poniedziałek, 29 czerwca 2015

POCZTÓWKA Z PIWNICY: Lebowski (...i papierowy stateczek popychany przez los)

W Polsce dwa razy głośno mówiono o Lebowskim. Najpierw na początku pierwszej dekady XXI wieku, gdy na kasetach VHS wydano rewelacyjny film braci Coen z 1998 roku, a później, gdy ta dekada dobiegała końca. Otóż w październiku 2010 roku wywodząca się ze Szczecina kapela Lebowski wydała fascynujący album zatytułowany "Cinematic". Dzieło zapewniło czterem jego autorom wieczystą obecność w zbiorowej pamięci fanów rocka progresywnego, a zarazem stanowiło zapowiedź wspaniałej kariery. Lebowski miał pobudzać wrażliwość i tworzyć “muzykę do nieistniejącego filmu”, ale od jakiegoś czasu owa kariera zespołu zaczęła się rozpadać, stając się małym papierowym stateczkiem zepchniętym z oceanu twórczego życia. Zepchniętym, ale niezatopionym.

Zespół Lebowski został utworzony jeszcze w okolicach 2002 roku. Trzy lata później zrodziły się pierwsze szkice wspominanego dzieła pt. "Cinematic", a po pięciu latach, tj. seriach przeprowadzonych poprawek, zmian i udoskonaleń nad wczesnymi pomysłami, materiał ukazał się jako niezależny i niezwiązany z żadną dużą wytwórnią album. Płyta odniosła sukces, choć nie była promowana przez szemranych speców od dystrybucji, czyli ludzi, którzy płacą niby recenzentom za pisanie przychylnych tekstów. Debiut Lebowskiego, jako rezultat wytrwałej pracy, obronił się swoją niebanalną, oryginalną i głęboką muzyką, która nie mogła przejść niezauważona, nawet w tak sprzedajnym świecie, jakim jest rynek muzyczny. To niewiarygodne, że "Cinematic" - pomimo całej swojej mało marketingowej wielkości - zdołał gładko przebić się przez mur przeciętnych, acz dobrze promowanych albumów. Krążek został najpierw zauważony w sieci w projektach undergroundowych, pisali o nim m.in. niezależni recenzenci Krzysiek Baran, Maciej Bandelak, Artur Miścicki czy Konrad Sebastian Morawski, a dopiero później zaczęły się nim interesować duże media. Lebowski nie uległ w każdym razie blichtrowi i chwilowej sławie. Kapela zagrała serię świetnych koncertów, wykazywała się pod każdym względem dużym profesjonalizmem i zapowiadała kolejne nagrania. 

Co więc wiadomo o twórcach Lebowskiego, jeśli nie tyle, że nazywają się Marcin Grzegorczyk, Marcin Łuczaj, Marek Żak i Krzysztof Pakuła? Niewiele. Wspominany w tekście dziennikarz Konrad Sebastian Morawski, twórca nieistniejącego już dziś Salonu Progresywnego, zdołał dowiedzieć się, że przed Lebowskim istniała formacja No Way Out. Kapelę tworzyli Marcin Grzegorczyk i Krzysztof Pakuła, a pod koniec jej żywota dołączył tam Marek Żak. Formacja zarejestrowała dwa krążki, które przeszły bez większego echa. Zresztą Marcin Grzegorczyk o zamknięciu No Way Out mówił dość brutalnie: "Potencjał zespołu uległ wyczerpaniu [...]". On sam był moim zdaniem liderem Lebowskiego, adresatem największej (ogromnej!) liczby wywiadów, współautorem (obok Marcina Łuczaja) wszystkich kompozycji na debiutanckim krążku, a zarazem jego producentem i autorem miksu. To właśnie problemy osobiste tego obiecującego gitarzysty spowodowały, że działalność Lebowskiego została jakiś czas temu nieformalnie zawieszona. Być może pod owymi problemami ukryła się samotność. Wszakże po wydaniu albumu "Cinematic" o Lebowskim zrobiło się głośno, ale później... cicho, coraz ciszej. Światła gasły, a fascynacja zamieniła się w prozę życia, tego surowego życia, traktującego twórczość i ideały po niskim kursie złotego. Marcin Grzegorczyk w jednym z wywiadów, udzielonym dla Rockella.pl w okresie obsesyjnego zainteresowania mediów albumem "Cinematic", stwierdził: "W swej naiwności liczyłem po cichu, że po wyczerpującej i długotrwałej pracy studyjnej, uda się trochę odpocząć". Prawdopodobnie odpoczynek, który nadszedł w kolejnych latach zbyt mocno nadszarpnął emocje twórcze Marcina Grzegorczyka, zabrał mu publiczność, a dziennikarze przestali o niego pytać. To oczywiście tylko hipoteza. Co się stało z pozytywnie nastawionym do świata Marcinem Grzegorczykiem wiedzą siły nieczyste, zaś okoliczności jego zwątpienia pozostają nieznane i chyba nie ma sensu tego, oczywiście w dobrej wierze, dochodzić, choć ja sam próbowałem skontaktować się zarówno z tym obiecującym artystą, jak również z ludźmi z jego otoczenia. Bez skutku.
 
