płyty. Niekiedy można na niej odnaleźć pomysły sięgające absolutnej klasyki, tak jak w utworze o niewinnym tytule "The Boy In The Radio", który charakteryzuje się zwiewnością, będącą znakiem rozpoznawczym najlepszego okresu twórczości Supertramp. Częściowo w ten klimat wpasowuje się również kompozycja "Why Do We Stay?", ale w tym przypadku naprzeciw uproszczeniom wychodzą piękne klawisze Steve'a Hogartha i taki też dialog wokalny pomiędzy Johnem Mitchellem a Heather Findlay. Trudno w innej kategorii rozpatrywać też utwór "Construct/Obstruct" o wyjątkowo optymistycznej aurze, dynamicznym tempie i genialnym, przestrzennym solo gitarowym. Niemniej zwiewność nie jest właściwym słowem w kolażu kosmicznych rozmaitości, które oferuje album "Please Come Home". Weźmy pod uwagę kompozycje o niezwykle intensywnej, wręcz metalowej sekcji instrumentalnej, czyli singlowy "God vs Man", najbardziej mroczną kompozycję z tracklisty pod tytułem "Are We Copies?" albo niezwykle rozbudowany utwór tytułowy, aby przekonać się, że na krążku nie brakuje dramatycznych zwrotów akcji i drapieżnego klimatu. To nie są muzyczne tematy dedykowane wyłącznie kontemplacji, ale też właściwa klimatowi płyty zmienność. Czasem podana w formie nostalgicznej i ponurej, niekiedy narwanej i podniosłej. Zawsze jednak w ramach reguł leżących u podstaw konceptu płyty. 

W owe reguły, czyniące to dzieło wspaniałą muzyczną podróżą pomiędzy ziemią a odległymi konstelacjami gwiazd, rewelacyjnie wkrada się melancholijna ballada pt. "Humans Being". Pełne żalu dźwięki pianina Steve'a Hogartha i taki też wokal Johna Mitchella tańczą jakby na popiołach ludzkich wyobrażeń o kosmosie. Temu poważnemu nastrojowi niezwykle służą kolejne akcenty wyjęte ze szklanego ekranu przez Lee Ingleby'ego, a całość wieńczy wymowny popis gitarowy Nika Kershawa. Może już bez melancholii, ale ciągle w konwencji filmowej odysei kosmicznej rysują się też kompozycje zatytułowane "A Godless Sea", zawierająca eterycznie zagospodarowane przestrzenie, a także "Oubliette" o ładunku częściowo budzącym skojarzenia z twórczością braci Cavanagh i powodującym dreszcze na skórze korytarzu kosmicznych dźwięków. Całość albumu "Please Come Home" nie wymaga post scriptum, choć trzy dodatkowe utwory (miksy kompozycji z podstawowej tracklisty krążka) stanowią wartościowe uzupełnienie tego porywającego materiału.

Nawet pomimo siły singla, którego można było posłuchać jakiś czas przed premierą "Please Come Home" i tak jestem zaskoczony niesamowitością tego albumu. John Mitchell spacerując angielskimi ulicami w przebraniu kosmonauty wzbudzał powszechne zainteresowanie ze względu na ową ekstrawagancję. Teraz to zainteresowanie powinno przenieść się na pierwszy krążek projektu Lonely Robot, który pretenduje do jednego z najlepszych dzieł w nowym rocku progresywnym. Sądzę, że objawił się pierwszy poważny kandydat do płyty roku, a także bezsprzeczny towarzysz wypraw w kosmos na kolejne dekady. Breathe in, breathe out.

 Ocena: 10/10

John Mitchell
O albumie w skrócie...

Skład: John Mitchell (b, g, ik, w), Craig Blundell (p), Nick Beggs (b), Jem Godfrey (g, ik), Peter Cox (w), Lee Ingleby (w), Heather Findlay (w), Rebecca Need-Menear (w), Kim Seviour (w), Steve Hogarth (ik, w), Jamie Finch (g), Nik Kershaw (g)

Tracklista:
1. Airlock
2. God vs Man
3. The Boy in the Radio
4. Why Do We Stay?
5. Lonely Robot
6. A Godless Sea
7. Oubliette
8. Construct/Obstruct
9. Are We Copies?
10. Humans Being
11. The Red Balloon
12. Humans Being (Ambient Mix)
13. Why Do We Stay? (Piano Mix)
14. A Godless Sea (Ocean Mix)
Kraj: 
Wielka Brytania

Produkcja:
John Mitchell

Dystrybucja:
Inside Out Music

Gatunek:
Rock Progresywny

Rok wydania:
2015


Podsumowując: "To krążek, który przywraca wiarę w kondycję nowego rocka progresywnego, absolutnie niezwykła i zarazem bardzo subtelna opowieść instrumentalna, a także płyta utrzymana w unikatowym klimacie i niosąca piękne przesłanie"

Konrad Zola

3 komentarze:

  1. Album wstrząsa mną od wczoraj, trudno nie zgodzić się z autorem recenzji,
    bogactwo nagromadzonych dźwięków poraża, sprawia że z kazdym przesłuchaniem
    chce się tej płyty czuć więcej i więcej w głowie. Ciary.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam.
    Muzyka zawarta na tymże krążku budzi poprostu zachwyt.Doskonały koncept otoczony jeszcze lepszą muzyką.
    Posiadam ów album w wersji digipack z dodatkowymi trzema kompozycjami. Jest to bez wątpienia rock progresywny XXI wieku.Doskonałe.

    OdpowiedzUsuń