sobota, 7 marca 2015

Steven Wilson "Hand. Cannot. Erase." (recenzja)

Stężenie magii w angielskiej przestrzeni zmaterializowanej pod nazwą "Hand. Cannot. Erase." przekroczyło wszelkie dopuszczalne normy. Długotrwałe przebywanie w otoczeniu nowego albumu studyjnego Stevena Wilsona grozi niebezpieczeństwem wycieku wszelkich emocji tkwiących w duszach słuchaczy. To jak dotąd najlepszy i zarazem najbardziej dojrzały solowy materiał angielskiego kompozytora, multiinstrumentalisty i wokalisty, który koncepcję eksperymentowania z dźwiękiem ograniczył na rzecz patentów leżących u podstaw jego własnej tożsamości. Steven Wilson zarejestrował album bliski najlepszym dokonaniom Porcupine Tree, choć tak bardzo od nich odległy na swój wyjątkowy i magiczny sposób.

Dzieło, które zawiera jedenaście kompozycji opowiada o uczuciach: przywiązaniu, utracie, nadziei, zagubieniu, oddaniu, rozpaczy, miłości i śmierci. Na "Hand. Cannot. Erase." dochodzi do celebrowania jasnych fragmentów życia, na ogół w formie retrospektywnej, a także pogrążania się w nieuniknionym, choć często też przypadkowym mroku. Steven Wilson sięgając do kilku ostatnich wiadomości pozostawionych na płytach Porcupine Tree znowu zmierzył się z demonami nękającymi młode współczesne pokolenia, ale zrobił to kanalizując swoją opowieść na kobiecie. Bohaterka albumu, nazwijmy ją Joyce Vincent, dorastała w szczęściu, wśród kochającej ją rodziny i w otoczeniu oddanych przyjaciół. Wraz z naturalną zmianą otoczenia, dyktowaną prawami dojrzałości, o bohaterkę "Hand. Cannot. Erase." świat przestał się upominać, a w niej samej postępowała wyniszczająca alienacja. Jej nieistnienie nie zostało nawet zauważone. Nowy album Stevena Wilsona jest więc niewysłuchaną spowiedzią Joyce Vincent, ale pełni też funkcję przejmującej refleksji nad stanem tożsamości ludzi żyjących w dużych miastach, ich głośnej radości i niemego żalu.

W pracach nad "Hand. Cannot. Erase." Steven Wilson podjął współpracę z wirtuozem instrumentów klawiszowych Adamem Holzmanem, perkusistą Marco Minnemannem (w jednym utworze na tym instrumencie zagrał też Chad Wackerman), saksofonistą Theo Travisem oraz gitarzystami Guthrie Govanem i Dave'em Gregorym. Ponadto krążek uzupełniła sekcja wokalna w składzie Katherine Jenkins, Ninet Tayeb i Nick Beggs, a także Londyńska Orkiestra Sesyjna oraz Chór Szkolny pn. The Cardinal Vaughan Memorial. Album zawiera też wyraźny polski akcent, bowiem zdjęcia zarówno na okładce, jak również w booklecie albumu przedstawiają Polkę Karolinę "Carrie" Grzybowską. W sumie cała ta ekipa, wraz ze sztabem dźwiękowców i pozostałego personelu kierowanego wizją Stevena Wilsona, zarejestrowała przeszło godzinę muzyki wpisującej się w najwyższe standardy nowego rocka progresywnego. To, wydawać by się mogło trudny do osiągnięcia, kolejny poziom rozwoju artystycznego cenionego muzyka z Kingston upon Thames, który zaproponował niezwykle donośne dzieło w ramach (...czasem poza nimi) całego gatunku progresywnego.

Pełnia materiału w sensie instrumentalnym nie sprawia wrażenia sztywno powiązanego ze sobą konceptu. Kolejne kompozycje to na ogół samodzielne, natchnione geniuszem Stevena Wilsona, propozycje na temat różnych wymiarów rocka progresywnego. Teraz kiedy myślę o zawartości "Hand. Cannot. Erase." sądzę, że to bardzo zróżnicowany materiał zarówno pod względem samej struktury, jak również zastosowanych środków muzycznych. Barwny kolaż użytych instrumentów - od klasyki rockowej poprzez orkiestrowe smyczki ku wynalazkom klasyfikowanym jako folk, ewentualnie jako środki wyrazu kultury materialnej - świadczy o nieprzemijających szerokich muzycznych horyzontach głównego twórcy dzieła. Jednak Steven Wilson pomimo wachlarzu licznych pomysłów nie porzucił rdzenia swojej twórczości. Wciąż jest artystą, którego muzyka zaspokaja oczekiwania przede wszystkim fanów rocka progresywnego, a także ludzi poszukujących w muzyce trwałych emocji. To wszystko zapewnia "Hand. Cannot. Erase.".

Album ujęty w logiczną klamrę - dość beztroski wstęp pod postacią utworu "First Regret" i wzruszającą codę zatytułowaną "Ascendant Here On..." - zabiera do świata rozmaitych wizji muzycznych Stevena Wilsona, tych znanych i tych dopiero odkrywanych. Muzyk wraz z Adamem Holzmanem, Marco Minnemannem, Guthrie Govanem i Dave'em Gregorym po raz pierwszy nawiązuje do dziedzictwa Porcupine Tree w wielowątkowym utworze pt. "3 Years Older", aby wcale z tego nie zrezygnować na nutach utworu tytułowego. Tyle, że pierwsza wymieniona kompozycja oferuje bogatą ilość charakterystycznych zmian nastroju oraz wypuszczeń, improwizacji i solówek (na rzeczy gitara akustyczna i instrumenty klawiszowe), zaś druga w dość prostej formie rześko rozpływa się na sekcji gitarowej Stevena Wilsona i Dave'a Gregory'ego, których wysiłki urozmaicają pozostali instrumentaliści, w tym przede wszystkim Adam Holzman. W przeszłości przy okazji poprzednich albumów solowych Steven Wilson nie stronił od maniery, która polegała na sygnalizowaniu pomysłów znanych z Porcupine Tree, a zarazem tworzeniu dziwacznych form eksperymentalnych, często trudnych i po prostu mało przystępnych. Na "Hand. Cannot. Erase." akcenty związane z macierzystą kapelą artysty w dużej mierze wyczerpują się na dwóch wspominanych utworach. Co następuje później?  

Magia. Magia. Improwizacja. Magia. Magia.

Jeden z najwspanialszych momentów na "Hand. Cannot. Erase." wyłania się w dobrze znanym singlu pt. "Perfect Life". To kompozycja w zasadzie elektroniczna, oparta na uduchowionym tle i wiedziona pięknymi wokalami Stevena Wilsona, który pełni funkcję sumienia we wspomnieniach czule opowiedzianych przez Katherine Jenkins. Album nie jest więc pozbawiony eksperymentów, ale tym razem są one zaprezentowane w przemyślanej i dostępnej dla każdego formie. Weźmy pod uwagę kolejną wielowątkową kompozycję na krążku pt. "Routine", aby spróbować zdążyć za inwencją Stevena Wilsona, który prowadząc dialog z Ninet Tayeb odkrywa kolejne obszary drzemiącej w nim subtelności. Wreszcie też w tym utworze następuje jedno z najbardziej efektownych przełamań na "Hand. Cannot. Erase.", będące pozbawionym skrupułów rozerwaniem owego błogiego nastroju pod postacią znakomitej solówki gitarowej zwiastującej nadejście efektownego, podniosłego instrumentarium. Wgniatających w fotel efektów nie zabrakło także w drapieżnym utworze pt. "Home Invasion" o klimacie ocierającym się o blues'ową wolność, jazzowe improwizacje i rockowe pazury. Zmienność tego utworu, liczne wyborne przejścia, a także zawarty w nim klimat starej szkoły aspirują do miana kolejnego wielkiego momentu na krążku. Tym bardziej, że kompozycję wieńczy prosty, acz bardzo chwytliwy i symboliczny tekst.

Zjawiskową, a jednocześnie różnorodną formę "Hand. Cannot. Erase." utrzymuje instrumental zatytułowany "Regret #9", który został nagrany w modnym ostatnio kosmicznym klimacie. To w zasadzie seria improwizacji wpuszczonych w elektroniczny mikser. Psychodeliczny posmak kompozycji, a także jej niespodziewany finał wystarczą, aby na trwale zapisać się w pamięci słuchaczy oczekujących odlotu. Serię tych efektownych popisów zamyka lekkostrawna kompozycja zatytułowana "Transience", która właściwie wprowadza do najbardziej rozbudowanego utworu na płycie, zdradliwego "Ancestral". Owa zdradliwość jest rezultatem struktury numeru. Niepozornej, utrzymywanej pomiędzy elektroniką, ambientem, a nawet folkiem, aż wystrzelonej bez ostrzeżenia na poziom prog metalu. Seria gitarowych zjazdów i solówek (w tym kapitalnej partii Guthrie Govana) wywołuje dreszcze na skórze, których w żadnym razie nie niwelują liczne manewry w tempie i nastroju tego potężnego utworu. Skojarzenia z prog metalem mogą być także domeną kompozycji "Happy Returns", choć tylko na wstępie, ponieważ burzliwy klimat szybko ustępuje przyjemnej balladzie, będącej formą zasłużonego oddechu po takim potężnym ładunku emocji, które w 2015 roku dostarczył słuchaczom Steven Wilson. 


Byłoby więc pewnym przekłamaniem, gdybym stwierdził, że jestem zaskoczony wielką formą angielskiego wirtuoza rocka progresywnego. Niemniej spodziewałem się, że Steven Wilson na krążku "Hand. Cannot. Erase." będzie raczej kontynuował awangardowe pomysły zaprezentowane na poprzednich albumach solowych, aniżeli zbliży się do esencji nowego rocka progresywnego. Oprócz tego artysta zarejestrował grupę fenomenalnych, wykraczających ponad wyobraźnię pomysłów, które zapisują się złotymi nutami na kartach jego twórczości. Zawartość "Hand. Cannot. Erase." to wizjonerski rock progresywny, oparty na solidnych podstawach gatunku, ale też bardzo ważna wiadomość dla współczesnych pokoleń ludzi mierzących się z wyobcowaniem i samotnością. W rwącym potoku wody życia łatwo jest zostać zapomnianym, ponieważ woda nie ma pamięci, ale może w tym progresywnym geniuszu chodzi o to, aby nie zostać zapomnianym, a Steven Wilson mówi do mnie i do was wszystkich: nie dajcie się.

Ocena: 10/10

Steven Wilson
O albumie w skrócie...

Skład: Steven Wilson (b, banjo, g, ik, melotron, progr., shaker, w), Adam Holzman (ik), Guthrie Govan (g), Dave Gregory (g), Marco Minnemann (p), Chad Wackerman (p), Theo Travis (flet, sax), Nick Beggs (b, w), Ninet Tayeb (w), Katherine Jenkins (w), Leo Blair (w), Chór Szkolny pn. The Cardinal Vaughan Memorial (w) oraz Londyńska Orkiestra Sesyjna (w)
Tracklista:
1. First Regret    
2. 3 Years Older    
3. Hand Cannot Erase    
4. Perfect Life    
5. Routine    
6. Home Invasion    
7. Regret #9    
8. Transience    
9. Ancestral    
10. Happy Returns    
11. Ascendant Here On...

Kraj: 
Wielka Brytania

Produkcja:
Steven Wilson

Dystrybucja:
Kscope

Gatunek:
Rock Progresywny

Rok wydania:
2015


Podsumowując: "Nowy album Stevena Wilsona jest więc niewysłuchaną spowiedzią Joyce Vincent, ale pełni też funkcję przejmującej refleksji nad stanem tożsamości ludzi żyjących w dużych miastach, ich głośnej radości i niemego żalu"

Konrad Zola

2 komentarze:

  1. Płyta nierówna. W żaden sposób nie można powiedzieć o niej arcydzieło. Kilka dobrych utworów, kilka przeciętnych. Wilson nie nagrał naprawdę dobrej płyty od czasów "Fear on the blank planet". 6/10

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam pomysł, nagraj lepszą

      Usuń