wtorek, 9 czerwca 2015

Arena "The Unquiet Sky" (recenzja)

Przed rokiem kupiłem, jak się okazało, wybitny album angielskiej kapeli Pendragon zatytułowany "Men Who Climb Mountains". W dniu premiery cena tego dzieła w Polsce była bardzo wysoka, co pomimo fenomenalnego poziomu albumu niestety wpłynęło na jego słabą sprzedaż w kraju. Podobnie może być w przypadku nowego krążka innej legendy angielskiego nowego rocka progresywnego, zespołu Arena. Jej ósmy album zatytułowany "The Unquiet Sky" został w Polsce wydany nakładem Verglas Music, a wysoka cena krążka może sprawić, że o tym materiale nikt wkrótce nie będzie pamiętał. Czy słusznie? W żadnym wypadku!

Muzyka zarejestrowana na krążku "The Unquiet Sky" to kolejny popis możliwości i doświadczenia twórców Areny. Dwanaście kompozycji napisanych w głównej mierze przez Clive'a Nolana i Micka Pointera zabiera do mrocznego świata progresywnych dźwięków i konceptualnego wyobrażenia na temat przemijania. Album pod względem lirycznym opowiada bowiem historię nękanego nałogami pisarza J. R. Karswella, autora powieści "Truth Of Magick", człowieka jak sądzę zdającego sobie sprawę z nieuchronności i bezwzględności czasu, samotnego i egzystującego na krawędzi nocnych koszmarów. Bohater nowego albumu Areny to rzucony na kolana twórca, będący zręcznym symbolem kondycji współczesnego świata, coraz mniej wyposażonego w doniosłe wartości, skutecznego w niszczeniu twórców, ponurego i niespokojnego, czyli takiego jaki pokazuje okładka "The Unquiet Sky" autorstwa Kylana Amosa. W sumie więc Arena mówi swoim słuchaczom, że niebo zaczyna się buntować przeciwko światu. A to mówienie zostało przedstawione w przepysznej muzycznej oprawie.

Na swoim ósmym studyjnym albumie Arena sięgnęła po standardy nowego rocka progresywnego, które zresztą twórcy zespołu sami współtworzyli na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. W ten sposób wszystkie utwory na "The Unquiet Sky" są ze sobą powiązane nie tylko poprzez kolejne burzliwe wątki egzystencji J. R. Karswella, ale też w sensie muzycznym. Począwszy od niezwykle urozmaiconego otwarcia pod postacią kompozycji "The Demon Strikes" aż do wielkiego finału w wielowątkowym utworze "Traveller Beware" daje się usłyszeć wspólne dźwięki, zagrywki, akcenty i motywy tożsame dla całego albumu. Całość sprowadza więc do wrażenia, że Arena zarejestrowała zręczny, choć ponury album koncepcyjny. Logiczny w swej strukturze, doprowadzony do burzliwego finału i zwieńczony niespodziewanym epilogiem. Silą rzeczy, jak to w konceptach bywa, na "The Unquiet Sky" nie brakuje utworów krótkich, prawie niezauważalnych miniatur, takich jak nasączone w whisky wyznanie J. R. Karswella w utworze "Oblivious To The Night" albo niemalże townsendowski pejzaż narysowany w instrumentalnej kompozycji "Markings on a Parchment". W każdym razie na krążku znajdują się także numery oparte na ostrym instrumentarium ze szczególnym uwzględnieniem porywającej gitary Johna Mitchella (ten jegomość aspiruje do miana bohatera roku!) oraz aktywnej perkusji Micka Pointera. Pod tym względem instrumentaliści Areny ocierają się niemalże o heavy metal, często jednak znajdując przestrzeń na wprowadzenie subtelnej część zagrywek po stronie klawiszy Clive'a Nolana. Warto przywołać genialny gitarowo-perkusyjny zjazd w utworze "The Bishop Of Lufford" albo serię wściekłych wtrąceń w energetycznej kompozycji "No Chance Encounter", aby stać się świadkiem obecności drapieżnego charakteru Areny. Włączając w to szeroki zestaw solówek gitarowych Johna Mitchella część "The Unquiet Sky" trzeba oddać właśnie gitarom.

Ale tylko część.

Wszak sądzę, że "The Unquiet Sky" mógłby być równie dobrze definicją nowego rocka progresywnego. Krążek jest bowiem bardzo pojemny, nie sprawia wrażenia napisanego w pośpiechu albo na siłę upakowanego dużą ilością pomysłów. Nie jest schematyczny, ani tym bardziej nagrany na jednej płaszczyźnie. Ba! Arena oprócz wspominanej drapieżności w 2015 roku zaprezentowała się też jako zespół nowoczesny i odważnie inwestujący w takie niebanalne rozwiązania, jak zapadający w pamięć elektroniczno-klawiszowy wstęp w utworze tytułowym (sygnalizowany zresztą w kolejnych partiach kompozycji), albo też kokietująca, niemalże wesoło-miasteczkowa melodia, będąca wprowadzeniem do stopniowo rosnącego numeru "What Happened Before" o fragmentami dziwacznych akcentach instrumentalnych. W klimat elektronicznych i... lunaparkowych romansów Areny, będących pomysłami Clive'a Nolana, wpisuje się także kompozycja "Time Runs Out", gdzie można znowu odczuć metalowe gitary Johna Mitchella. Jednak w tym utworze uwagę zwraca przede wszystkim pasjonujący dialog solówek - gitarowej i klawiszowej, jako progresja żywa i malowana. Za to pod ostrym napięciem, trochę może nawet w stylu Threshold (swoją drogą Karl Groom był jednym z inżynierów dźwięku podczas nagrywania płyty), prezentuje się kompozycja "Returning The Curse" o zabierającym do przeszłości oldschoolowym elektronicznym korytarzu dźwięków. Całość doczekała się pasjonującego finału w najdłuższym utworze na "The Unquiet Sky", prawie ośmiominutowym "Traveller Beware", który nie tylko sprawnie podsumowuje cały materiał (pokazując nieco agresji i topiąc się w przestrzeniach), ale zarazem oferuje pasjonującą strukturę. To tak jakby duch J. R. Karswella przebijał się do współczesności i zarażał swoim upadkiem kolejne pokolenia twórców. Nie widzę tu pozytywnej puenty - Arena na swoim nowym albumie jest mroczna od początku do końca. A może ten mrok stał się towarzyszem życia współczesnego człowieka?

Na koniec słowo o dwóch kompozycjach, które rozładowują potężny ładunek emocji instrumentalnych wniesiony do "The Unquiet Sky". Chodzi o ballady. O ile znajdująca się blisko finału albumu kompozycja "Unexpected Dawn" wpisuje się w standard rocka progresywnego (to wrażenie potęguje rosnąca struktura i kolejna wyborna wielopiętrowa solówka Johna Mitchella), o tyle "How Did It Come To This?" jest moim zdaniem najmocniejszym punktem nowego albumu Areny. To wspaniała, porywająca ballada, będąca gorzką i niewysłuchaną przez nikogo spowiedzią Clive'a Nolana, czynioną w towarzystwie pięknego pejzażu zagrywek instrumentalnych, w tym znakomitego solo gitarowego Jona Mitchella. To Arena legendarna, pisząca kanony, będąca ostoją nowego rocka progresywnego. Czary.

Przynajmniej słowem muszę też oddać pokłon Paulowi Manziemu. Otóż "The Unquiet Sky" to dopiero drugi album Areny, na którym wystąpił ten wokalista. To stanowisko w zespole zawsze było zapalne, ale mam nadzieję, że Manzi pozostanie na nim dłużej, niż jego poprzednicy. Jest bowiem równie sprawny w operowaniu głosem, co choćby niezapominany Rob Sowden. Cóż więcej można napisać? Chyba tylko ponownie wyrazić obawy o sprzedaż "The Unquiet Sky". Oby cena albumu nie odstraszyła polskich fanów rocka progresywnego, ponieważ ósme studyjne dzieło Areny to rzecz warta każdego grosza. Materiał niosący ważne przesłanie, niezwykle dobrze akcentujący kanony nowego rocka progresywnego i świadczący o unikatowej tożsamości zespołu.

Ocena: 9/10

O albumie w skrócie...

Skład: Clive Nolan (ik, w), Mick Pointer (p, w), John Mitchell (g), Paul Manzi (w), Kylan Amos (b)
 
Tracklista:

1. The Demon Strikes
2. How Did It Come To This?
3. The Bishop Of Lufford
4. Oblivious To The Night
5. No Chance Encounter
6. Markings on a Parchment
7. The Unquiet Sky
8. What Happened Before
9. Time Runs Out
10. Returning The Curse
11. Unexpected Dawn
12. Traveller Beware
        
Kraj: 
Wielka Brytania

Produkcja:
Simon Hanhart i Arena

Dystrybucja:
Verglas Music

Gatunek:
Rock Progresywny

Rok wydania:
2015

Podsumowując: "W sumie więc Arena mówi swoim słuchaczom, że niebo zaczyna się buntować przeciwko światu. A to mówienie zostało przedstawione w przepysznej muzycznej oprawie"

Konrad Zola

4 komentarze:

  1. Witam.
    Najnowsza płyta Areny jest doskonała , zawiera w sobie mrok jak i niesie światło.
    Jest to album niezwykle klimatyczny ukazujący nam różne oblicza ludzkiej egzystencji spowite obawą przed nieznanym i niezrozumiałym przez współczesnych ludzi mimo całej palety dobrodziejstw w postaci technologii jaką posiada obecna "cywilizacja"... strach przed siłami natury.
    A co do muzyki to jedna z najlepszych płyt Areny. Zespół wysoko postawił poprzeczkę innym wydawnictwom spod znaku rocka progresywnego ... i samym sobie :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kamień z serca, że Arena jednak znajduje zainteresowanie w Polsce :) Oby jak najwięcej osób sięgnęło po ten rzeczywiście pyszny album. Fajna interpretacja, choć w sumie ja światła w zawartości tego albumu nie dostrzegam. Próbuje się jakoś przebijać, ale przegrywa. Bohater albumu nie podnosi się z kolan...

      Usuń
  2. Pierwsza płyta Areny, która mi całkowicie przypasowała. Niestety jakoś do tej pory nigdy nie było mi po drodze z tym zespołem i to pomimo tego, że rock/metal progresywny to moje ukochane gatunki, Clive'a Nolana bardzo cenię i szanuję, uwielbiam Pendragona i "starego" Marilliona. Zawsze mi czegoś brakowało w Arenie, tak więc również do nowej płyty podchodziłam jak pies do jeża, a tu takie miłe zaskoczenie! Co do wokalisty to zgadzam się z autorem recenzji, fajnie jakby pozostał na dłużej z ekipą, bo zdecydowanie najbardziej mi przypadł do gustu. Warto było dać tej płycie szansę, bo na prawdę jest świetna!

    OdpowiedzUsuń
  3. Od pierwszego dźwięku było mi po drodze z bandem z pod znaku Arena. I do albumu Pepper's Ghost, to moim zdaniem znakomity zespół był. Inna sprawa, że Clive Nolan to mistrz nad mistrze w dźwiękach klawiszy i budowaniu nastroju - np. The Hound of the Baskervilles. Tu Nolan jest wzorem ”klawisza”. Można i Wakemana, można Emersona, można Lorda i Jordan Rudessa, można Kevin Moora i setki innych.... Nolan jest niepowtarzalny... ale z Robem Sowdenem.

    A ten album jest zdecydowanie lepszy od poprzedniego...!

    OdpowiedzUsuń