Dobrą wiarą, o której wspomniałem jest przyszłość Lebowskiego. Po krążku "Cinematic" było jeszcze studyjne życie w tej kapeli, o czym najdobitniej świadczą single pt. "Goodbye My Joy" i "The DoosanWay", które zespół wydał w 2013 roku. Trzeba tu zauważyć, że singiel to archaiczne pojęcie na polskim rynku muzycznym, aczkolwiek Lebowski zdaje się nie znać granic. Sięga po pomysły, będące w teorii reklamy przebrzmiałą przeszłością, tworzy w imieniu sztuki, choć ta z reguły jest kapryśną istotą. Tak oto utwory "Goodbye My Joy" i "The DoosanWay", zapowiadały iż Lebowski ugruntuje swoją pozycję w rocku progresywnym. Album, będący rozwinięciem wspomnianych singli zapowiadał się fenomenalnie, a zarazem nie tworzył wrażenia powielania trafionych pomysłów z debiutu. Sam Marcin Grzegorczyk wyznał w wywiadzie udzielonym dla Salonu Progresywnego, że trudno spodziewać się "Cinematica II" jako kolejnego albumu grupy. Ta wypowiedź świadczyła o dużej dojrzałości artysty. Czym bowiem był "Cinematic"? Wspaniałym honorem oddanym dla Tadeusza Łomnickiego, Zdzisława Maklakiewicza, Zbigniewa Cybulskiego, Leona Niemczyka i Wojciecha Jerzego Hasa. Czym jeszcze? Doskonałą ilustracją rocka progresywnego, uwolnionego, świeżego, zjawiskowego i na swój tajemniczy sposób zniewalającego zmysły. Czy to wszystko? Debiut Lebowskiego uginał się pod ciężarem wylanych emocji, pomimo swej quasi-instrumentalnej wymowy opowiadał niesamowite historie i udowadniał, że w Szczecinie zabiły nowe serca na polskiej scenie rocka progresywnego, ale to nie koniec. Otóż album "Cinematic" jawił się jako dzieło spójne, niezwykle rozbudowane pod względem zaoferowanej struktury, doskonale wyprodukowane, ozdobione intrygującą grafiką autorstwa Wiktora Franko i wypełnione różnymi tajemnicami, ale debiut Lebowskiego pełnił też rolę łącznika pomiędzy cielesnością a duszą. Muzycy ze Szczecina stworzyli muzykę, którą można było dotknąć i której można było posłuchać. Muzykę dla mnie, i dla was, nas wszystkich zwykłych śmiertelników, egzystujących w swoim własnym nieistniejącym filmie zatytułowanym: "Hej, to przecież fragment mojego życia".

Rozmawiając z wieloma ludźmi na temat pierwszej płyty Lebowskiego zebrałem sporo interesujących opinii. Dziewczyna, absolwentka dwóch kierunków społecznych, powiedziała mi kiedyś, że sama czuje się, jak taki papierowy stateczek popychany przez los. W taki sposób o zawartości "Cinematic" opowiadał też Marcin Grzegorczyk we wcześniej cytowanej rozmowie z Konradem Sebastianem Morawskim. Natomiast inna osoba, zbliżająca się do jesieni życia, mówiła iż ta płyta, którą właśnie słyszy jest piękna i pozwala zgłębić wrażliwość. Ta płyta nosiła tytuł "Cinematic" i dziś przypomina raczej o sensie utraty, o której niegdyś śpiewał Giancarlo Erra. A może raczej przypominałaby? To niewiarygodne, ale niecałe dwa tygodnie temu na profilu facebook Lebowskiego pojawiła się informacja, że kapela powróciła do pomysłu wydania nowego albumu studyjnego: "Do tego dnia zarejestrowaliśmy wszystkie ślady perkusji i basu oraz jakieś 80% partii klawiszy. I ani jednej nuty gitary [...] Cieszymy się, że wracamy do życia", tak oto brzmi fragment owej budującej informacji. To oznacza, że problemem przed wydaniem nowego albumu były gitary, które jednak zaczął już nagrywać Marcin Grzegorczyk, o czym świadczył film dołączony do opublikowanego wpisu. Mistrzowie powracają?

Być może. Marcin Grzegorczyk, który po dłuższym czasie rozbratu z gitarą zdołał powrócić do wiosła, udzielił już wywiadu dla Radia Gdańsk, gdzie w rozmowie z Kamilem Wicikiem wyznał, iż następca albumu "Cinematic" powoli powstaje, zresztą potwierdzając informacje umieszczone w sieci. Gitarzysta dodał jeszcze, że chciałby, aby nowy album Lebowskiego został wydany najpóźniej w październiku 2015 roku, czyli na pięciolecie dużego debiutu. Wiadomo, że na krążku usłyszymy też smyczki. Sam wywiad był zresztą ciekawym zestawieniem osobowości. Z jednej strony wypowiadał się stanowczy i opanowany, acz nieco mroczny gitarzysta, zaś z drugiej błaznujący dziennikarz, który musiał nieustannie reklamować potencjał Radia Gdańsk. Taka oto ilustracja sztuki, która musiała zetknąć się z mamoną. W sieci pojawiła się też nowa fotografia kapeli i wszystkie znaki na świecie wskazują, że Lebowski ożyje w świadomości słuchaczy jeszcze w tym roku. I tak, jeśli artyści istnieją, to właśnie wy nimi jesteście, twórcy Lebowskiego, Marcinie Grzegorczyku i o wielce oczekiwany zespole, papierowy stateczku, który ma szansę przetrwać najcięższy sztorm.


LEBOWSKI
Dyskografia:
- "Cinematic" (2010), duży album
- "Goodbye My Joy" feat. Markus Stockhausen (2013), singiel
- "The DoosanWay" (2013), singiel

Twórcy: Marcin Grzegorczyk (g), Marcin Łuczaj (ik), Marek Żak (b) i Krzysztof Pakuła (p)

Okres aktywności: od 2002 roku

Kraj: Polska

Utwory do posłuchania:
- Geniusz, który zatrząsnął polską sceną rocka progresywnego, jako przykład utwór "The Storyteller (Svensson)"
- Lebowski, który ma nadejść, czyli pierwszy singiel nowego albumu "Goodbye My Joy" 

Podsumowując: "Geniusz, który nie pochyla czoła przed mamoną"

Konrad Zola
konrad.zola@wp.pl

[W tekście wykorzystałem zdjęcia udostępnione na oficjalnej stronie internetowej Lebowskiego. Zachęcam do jej śledzenia pod tym adresem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz