niedziela, 10 maja 2015

REFLEKSJA PO ZMROKU: Progresywne okładki i alternatywne warianty

Dokładnie 25 lipca 2000 roku ukazał się jeden z najważniejszych albumów w historii progresywnego metalu. Dzieło, jak to często bywa w przypadku kamieni milowych, nie zostało odpowiednio docenione przez krytykę, choć w kolejnej dekadzie rozmaite zespoły czerpały z niego garściami i inspirowały się jego błyskotliwymi pomysłami. Chodzi o album zatytułowany "Disconnected" zespołu Fates Warning. W każdym razie nie wspominam o nim, aby wyłącznie zachwalać jego wielkość w sensie muzycznym. Okazuje się bowiem, że dziewiąty album amerykańskich prog metalowców z Connecticut ukazał się na rynku europejskim w jednej z najbardziej nietrafionych okładek w historii. To wrażenie wynika z porównania z oryginalną grafiką zdobiącą to dzieło w USA i Kanadzie, czyli... jedną z najbardziej klimatycznych okładek w historii muzyki. 

Tak więc w zasadzie o tym, że zmiany grafiki na płytach nie zawsze są trafionym rozwiązaniem chciałbym napisać kilka refleksji. Zdarzyło się bowiem 'kilkukrotnie' w historii muzyki progresywnej, że oryginalne grafiki zastępowano nowymi. Najczęściej dochodziło do tego przy okazji reedycji - czasem związanych ze zmianą dystrybutora, który przejmował pełnię praw do dzieła, czasem w rezultacie wznowień dokonywanych po latach (np. w ramach jubileuszy), często też w przypadku istnienia edycji rozszerzonej krążka.

Rzadziej dochodzi do sytuacji, jaka spotkała album "Disconnected", gdy na rynku amerykańskim płyta została ozdobiona genialną ilustracją w wykonaniu fotografa Alexa Solcy, a na rynku europejskim ktoś wpadł na pomysł, aby klimatyczne odcienie sepii po prostu usunąć. Ciekawe, że wersja europejska była pierwszą, którą Alex Solca przedstawił muzykom Fates Warning, ale Amerykanie słusznie uznali, że obraz nie do końca odzwierciedla klimat dzieła. Tymczasem grafika przeniesiona do sepii i lepiej wyprofilowana - swoją drogą budząca nieco skojarzenia ze zdjęciami Edwarda Kłosińskiego przedstawiającymi wydarzenia grudniowe w "Człowieku z Żelaza" - trafiła w punkt tego genialnego dzieła. W taki sposób narodziła się legenda nie tylko muzyczna, ale i obrazkowa. 


W niemałym szoku musieli być fani kanadyjskiego Voivod, gdy jeden z najciekawszych krążków grupy pt. "The Outer Limits" we wznowieniu z 2008 roku doczekał się dziwnej trójwymiarowej okładki. Główny bohater tej grafiki, klasyczne wyobrażenie obcego, został przeniesiony do dwóch odcieni kolorystycznych - czerwonego i białego, tak aby zarówno on, jak również zdjęcia wewnątrz bookletu mogły spełniać standardy grafiki 3D. Do reedycji z 2008 roku zostały bowiem dołączone okulary trójwymiarowe. Na szczęście nie zapomniano o krążku z muzyką! 

Voivod zawsze był pionierski. Wspomniana koncepcja graficzna reedycji "The Outer Limits" była pomysłem po części zespołu, a po części też dystrybutora, którym w Polsce był Metal Mind Productions. Ja jednak preferuję oryginalne wydanie albumu z 3 sierpnia 1993 roku. Autorami klasycznej 'pozaziemskiej' grafiki są Michel "Away" Langevin (perkusista, rysownik i regularny grafik Voivod) oraz kanadyjski grafik Vartan Kurjian, zaś niektóre zdjęcia wykonał Mick Rock, współpracujący wcześniej m.in. z Fates Warning. Warto więc przy tym zauważyć, że ograniczenie liczby kolorów i nadanie im większej intensywności sprzyjało wspominanej we wstępie okładce albumu Fates Warning, zaś w przypadku Voivod kompletnie się nie sprawdziło... oczywiście o ile odsiejemy owy pierwiastek wizjonerstwa. 


Natomiast ciekawie prezentują się kwestie związane z okładkami w przypadku OSI, czyli amerykańskiego projektu tworzonego przez legendy prog metalu Kevina Moore'a i Jima Matheosa. Dwa pierwsze krążki OSI stanowią klasyczny przykład stosowania alternatywnych wobec oryginałów wersji okładek w zależności od edycji albumu - podstawowej lub rozszerzonej. 

W taki oto osób debiutancki album OSI zatytułowany "Office Of Strategic Influence" ukazał się na rynku 17 lutego 2003 roku i został ozdobiony dość chaotycznym zdjęciem fragmentu biurka któregoś z urzędników okrytego złą sławą biura Urzędu Wpływu Strategicznego (...Office Of Strategic Influence). Edycja rozszerzona, swoją drogą zawierająca trzy świetne nagrania (dwa covery i przeszło siedemnaście minut improwizacji), była o wiele bardziej stonowana. Ilustrowała bowiem przód legitymacji Urzędu Wpływu Strategicznego, zaś wnętrze bookletu było stylizowane na wzór kolejnych stron owej legitymacji. Obie grafiki zaprojektował ceniony w rockowym i metalowym środowisku muzycznym Niemiec Thomas Ewerhard.   


Wspominany Ewerhard był także autorem grafik do kolejnego albumu OSI, wydanego 21 kwietnia 2006 roku dzieła zatytułowanego "Free". To kolejny fenomenalny album Kevina Moore'a i Jima Matheosa, znowu też zawierający dużo cennych nagrań na edycji rozszerzonej (m.in. dema i niepublikowane utwory). Tyle, że akurat w przypadku płyty pt. "Free" łatwo jest dojść do wniosku, że grafika w edycji rozszerzonej zupełnie odbierała klimat okładki podstawowej. 

Wszakże grafika z wersji podstawowej klarownie odzwierciedlała klimat stacji lub dworca, wskazywała na zerwane połączenie, tworzyła atmosferę inwigilacji, strachu i niepewności. To idealny materiał graficzny zdobiący drugą płytę OSI, w której Moore i Matheos przecież roztrząsali niejasną działalność i prerogatywy Urzędu Wpływu Strategicznego (dosłownie i na zasadzie szerokich kontekstów). Tymczasem okładka wersji rozszerzonej albumu "Free" zalała czernią owy klimat, ale na szczęście została umieszczona tylko jako obwoluta klasycznego pudełka z płytą. 


Inaczej, niż na OSI, należy za to spojrzeć na alternatywną wersję okładki kultowego już albumu "Leviathan" wydanego przez Mastodon w dniu 31 sierpnia 2004 roku. Kapela z Atlanty zawsze miała dobre dłuta nie tylko jeśli chodzi o ambitną muzykę, ale też w przypadku grafik zdobiących ich dzieła. Klasycznym przykładem w tej materii niechaj będzie właśnie "Leviathan". Edycja rozszerzona albumu, wypełniona - par excellence - po brzegi licznymi dodatkami, tak jak w przypadku wspominanego albumu OSI została wyposażona w obwolutę, która rozszerzała historię wieloryba i okrętu z edycji podstawowej krążka. Tyle, że w tym przypadku obwolutę warto było zachować, ponieważ obie wersje okładki płyty pt. "Leviathan" są kapitalne! 

Ich autor Amerykanin Paul A. Romano rysując to dzieło częściowo czerpał z prac japońskiego artysty, który nazywał się Katsushika Hokusai i tworzył w XVIII oraz XIX wieku, zaś inną wielką inspiracją były dla niego prace szesnastowiecznego niderlandzkiego manierysty Maartena van Heemskercka. To prawdopodobnie przy grafice do albumu "Leviathan" Romano osiągnął opus magnum swoich prac, choć dopiero wtedy stał się naprawdę cenionym i pożądanym artystą, wkrótce też nadwornym grafikiem Mastodona. Warto przypomnieć, że Romano w 2002 roku zaprojektował okładkę albumu "Remission" kapeli z Atlanty, a w kolejnych latach dołożył dwie następne - "Blood Mountain" (2006) i "Crack The Skye" (2009), projektował też grafiki singli, kompilacji i tego typu wydawnictw. Szkoda, że kapela zerwała z nim współpracę, ponieważ jej dwa kolejne dzieła w sensie graficznym straciły niepowetowanie dużo.


W temacie okładek warto też przywołać polski akcent. Najbardziej rozpoznawalny na świecie przedstawiciel polskiego prog rocka i metalu, czyli zespół Riverside, nie zawsze był związany z czołowym grafikiem w muzyce progresywnej Amerykaninem Travisem Smithem. On w każdym razie zaprojektował okładki do prawie wszystkich dotychczasowych oficjalnych wydawnictw Riverside, również do wydanego 15 grudnia 2003 roku dużego debiutu pt. "Out Of Myself", ale zanim kapelę było stać na Smitha to wspominany album ukazał się pod inną grafiką. 

Muszę od razu powiedzieć, że mam ogromną słabość do pierwszej okładki płyty "Out Of Myself", o wiele bardziej podoba mi się jej klimat, niż w przypadku dzieła Smitha. Być może jest to wynik sentymentów, ponieważ w takiej edycji nabyłem to dzieło podczas któregoś z koncertów Riverside, a być może to rezultat współczesnego i naturalnego zmęczenia koniunktury na wyrazistą kreskę Smitha? W każdym razie pierwsza okładka "Out Of Myself" przywołuje na myśl skojarzenie o poszukiwaniu wolności, jest ilustracją człowieka zmierzającego do jeszcze niesprecyzowanego celu, będącego na jesiennym skrawku swojego życia społecznego i psychicznego.

Dziś jednak trudno znaleźć w sieci porządne skany tej grafiki (...nie chciałem też poniewierać mojego egzemplarza w skanerze), a informacje o autorze nie figurują we wszystkich źródłach. Tymczasem grafikę zaprojektował i stworzył Piotr "Pjepshu" Parzysz, będący równocześnie autorem okładki do pierwszego singla Riverside pt. "Loose Heart" z 2004 roku. Ten sam autor stworzył później grafikę do albumu pt. "Spiral" katowickiego zespołu Mind Gate i... właściwie tyle informacji udało mi się o nim zebrać, a sądzę, że muzycy Riverside mogliby powrócić kiedyś do Parzysza. Byłoby to pięknym i symbolicznym nawiązaniem do korzeni zespołu.

Często mówi się, że okładki nie grają. To prawda. Muzyka zawsze pozostaje najważniejsza nawet jeśli promują ją tylko czarne lub białe tła. Jednak dobrze opakowana muzyka nie powoduje szybszego bicia serca wyłącznie u estetów. Obrazy tworzą symbole, a obrazy współgrające z muzyką tworzą legendy. Czy "Dark Side Of The Moon" Floydów zapisałby się na zawsze w masowej wyobraźni, gdyby nie pryzmat? A "The Wall"? Każdy fan prog rocka wie czym jest mur zbudowany z białej cegły (...swoją drogą pierwotna wersja okładki tego albumu nie zawierała napisów).

Okładki płyt są więc nośnikami symboli dla zarejestrowanej muzyki. To często stymulant wyobraźni. Dopełnienie zarejestrowanej muzyki. Oręż gotowy, aby doprowadzić do scementowania muzyki z kanonami kultury. Z tego też powodu alternatywne warianty progresywnych okładek mogą wzbudzać zamieszanie, niszczyć ową symbolikę, nie pozwalać słuchaczom na kanalizowanie swoich emocji na konkretnych obrazach. Przytoczone w tym tekście przykłady, choć pisane wyłącznie w perspektywie subiektywnej, na ogół świadczą iż nowe wersje okładek nie są trafionym pomysłem. Zdarzają się wyjątki, ale tylko w przypadkach ściśle związanych ze sobą tematów na zasadzie ich głębszej eksploracji (np. Mastodon), a nie kokieterii z profilem i kolorami (np. Fates Warning, Voivod), czy wręcz totalnej zmiany założonych schematów (np. OSI, Riverside). Chcę bowiem, gdy zamykam oczy i słucham moich ulubionych płyt, pamiętać o nich, gdy muzyka już nie gra, a otwarte oczy pozostają jedynym po niej przewodnikiem.  

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz