niedziela, 15 marca 2015

REFLEKSJA PO ZMROKU: Riverside - szósty album, sentymenty i syndromy

Szóste duże dzieło Floydów, wydany w 1971 roku album "Meddle", daleki był jeszcze od przełomu w twórczości kapeli, choć sygnały ku dobremu dostarczyła znakomita suita zatytułowana "Echoes", będąca zwieńczeniem owego krążka. W każdym razie w tamtym czasie na poziomie szóstego albumu Floydzi zaledwie przebłyskiwali o drzemiących w nich możliwościach, które wkrótce w pełni się rozwinęły i doprowadziły do zarejestrowania najważniejszych albumów w klasycznym rocku progresywnym, zaś kapelę na trwałe wpisały do kanonów nie tylko gatunku progresywnego, ale po prostu muzyki.

Współcześnie szósty album w dyskografii każdego zespołu wydaje się być zwieńczeniem dystansu maratońskiego i nieczęsto zdarza się, aby kilka lat po tym etapie następował przełom porównywany z karierą Pink Floyd. Najbliżej takiego obrotu spraw była amerykańska kapela prog metalowa Fates Warning, która w 1991 roku - dokładnie dwadzieścia lat po premierze wspomnianego "Meddle" - zarejestrowała swój szósty album zatytułowany "Parallels". Tak jak w przypadku Floydów największe dzieła tego zespołu miały dopiero nadejść. Przynajmniej jedno z nich, fenomenalny krążek "Disconnected" z 2000 roku, to dziś tytan inspiracji dla współczesnego prog metalu, choć zarazem materiał bardzo niedoceniony. Na etapie szóstego albumu zmiany w swej filozofii na trwałe potwierdziła Anathema ("A Fine Day To Exit", 2001), która jednak już wcześniej zasygnalizowała pełne oddanie nowemu rockowi progresywnemu. Podobnie było zresztą dziesięć lat wcześniej w przypadku Marillion. Szósty album Anglików ("Holidays In Eden", 1991) był jednocześnie drugim nagranym z nowym wokalistą Steve'em Hogarthem, a więc pełnił funkcję okrzepnięcia z nieobecnością w składzie grupy nieodgadnionego Fisha. Inne wpływowe zespoły wzięte z szerokiej przestrzeni czterdziestu lat - Camel, ELP, Porcupine Tree, Voivod, Ayreon, Dream Theater, Mastodon - na swoich szóstych albumach raczej potwierdzały wielkie możliwości, aniżeli wnosiły coś nowego, względnie przygotowywały się do kolejnego spektakularnego sukcesu (King Crimson, Rush) lub powoli schodziły z progresywnego firmamentu (Pain Of Salvation, Supertramp). Pytanie więc brzmi jaki scenariusz napisze sobie Riverside?

Niedawno ta znakomita polska kapela zapowiedziała szósty album studyjny, który będzie nosił tytuł "Love, Fear and the Time Machine" i będzie miał premierę w okolicach września 2015 roku. Riverside ma dziś w Polsce status gwiazdy (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) rocka i metalu progresywnego, na który muzycy tworzący zespół zapracowali sobie pięcioma albumami wydanymi na przestrzeni dekady (dla porównania - muzycy Pink Floyd potrzebowali czterech lat, aby wydać pięć krążków, choć to były zupełnie inne czasy jeśli chodzi o proces tworzenia i dystrybucję muzyki). Trudno też nie zauważyć popularności Riverside poza granicami naszego kraju, na co pracuje nie tylko kontrakt z poważną zagraniczną wytwórnią, ale też duża liczba zagranych koncertów, która przełożyła się na popularność wśród fanów muzycznej progresji. Popularność na Zachodzie, niemal tak jak za komuny, okazuje się dziś przepustką do nowego i lepszego świata. Nie wliczając twórczości Riverside w Polsce kultura prog rocka i metalu znajduje się w procesie powolnego wymierania. To gatunek zagrożony! Wszakże takie zespoły, lub ich twórcy, jak Collage i SBB powoli zbliżają się do nieskończoności (...lub już tam się znajdują) i na ogół nie są w stanie porwać młodych fanów gatunku, nie inaczej jest zresztą w przypadku wielkiego dziedzictwa pozostawionego po Czesławie Niemenie i Grzegorzu Ciechowskim, zaś po obiecujących kapelach - Believe, Indukti, Joseph Magazine, Love De Vice, Millenium, Nook, Satellite, Quidam, Votum i przede wszystkim Lebowski - słuch zaginął, ewentualnie znalazły się one w niemocy twórczej, tudzież zżera je smutna proza życia i wszelkie jej szare aspekty. Aktywnością wciąż wykazuje się Osada Vida, ale nikt poważny na Zachodzie na razie tego zespołu nie zauważył. 

W sumie więc Riverside to dziś główny pomost prog rocka i metalu pomiędzy Polską a światem, a jeden z twórców kapeli, Mariusz Duda, dodatkowo tworzy samodzielną muzykę pod nazwą Lunatic Soul. Warto przy tym zauważyć, że o ile trzy pierwsze albumy solowe Mariusza Dudy stanowiły interesującą, zagraną na bardzo wysokim poziomie i pożądaną alternatywę od twórczości Riverside, o tyle ostatnie dzieło Lunatic Soul, album zatytułowany "Walking On a Flashlight Beam", zaburzył nieco równowagę w przyrodzie. Mariusz Duda zarejestrował album zdolny do podboju całego świata, krążek być może posiadający nawet większy potencjał od dotychczasowych nagrań Riverside, ale to wszystko działa z korzyścią dla rozwoju kapeli i jej twórców. Pomiędzy Riverside a Lunatic Soul nie chodzi wszak o rywalizację, co można by w ramach nadinterpretacji wywnioskować choćby z ostatniej wypowiedzi Stevena Wilsona na temat tych dwóch zespołów, ale o ugruntowanie na cywilizowanej ziemi dwóch bardzo mocnych pozycji w polskiej muzyce progresywnej, a przede wszystkim o wolność tworzenia. Biorąc więc pod uwagę te wszystkie okoliczności, tj. przewrotność szóstego albumu w dyskografiach zespołów z gatunku progresywnego, niekwestionowaną pozycję Riverside w polskim prog rocku/metalu i zawrotnie wzrastające znaczenie kapeli na świecie, a także przestrzeń pomiędzy samodzielnymi nagraniami Mariusza Dudy i jego pracą z zespołem, materiał zatytułowany "Love, Fear and the Time Machine" zapowiada się jako jeden z najciekawszych tegorocznych krążków. Taką opinię podziela zresztą wielu zagranicznych fanów, głównie z Wysp Brytyjskich i Holandii, którzy na różnych forach dyskusyjnych i portalach społecznościowych nadużywają wyobraźni na temat szóstego krążka Riverside. To album, który może być przepustką polskiego zespołu do zaznaczenia trwałego śladu w kulturze masowej.

Z pewnością po zawartości "Love, Fear and the Time Machine" można spodziewać się, że będzie to album inny, niż trylogia Riverside ("Out Of Myself", "Second Life Syndrome" i "Rapid Eye Movement"), a także dwa kolejne dzieła zespołu ("Anno Domini High Definition" i "Shrine Of New Generation Slaves"). Wynika to z filozofii tworzenia zespołu, którą jeszcze w 2005 roku na łamach magazynu "Mystic Art" nakreślił Piotr Grudziński: "Możemy tworzyć rzeczy inne niż 'Out Of Myself', ale równocześnie utrzymane w naszym stylu". Trwałość tego poglądu podtrzymał dwa lata później Mariusz Duda mówiąc w wywiadzie dla "Mystic Art" o następujących kwestiach: "Wiesz, ja od dziecka byłem bardziej fanem Metallicy niż Iron Maiden. Płyty muszą się od siebie różnić. Jeśli chcesz być artystą, a nie rzemieślnikiem, to musisz co chwilę podnosić sobie poprzeczkę, zaskakiwać sam siebie, eksperymentować, stawiać sobie nowe wyzwania, przede wszystkim jednak tworzyć to, co czujesz, a nie to, czego domagają się od ciebie fani. Ja chcę zaskakiwać sam siebie i nie chce powtarzać w tym, co robię". Łatwo więc wnioskować, że na szóstym albumie Riverside wciąż rozpoznamy tożsamość Riverside, ale kapela przygotuje kolejny zestaw świeżych i zaskakujących pomysłów. Zresztą sami twórcy mówią o nadchodzącym materiale w takich słowach: "Teraz będzie bardzo dużo melodii ubranych w zupełnie inne klimaty. Zmieniamy się jako zespół, dojrzewamy, przede wszystkim chcemy jednak nagrywać różne płyty, których się świetnie słucha. A nowy album będzie jak haust świeżego powietrza, kompletnie inny niż wszystko, co było do tej pory". Wszystko się zgadza, prawda? 

Swoją drogą, jeśli już dwukrotnie powołałem się na "Mystic Art", to patrząc na archiwalne artykuły i wywiady opublikowane w tym magazynie na temat Riverside można dostrzec ewolucję, jaka dokonała się w zespole. Dawniej był to kwartet powściągliwych muzyków, chyba też trochę nieśmiałych i zarazem prezentujących wymuszone miny. Ich ówczesny sposób wypowiedzi, wyglądu (m.in. "skrzydełka" na rzeczy u Mariusza Dudy i Michała Łapaja, zaś u Piotrów Grudzińskiego i Kozieradzkiego surowość właściwa metalowej ekstremie), a także przyjmowane postawy nie osadzały kapeli w gronie twórców mogących mieć wpływ na polską i światową scenę prog rocka i metalu. Równocześnie uderzające było wrażenie nałożenia się na siebie dwóch światów - liryczności i tajemnicy u Dudy i Łapaja z drapieżnością prezentowaną przez Grudzińskiego i Kozieradzkiego. Z tej mieszanki wyrósł zespół Riverside. Kapela, która w sensie wizerunkowym tworzy dziś rozpoznawalną i ukształtowaną tożsamość. Twórcy wypowiadający się z pełną świadomością o pozycji, którą zajmują, a także emanujący profesjonalizmem w opisywaniu tworzonej przez nich muzyki. W sumie więc takie wypowiedzi, jaką w 2005 roku udzielił Piotr Kozieradzki, czyli: "Wolałbym [...] byśmy mówili o Riverside, jako o zespole rockowym, ale nie progrockowym, ani tym bardziej neoprogrockowym", wydają się dziś niezrozumiałe. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę ilość ładunku inspiracji, którą kapela dostarczyła w ostatnich latach do rocka i metalu progresywnego. 

Mnie samemu, w formie sentymentalnej, stoi przed oczami ta skromna kapela, która dawniej rozgrzewała lokalną publiczność w krakowskim Loch Ness, aby dziś być w pełni przygotowaną na podbój wszystkich szerokości świata. Nie zmienia się chyba tylko sposób w jaki publiczność przeżywa koncerty Riverside, choć zdecydowanie zmienił się stan techniczny gigów polskiej kapeli. Pamiętam jeszcze moje czasy licealne, a jestem już długo po studiach, gdy zerwałem się z lekcji u nauczyciela historii, u którego taki wybryk groził egzekucją na następnych zajęciach. To był 2006 rok. Szkoła średnia nie była jeszcze wtedy parasolem ochronnym dla uczniów, a edukacja nie ulegała dewaluacji w tak zawrotnym tempie jak dziś. Niemniej warto było zaryzykować, aby zdążyć na jedyny pociąg kursujący z prowincji do Krakowa. To właśnie tam we wspominanym klubie Loch Ness muzycy Riverside dali niezły koncert, następnie zaś po gigu wyszli do fanów, aby porozmawiać i podpisać płyty. Niby nic, ale perspektywa czasu pozwala na tych muzyków spojrzeć jako na sympatycznych kolesi, chyba jeszcze nieświadomych swoich wielkich możliwości, przygotowujących się jednak na wielkie rzeczy. Z czasem tego typu zbliżenia z zespołem, co naturalne, stały się utrudnione. Koncerty Riverside przestały być niezłe, stały się zjawiskowe. Kapela znacznie poszerzyła repertuar, wspięła się na wyżyny profesjonalizmu, a zarazem zaczęła wykazywać większą powściągliwość w kontaktach z przypadkowymi ludźmi. To cechy artystów stojących na straży procesu tworzenia, ludzi szanujących swoją twórczość, jednocześnie też wirtuozów gotowych na (prawie) wszystko.

Finał tych słów musi być taki, że czas do premiery "Love, Fear and the Time Machine" to nie tylko oczekiwanie na krążek "tego zajebistego zespołu, co się tak fajnie kotłuje na scenie", ale też nieprzyzwoite wyobrażenia o możliwym opus magnum Riverside. Szóstka nigdy nie była przełomowa w dyskografiach zespołów, o których wcześniej napisałem, ale może granicę przełomu zaczyna właśnie wyznaczać Riverside? 

Konrad Zola

[W tekście wykorzystałem zdjęcie udostępnione na oficjalnej stronie internetowej Riverside. Zachęcam do jej śledzenia pod tym adresem]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz