wtorek, 3 marca 2015

King Crimson "Live At The Orpheum" (recenzja)

Wczesną jesienią 2014 roku w Teatrze Orpheum w Los Angeles powiało magią, może nieco już poddaną procesowi przemijania, ale nieustannie hipnotyzującą i budzącą wyobraźnię. To w tym miejscu King Crimson grał jeden z koncertów w ramach amerykańskiej trasy zespołu pn. "The Elements of King Crimson". Fragment giga doczekał się zapisu i został wydany na CD i DVD pod tytułem "Live At The Orpheum". 

Skład wpływowej legendy angielskiego rocka progresywnego daleki jest dziś od klasycznej ekipy, która tworzyła kamienie milowe gatunku, takie albumy jak "In the Court of the Crimson King" w 1969 roku, "In the Wake of Poseidon" w 1970 roku czy nawet "Red" w 1974 roku. Spoiwem łączącym czasy świetności King Crimson z teraźniejszością pozostaje Robert Fripp, częściowo też Mel Collins. Oprócz tych legend na scenie Teatru Orpheum stawili się muzycy powiązani z eksperymentalnymi czasami twórczości King Crimson, czyli Pat Mastelotto i Tony Levin, a w dalszej kolejności Gavin Harrison, Jakko Jakszyk i Bill Rieflin. W sumie więc publiczność zebrana w tym wyjątkowym miejscu w Mieście Aniołów obserwowała muzyków, którzy wnieśli na scenę dobrze przeszło 400 lat życia, doświadczenia i kariery muzycznej.

Doniosłe poczucie legendarności w Teatrze Orpheum może nie daje się odczuć w dość ekscentrycznym wstępie wydawnictwa pod postacią "Monk Morph Chamber Music", aczkolwiek wystarczyły pierwsze dźwięki kultowej kompozycji pt. "One More Red Nightmare" (wyjętej z albumu "Red"), abyśmy znaleźli się na dworze Karmazynowego Króla. Utwór nieco traci wobec oryginału i nie otwiera się na oczekiwane improwizacje, ale dobrze osadza słuchaczy w crimsonowskiej rzeczywistości. Z tej w żadnym razie nie wyprowadza improwizacja perkusyjna Gavina Harrisona, orientalnie brzmiąca miniatura "Banshee Legs Bell Hassle", choć może najmniej współgra z pozostałą częścią tracklisty. Przynajmniej stwarza takie wrażenie z perspektywy odsłuchu w standardowym pokoju w pokomunistycznym bloku.

W każdym razie właściwa (porywająca) część fragmentu giga, który znalazł się na krążku następuje w utworze "The ConstruKction of Light".  To właściwie dość wiernie oddana wariacja na temat dwóch części kompozycji tytułowej pochodzącej z jednego z najmniej docenionych albumów King Crimson. Owy brak uznania dla "The ConstruKction of Light" z 2000 roku  (następnie też genialnego "The Power to Believe" z 2003 roku) może stanowić odzwierciedlenie bardzo eksperymentalnego nastawienia King Crimson wobec struktury zarejestrowanej muzyki, szczególnie zaś proponowania awangardowego dźwięku. Na krążku "Live at the Orpheum" tamto nastawienie King Crimson do muzyki zostało dobrze zaprezentowane właśnie w utworze "The ConstruKction of Light".

Podczas występu w Teatrze Orpheum muzycy King Crimson zawiesili się też pomiędzy psychodelią a uwolnionymi improwizacjami jazzowymi. To oznacza, że w trakcie koncertu zaproponowano przynajmniej jedną kompozycję z albumu "Islands" z 1971 roku. W istocie klimat pamiętnego utworu "The Letters" jest w stanie ożywić najmocniej ukrytą grupę wspomnień. Wykonanie tego utworu podczas opisywanego koncertu stanowi jeden z najmocniejszych punktów występu King Crimson, czego zresztą dowodzi reakcja publiczności. Tego nastroju zupełnie nie wytraca instrumentalna żywiołowa improwizacja w utworze "Sailor's Tale", czyli kolejnego mocnego fragmentu wspominanego krążka "Islands". Retorycznie można przecież zapytać czy były tam słabe fragmenty? Niech odpowiedzą instrumentaliści współczesnego King Crimson, którzy oba utwory z "Islands" zagrali wzorowo.

Fragment koncertu dostępny na płycie CD i DVD wieńczy przeszło dwanaście minut odjazdu, melancholii, tajemnicy i labiryntu w drugiej zagranej kompozycji z albumu "Red". Majstersztyk, cytując polskiego klasyka, nie został może szczególnie porozciągany podczas koncertu, ale zachował swój unikatowy klimat. Choć niby tyle nowego w tym starym King Crimson, to takie klasyki pod postacią utworu "Starless" wydają się być ponad wszelkimi rotacjami w składzie, nieuniknionym przemijaniem i kaprysami kolejnych pokoleń fanów zespołu. To zaiste spełnienie wyobrażeń, o których napisałem we wstępie, a także ta niewytłumaczalna z racjonalnego punktu widzenia magia.

A jeśli o punktach widzenia mowa to odsłuch i obserwacja "Live At The Orpheum" w czterech kątach musi być zachętą do obejrzenia na żywo choćby jednego jeszcze koncertu King Crimson, a także stymulacją oczekiwań odnośnie nowej płyty. Przy okazji można pomarudzić, że "Live At The Orpheum" nie zawiera zapisu nawet połowy koncertu w Teatrze Orpheum, ale legendom można wybaczyć prawie wszystko. Ta namiastka zaproponowanej muzyki zwiastuje, że na dworze Karmazynowego Króla jeszcze wydarzy się wiele dobrego. 

Ocena: 8/10

O albumie w skrócie...

Skład: Robert Fripp (g), Mel Collins (flet, sax), Pat Mastelotto (p), Tony Levin (b), Gavin Harrison (p), Jakko Jakszyk (g, w), Bill Rieflin (p)

Tracklista:
1. Walk On: Monk Morph Chamber Music 
2. One More Red Nightmare
3. Banshee Legs Bell Hassle
4. The ConstruKtion Of Light
5. The Letters
6. Sailor's Tale
7. Starless

Rok wydania:
2015
Kraj: 
Wielka Brytania

Produkcja:
Jakko Jakszyk

Dystrybucja:
Discipline Global Mobile

Gatunek:
Rock Progresywny, Rock Eksperymentalny

Podsumowując: "[...] publiczność zebrana w tym wyjątkowym miejscu w Mieście Aniołów obserwowała muzyków, którzy wnieśli na scenę dobrze przeszło 400 lat życia, doświadczenia i kariery muzycznej" 

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz