czwartek, 2 kwietnia 2015

Enslaved "In Times" (recenzja)

Metal Progresywny to gatunek, który wzbudza skojarzenia z twórczością Dream Theater, Fates Warning albo Tool. W sumie więc najbardziej wyuzdane wyobrażenia o ilości metalu w progresji zamykały się na ogół w standardach leżących jeszcze u podstaw NWOBHM. Heavy Metal? Ok. Ten rodzaj ciężaru w muzyce progresywnej był bez trudu do zaakceptowania przez pokolenie ludzi wychowanych na klasykach rocka progresywnego. W odwrotnym kierunku podobnie sprawy postrzegali też fani klasycznych odmian metalu. Te, wydawać by się mogło, sztywne granice w drugiej połowie lat 90. ubiegłego wieku zaczęły przekraczać zespoły ze Skandynawii, które do progresywnych struktur kompozycji dokładały nieprawdopodobną ilość agresji i ciężaru. Metal Progresywny w Europie uległ totalnej brutalizacji. Jednym z głównych sprawców takiego obrotu spraw był zespół Enslaved.

Norwegom do wydania nowego albumu, trzynastego w dorobku, wystarczyło sześć kompozycji. Każda nieprzyzwoicie porozciągana, pełna częstych zmian nastroju i tempa, naładowana ogromną ilością urozmaiceń i wypełniona klimatycznymi przestrzeniami. Oprócz tego w zawartości "In Times", bowiem tak nazywa się to dzieło, nie brakuje też zagrywek instrumentalnych i sekcji wokalnej wpisujących tę kapelę do grona skandynawskiej ekstremy metalowej. Nie mogą więc dziwić opinie, które o Enslaved mówią jako o przedstawicielu progresywnego black metalu. Trudno też dziwić się twórcom największego archiwum progresywnego w sieci, w szczególności jego czytelnikom, że do norweskiej kapeli podchodzą z nieufnością. Pozbądźmy się jednak wszelkich niedomówień. Enslaved na progresywnym firmamencie to dziś najwyższa klasa tworzenia, a o wyjątkowości kapeli świadczy wspominane tegoroczne dzieło "In Times".

Album już na wstępie nokautuje serią ekstremalnych ciosów zadanych w oparciu o wściekłe growle, potężne gitary i blastującą perkusję. Tego typu pomysły, jak w utworze "Thurisaz Dreaming", służą podtrzymywaniu tożsamości kapeli. Zresztą mam wrażenie, że muzycy Enslaved zawsze byli o krok przed norweskimi zespołami jeśli chodzi o wizję i tworzenie złożonych struktur muzycznych, ale nie wolno zapominać, że ich geneza to te same mroczne lasy, opuszczone piwnice i miejsca kultu, w jakich nadawano kształt najprawdziwszemu black metalowi. W sumie więc album "In Times" w różnych fragmentach potrafi przywalić tak mocno, że nie trzeba znać się na geografii muzycznej, aby wiedzieć skąd wywodzą się te wszystkie złowieszcze dźwięki. Koronnymi przykładami w tej materii, oprócz wspominanego "Thurisaz Dreaming", niechaj będą też liczne rozpędzone fragmenty numeru "One Thousand Years of Rain", najbardziej podniosłe części utworów "Nauthir Bleeding" i "Daylight" albo częste zjazdy instrumentalno-wokalne w kompozycji tytułowej.


W każdym razie w przekroju tych samych kompozycji daje się usłyszeć dopracowaną umiejętność Enslaved w tworzeniu progresji. Wielowątkowość jest jednym z najważniejszych opisów albumu "In Times". Stając naprzeciw tego dzieła nie można popaść w stagnację, niekiedy uskutecznianą we współczesnym black metalu, albo prędko osiągnąć poczucie odkrycia wszystkich tajemnic krążka. To niemożliwe! Weźmy pod uwagę drugi utwór na krążku. Soczyste gitary w "Building With Fire" wiodą poprzez dużą ilość przejść, złamań klimatu i niespodziewanych zagrywek, które wieńczy przestrzenny dialog pomiędzy basem a gitarami. To zresztą jeden z najlżejszych utworów na całej płycie, co prawda niepozbawiony sporadycznego growlingu, ale w sekcji instrumentalnej zagrany w taki sposób, aby nie odstraszyć potencjalnych fanów Dream Theater. Pewną formę liryczności muzycy Enslaved zdradzili też we wstępnych partiach do kompozycji "Nauthir Bleeding", ale akurat ten numer szybko osiąga postać wpisującą się w umowną definicję progresywnego black metalu, aby finałowo nieco kokietować słuchacza (prowadząc na nim terapię wstrząsową?) niestabilną i schizofreniczną strukturą.

Norweska kapela pozwoliła sobie też na grupę zagrań eksperymentalnych, vide nieschematyczne partie gitar we wstępie do utworu "One Thousand Years of Rain". To kompozycja została zaprezentowana wręcz w kształcie awangardy, zawierającej mgliście oddzielone od siebie części utworu, z których raz po raz wypełzają pomysły wymykające się prostym definicjom. Nie chodzi mi bynajmniej o fragmentaryczne stosowanie języka islandzkiego, ale o sposób tworzenia dźwięku. Dziwnego, onirycznego, poddającego się tajemnicy. Podobne inklinacje Enslaved można też odczuć w kulminacyjnym fragmencie albumu, czyli utworze tytułowym, będącym zresztą najdłuższą kompozycją w zawartości "In Times". Prawie jedenaście minut muzyki wyróżnia się nie tylko doniosłą wynalazczością zespołu na kanwie instrumentalnej i wokalnej, ale też poddaną rygorowi strukturą utworu. W kompozycji tytułowej dzieje się wszak bardzo dużo, ale całość przebiega systematycznie według wzoru reakcji: ekstremalne patenty black metalowe + postrzępiona, niemalże psychodeliczna przestrzeń ---> eksplozja dźwięku + wybuch norweskiej bomby atomowej + popioły.

Na owych popiołach "In Times" wyłania się jeszcze utwór "Daylight", będący  odzwierciedleniem muzycznej apokalipsy, jaką muzycy Enslaved w 2015 roku zaoferowali swoim słuchaczom. Zatem zderzenie tych dwóch światów, black metalu i progresji, wciąż będzie wzbudzać kontrowersje. Nie jest to muzyka łatwa dla fanów tradycyjnego prog metalu (szczególnie tych amerykańskich), ani taka, która zaspokoiłaby oczekiwania konserwatywnego środowiska blackmetalowego. To więc tworzenie nieustannie ma w sobie coś wizjonerskiego, zastanawiającego i intrygującego, ale też zdradliwego i ryzykownego. W każdym razie jeśli za nagranie materiału w tej konwencji biorą się tacy fachowcy jak Norwegowie z Enslaved to można być spokojnym o jakość oferowanej muzyki. Wielką całość dopełniają wspaniałe słowa o nieprzemijającym cyklu życia i śmierci.
Ocena: 9/10

O albumie w skrócie...

Skład: Grutle Kjellson (b, efekty, w), Ivar Bjornson (efekty, ik, g), Cato Bekkevold (p), Herbrand Larsen (ik, w), Ice Dale (g), a także gościnnie Einar "Kvitrafn" Selvik (w) i Iver Sandoy (w) 

Tracklista:
1. Thurisaz Dreaming   
2. Building with Fire   
3. One Thousand Years of Rain   
4. Nauthir Bleeding
5. In Times
6. Daylight 
  

Rok wydania:
2015
Kraj: 
Norwegia

Produkcja:
Grutle Kjellson, Ivar Bjornson, Herbrand Larsen i Iver Sandoy

Dystrybucja:
Nuclear Blast

Gatunek:
Metal Progresywny, Black Metal

Podsumowując: "Norwegom do wydania nowego albumu, trzynastego w dorobku, wystarczyło sześć kompozycji. Każda nieprzyzwoicie porozciągana, pełna częstych zmian nastroju i tempa, naładowana ogromną ilością urozmaiceń i wypełniona klimatycznymi przestrzeniami" 


Konrad Zola

3 komentarze:

  1. Bardzo dobra płyta, bardziej mi się podoba od pokręconej poprzedniczki, na której można było sobie połamać zęby. Brakuję trochę przebojowości, którą miażdżyła "Axioma...", niemniej jednak lepszej płyty w ekstremalnym progu pewnie w tym roku już nie usłyszymy. No, może Alkaloid im dorównał, choć to trochę inne granie.

    Ukłon w stronę autora za śmiałe eksperymenty z "progresją". Niesamowite, jak ten na pozór ściśle wyspecjalizowany gatunek rozrósł się w ciągu ostatnich 15 lat.

    OdpowiedzUsuń
  2. Słucham ją po raz n-ty w ostatnim czasie i zgadzam się w pełni. Sam też parę słów przeskrobię o tej płycie na dniach ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki za opinie. Alkaloid brzmi ciekawie. Robpal znowu jesteś kopalnią informacji, tak jak niedawno w przypadku Australii. Dzięki za namiary na tę kapelę! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń