poniedziałek, 20 lipca 2015

Next To None "A Light In The Dark" (recenzja)

Suma wieku wszystkich czterech nastoletnich członków amerykańskiej kapeli Next To None wynosi sześćdziesiąt pięć lat. Łatwo jest więc policzyć, że ich debiutancki album pt. "A Light In The Dark" nie może opierać się na doświadczeniu, fenomenalnej technice i głębokich przemyśleniach. Nawet jeśli mielibyśmy tu do czynienia z utalentowanymi geniuszami to każdy kto miał już szesnaście albo siedemnaście lat pamięta, że to wiek predestynujący częściej do naiwnego buntu, aniżeli do tworzenia wielkich rzeczy. Pomimo więc, że legenda prog metalu Mike Portnoy afirmuje debiut Next To None jako wielkie dzieło, to kierują nim raczej nieobiektywne uczucia. Krążek "A Light In The Dark" oferuje bowiem metal progresywny na przeciętnym poziomie, mający jakieś dobre momenty, ale wieloma fragmentami chaotyczny, niewyszukany i wyraźnie inspirowany twórczością seniorów gatunku.  

Chłopakom tworzącym kapelę, czyli Maxowi Portnoyowi, Rylandowi Hollandowi, Krisowi Rankowi i Thomasowi Cuce, nie ma co rzucać kłód pod nogi. Nastolatkowie zarejestrowali po prostu album na miarę ich aktualnych możliwości. Krążek dobrze wyprodukowany, z miejsca wsparty przez dużą wytwórnię, a poza tym naznaczony obecnością wspominanego Mike'a Portnoya, a także innych cenionych muzyków, tj. Neala Morse'a i Bumblefoota. Dość powiedzieć, że dużo garażowych zespołów ze składem o wiele bardziej ogranym, niż Next To None, nie może liczyć na takie cieplarniane warunki, jakie stworzono nastolatkom. W ten sposób ogromną naiwnością byłoby myślenie, że nazwisko Portnoy nie odegrało decydującej roli w tym, że album "A Light In The Dark" ujrzał światło dzienne w takiej, a nie innej formie. Nie jest to w każdym razie materiał, który zostanie zapamiętany na dłużej. Raczej próba otrzaskania się nastoletnich muzyków z rynkiem metalu progresywnego. 

Trochę rozczarowuje fakt, że debiut Next To None mógłby być równie dobrze zestawem odrzutów z najsłabszej sesji Dream Theater. Młodzieżowa kapela, z własnej woli lub nie, dała się uwięzić dziedzictwu legendy amerykańskiego metalu progresywnego. Wiele pomysłów zawartych na krążku "A Light In The Dark" sprawia wrażenie dawno już ogranych kompozycji Dream Theater i nie jest to kwestia inspirowania się twórczością tej kapeli, ale zrzynka z jej stylu. Spośród trzech wielowątkowych kompozycji zawartych na pierwszym krążku Next To None dwie, tj. "The Edge Of Sanity" i "Control", prezentuje się jako niedorozwinięty miks pomysłów z okresu premiery świetnych albumów "Six Degrees of Inner Turbulence" i "Train Of Thought". Te przejścia gitarowe, samoistnie wyzwolona agresja, wypuszczenia na instrumentach i labirynty zdarzeń stanowiły najważniejsze atuty Dream Theater, na których swoją tożsamość próbuje teraz zbudować Next To None. W dodatku dość nieudolnie, ponieważ nastolatkowie pogubili się w schematach wspominanych kompozycji i zaproponowali serię tandetnych urozmaiceń, szczególnie w utworze "The Edge Of Sanity". Za to lepiej prezentuje się kompozycja wieńcząca dzieło, czyli pełniący funkcję singla "Blood On My Hands", numer nieuwolniony od oczywistych wzorców, ale (wyjątkowo) oparty na niebanalnej i żywej strukturze, budzącej rosnące zainteresowanie, co do jej rozwoju.

Nastolatkowie na krążku "A Light In The Dark" zarejestrowali też kilka drapieżnych kompozycji w stylu "You Are Not Me", "Runaway" i "Social Anxiety", niekiedy mających w sobie coś elektronicznego i zarazem nośnego, co może świadczyć o jeszcze niesprecyzowanym targecie zespołu. Kapela na poziomie solówek w wymienionych utworach próbuje chwytać się różnych pomysłów - jej eksperymenty z dźwiękiem wydają się jednak strasznie płaskie. Niestety nie są to też numery, które zostają na długo w pamięci. Tym bardziej nie przynoszą one chwały Next To None jeśli chodzi o wypowiedziane słowa, przepełnione naiwnością i pozoranctwem. W sumie więc album "A Light In The Dark" nie jest konceptem, nie pełni funkcji symbolicznej, nie ma szans, aby stać się częścią kultury, ani tym bardziej pozostać trwale w świadomości fanów metalu progresywnego. Być może nastolatkom zabrakło szczerości, którą zabrały osoby stojące na straży pozorowanej pomyślności dzieła? W każdym razie może nie tyle w Next To None, co w pojedynczych twórcach tej kapeli, czai się potencjał. Świadczy o tym choćby niezła i wywołująca emocje ballada "A Lonely Walk", tak samo jak "Legacy". Dobrze też prezentują się improwizowane fragmenty utworu "Lost".  Ponadto Thomas Cuce dysponuje dobrze zapowiadającym się wokalem, zarówno jeśli chodzi o podstawową manierę w stylu, a jakże, Jamesa LaBrie, jak również o partie ocierające się o growl przypominający trochę styl Josha Middletona. 

Podsumowując sądzę, że duży debiut Next To None przyszedł o kilka lat za wcześnie. Każda minuta spędzona z albumem "A Light In The Dark" sprawia wrażenie, że to projekt niedoświadczonych muzyków, do których swoje więcej niż trzy grosze dołożyli promotorzy tego materiału. Krążek jest naiwny, brakuje mu szczerości i przesłania, a z czwórki potencjalnie uzdolnionych muzyków robi marionetki w rękach szefów dużej wytwórni i ludzi zainteresowanych promocją kapeli na skróty. Werdykt wydadzą oczywiście sami słuchacze, ale trudno mi sobie wyobrazić, aby ludzie po dwudziestce dali się nabrać na "A Light In The Dark". Chyba, że ten materiał jest adresowany wyłącznie do pozbawionych dużych oczekiwań nastolatków...

 Ocena:  3/10

O albumie w skrócie...

Skład: Max Portnoy (p), Ryland Holland (g), Kris Rank (b), Thomas Cuce (ik, w), a także gościnnie Neal Morse i Bumblefoot

Tracklista:
1. The Edge Of Sanity
2. You Are Not Me
3. Runaway
4. A Lonely Walk
5. Control
6. Lost
7. Social Anxiety
8. Legacy
9. Blood On My Hands
10. Fortune Cookie (edycja rozszerzona)
11. Deafening (edycja rozszerzona)
Kraj: 
USA

Produkcja:
Mike Portnoy

Dystrybucja:
Inside Out Music

Gatunek:
Metal Progresywny

Rok wydania:
2015

Podsumowując: "Nie jest to [...] materiał, który zostanie zapamiętany na dłużej. Raczej próba otrzaskania się nastoletnich muzyków z rynkiem metalu progresywnego" 

Konrad Zola

1 komentarz:

  1. Podziwiam wytrwania przy całości, ja już odpadłem przy pierwszych sekundach singla - zwłaszcza z racji podbitego wokalu Thomasa. Talentu młodemu Portnoyowi, nawet jeśli pchany przez swojego tatusia, odmówić jednak nie można. Szkoda tylko, że debiutuje z czymś co jest ewidentnie słabe i pod pantoflem Mike'a, który tak bardzo się ostatnio rozdrabnia, że stracił na wiarygodności, zresztą kto jak nie ojciec ma zachwalać projekt synusia, z którym ma do czynienia codziennie, bo chłopaczków pcha do "sukcesu" jak tresowane małpy. To już przecież nie to samo co DT i talenty, które same od podstaw zbudowały legendę... Można by wiele takich rzeczy mówić, ale gdybym miał wymienić młode zespoły progresywne, które same budują swoją legendę i robią to naprawdę dobrze, nawet jeśli czerpiąc z klasyków, to byłby to gdyński State Urge i kanadyjski Universe Effect.

    OdpowiedzUsuń