sobota, 26 września 2015

David Gilmour "Rattle That Lock" (recenzja)

Muzyka to emocje. Przeniesione przez wrażliwych artystów na proces tworzenia utworów, wydobywane przez podatnych słuchaczy na podstawie ich własnych intymnych doświadczeń. Jeśli więc komuś przyszło ponad dwadzieścia lat temu uwięzić w sercu jeden z najważniejszych albumów Pink Floyd, to dziś czwarty album solowy Davida Gilmoura powinien te serca otworzyć. Sądzę bowiem, że "Rattle That Lock" to album zarejestrowany w stylu legendarnego "The Division Bell". W stylu, który nie pozwala się od razu polubić, ale gdy wreszcie dociera w najbardziej czułe fragmenty świadomości słuchacza, to pozostaje z nim na zawsze. Taki sam scenariusz napisali David Gilmour, jego muza Polly Samson i zaproszeni muzycy, którzy zarejestrowali dzieło warte, aby oddać mu wszystkie emocje. 


Album otwiera instrumentalny wstęp, który wzbudza wszystkie piękne wspomnienia. Przywołuje te dwa zaklęte w kamieniu oblicza. Mówi o nich, wyznacza sobie poziom ich ekspresji i naturalnego geniuszu, a także niezauważalnie przenosi w okolice floydowskich gitar. Whatever it takes to break. Tymczasem tytułowa kompozycja "Rattle That Lock" to nic innego, jak zręczna ilustracja tego, co David Gilmour znaczył dla Pink Floyd. To prawie pięć minut do kości klasycznego rockowego grania dla tekstu napisanego przez Polly Samson o dążeniach ku wolności. To moje, Twoje i ich wszystkich wyzwalanie się spod jarzma metalicznych zamków i surowych kajdan niesione na gitarze wielkiego Davida Gilmoura i jego godnie zmęczonym głosem tworzona narracja. Czy na temat wolności został napisany album "Rattle That Lock"? Przynajmniej o dążeniach w jej imieniu. 

At least I think that's what I tried to do. Każde kolejne dźwięki fortepianu w kolejnej kompozycji na krążku, czyli "Faces Of Stone", każda kolejna tam poszarpana struna, a także zaskakujące rozmowy instrumentalne pomiędzy Davidem Gilmourem, Philem Manzanerą, Dannym Cummingsem, Damonem Iddinsem i Eirą Owen budują nadzwyczajny postmodernistyczny klimat, którego pięknym zwieńczeniem jest rozszarpywana przez różne dźwięki solówka gitarowa w wykonaniu głównego twórcy dzieła. Trzeba mieć nie tyle twarze, co serca z kamienia, aby przynajmniej nie próbować otworzyć swoich emocji dla kompozycji "Faces Of Stone". A może dążenia do wolności w "Rattle That Lock" oznaczają proces przenoszenia ducha do innego, lepszego świata? Czy David Gilmour i najważniejsza muza jego życia Polly Samson chcieli powiedzieć światu, że człowiek staje się naprawdę wolny wtedy, gdy Stwórca zdejmuje z niego ludzką powłokę i zaprasza na drugą stronę? Potwierdza to utwór "A Boat Lies Waiting", budzący nieco skojarzenia z fleszami aparatu życia, gdzie pojawia się wiele sentymentalnych wątków tak z muzyki Davida Gilmoura, jak również z jego intymnych wspomnień. Kompozycja przybiera nawet bardzo wyraźną formę refleksyjnej kołysanki. What I lost was an ocean. Z wolna i stopniowo wycisza się... milknie...

...pełne życie w zawartości "Rattle That Lock" powraca na liniach przewrotnego utworu "Dancing Right in Front of Me". Przewrotnego, bo niektóre wątki zaklęte tu w gitarze Davida Gilmoura budzą skojarzenia z lunaparkiem, ale ten numer ma w zasadzie niewiele optymistycznych akcentów. David Gilmour daje to upust swoim aktualnym marzeniom. Wciela się niemalże w rolę nieco demonicznego konferansjera na balu z okazji jubileuszu swojego życia. Proponuje cykl solówek na gitarze, angażuje też fortepian. Wsparty klimatycznymi chórkami śpiewa jakby z manierą niepozbawioną sarkazmu. Wreszcie mocno artykułuje swoje plany na najbliższy czas. I want to watch you fly. To już połowa albumu "Rattle That Lock". Narracja wcale się nie krystalizuje. Hulaszczy gwizd na wstępie utworu "In Any Tongue" stanowi zasłonę dymną przed burzowym klimatem. To być może najbardziej ponury utwór w zawartości czwartego albumu solowego Davida Gilmoura. Chodzi zarówno o jego partie gitarowe (zapadająca w pamięć solówka finałowa!) i serię mrocznych akcentów klawiszowych, ale też o wręcz dramatyczny śpiew. Słowa do utworu "In Any Tongue" napisała Polly Samson, najważniejsza orędowniczka wolności na krążku "Rattle That Lock". To ona znowu zmusza Davida Gilmoura do wzięcia udziału w kampanii na rzecz zerwania kajdan i łańcuchów. Oboje stworzyli więc kolejny buntowniczy hymn dla zniewolonego świata. Oboje stali się jego głośną nadzieją. In the dust and blinding sun.

Pod naporem ważnych rzeczy, o których opowiada David Gilmour na krążku "Rattle That Lock" formę oddechu daje kompozycja "Beauty". Choć jej tytuł wydaje się nieco banalny, a wstępne partie utworu mają w sobie coś może nazbyt improwizowanego, to jej zasadnicza część odpowiada tytułowi. Po prostu. Czasem nie trzeba zbyt dużo kombinować, aby zarejestrować transmisję głęboko zapadających w pamięć danych z gitary żywej legendy. Kilka pociągnięć na strunach oraz smaczki na fortepianie zupełnie wystarczą do osiągnięcia głębokiego efektu. Tak oto David Gilmour prezentuje się w awangardzie! Albo w bluesie! Do tego drugiego blisko Mistrzowi w kompozycji "The Girl In The Yellow Dress". Numerowi jakby oderwanemu od ciężkiego klimatu płyty, osadzonemu gdzieś w okolicach przykrytego dymem dwudziestolecia międzywojennego i pięknie zaakcentowanemu saksofonem w wykonaniu Colina Stetsona. And she shakes, whirls and snakes. Zaproszenia do tych sentymentów na temat muzyki rockowej i bluesowej powinny kosztować fortunę. Nie inaczej jest zresztą w przypadku kompozycji "Today". Już pierwsze dźwięki wydobywające się mszalnego chóru zasygnalizowały, że nie będzie to zwykła kompozycja. Partie gitary i śpiewu Davida Gilmoura ten sygnał wzmocniły, a idące za tym urozmaicenia, niekiedy nawet bardzo nośne, doprowadziły do ostemplowania "Rattle That Lock" jako albumu, w którym wolność i dążenia o nią są na wyciągnięcie skrzydeł. Każdy je posiada, choć czasem o nich zapomina albo nie jest świadomy ich obecności. Polly Samson i David Gilmour dają tę świadomość słuchaczom, choć ten ostatni sprawia też wrażenie jakby żegnał się ze słuchaczami. Today.

Tymczasem "Rattle That Lock" kończy odbiór instrumentalnie w utworze "And Then...", będącym, jak na Mistrza przystało, piękną klamrą spinającą dzieło ze wstępem. Tak więc i tu przed oczami wyobraźni uświadomionych słuchaczy stają dwa zaklęte w kamieniu oblicza. Tutaj kumuluje się cały sentymentalizm nieunikniony przy okazji albumu Davida Gilmoura. W tym miejscu można sobie uświadomić, że na "Rattle That Lock" wzięło udział wielu fantastycznych muzyków, takich jak m.in. post mortem Richard Wright, utalentowany konstruktor pejzaży dźwiękowych Michaël Boumendil albo niezwykle poważany na całym świecie kompozytor Zbigniew Preisner. To oni zostali częścią świata wykreowanego przez Davida Gilmoura, w którym zniewolenie staje się tylko pustym frazesem. Naszego świata, często pełnego niegodziwości, zła i urągających ludzkiej godności postaw. David Gilmour przeciwko temu wyraźnie zamanifestował. Stał się wolnością i jej dążeniem - nawet jeśli bywa ona okupiona rozwiązaniami ostatecznymi to zawsze tryumfuje. Warto też dodać, że rozbudowana symbolika jest ważną częścią tożsamości albumu "Rattle That Lock". O obecnych horyzontach dostrzeganych przez Davida Gilmoura świadczy choćby dołączenie do rozbudowanej wersji albumu drugiej księgi "Raju Utraconego" Johna Miltona.

W każdym razie David Gilmour rozmyśla o odejściu. W swojej muzyce zawartej na krążku "Rattle That Lock" prezentuje wokalne i instrumentalne fenomeny, które decydują o tym, że koncepcja floydowskiej sztuki tworzenia nigdy nie zginie, ale równocześnie obwieszcza swoje własne przemijanie. W ten sposób dla Davida Gilmoura dążenia do wolności to dziś zarówno sprawa reżimowa, ale też wyobrażenie lepszego świata pozbawionego niegodziwości. Album "Rattle That Lock" mówi, że o ten świat trzeba zawsze walczyć, ale jego nadejście możne czasem nastąpić dopiero po drugiej stronie jestestwa. Trudno więc znowu nie zauważyć, że muzyka to emocje, a David Gilmour prezentuje na swoim czwartym albumie solowym taki ich zestaw, który dla jednych może być zbyt dojrzały, a dla innych stać się hymnem na kolejne lata życia. Ja należę do tej drugiej grupy. A Wy? 
Ocena: 9/10

O albumie w skrócie...

Skład: David Gilmour (b, g, ik, w), a także Zbigniew Preisner (orkiestracje), Steve DiStanislao (ip, p, w), Yaron Stavi (b, w), Guy Pratt (b), Phil Manzanera (g, ik), Danny Cummings (ip), Mica Paris (w), Louise Marshall (w), Michaël Boumendil (efekty), Eira Owen (rogi), Damon Iddins (akordeon, ik), David Crosby (w), Graham Nash (w), Roger Eno (ik), Andy Newmark (p), Gabriel Gilmour (ik), Martin France (p), Jools Holland (ik), Rado Klose (g), Chris Laurence (b), John Parricelli (g), Colin Stetson (saksofon), Robert Wyatt (kornet), Jon Carin (ik), Mike Rowe (ik), Richard Wright (w), Polly Samson (w)


Tracklista:
1. 5 A.M.
2. Rattle That Lock
3. Faces of Stone
4. A Boat Lies Waiting
5. Dancing Right in Front of Me
6. In Any Tongue
7. Beauty
8. The Girl in the Yellow Dress
9. Today
10. And Then...
Kraj: 
Wielka Brytania

Produkcja:
David Gilmour i Phil Manzanera

Dystrybucja:
Columbia Records

Gatunek:
Metal Progresywny, Metal Symfoniczny

Rok wydania:
2015


W wersji rozszerzonej (+DVD lub BluRay), swoją drogą kapitalnej i wartej każdych pieniędzy, znalazła się moc materiałów dodatkowych. W tym mixy, zapisy jammowania, teledyski, animacje, remastery, plakaty, dokumenty, a nawet piórka do gitary i mnóstwo wielu innych materiałów. To jedna z najlepszych edycji albumu jakie kiedykolwiek widziałem. Poza tym "Rattle That Lock" jest dostępny na winylu. W sumie więc czad, który uzupełnia geniusz Davida Gilmoura.

Podsumowując: "To moje, Twoje i ich wszystkich wyzwalanie się spod jarzma metalicznych zamków i surowych kajdan niesione na gitarze wielkiego Davida Gilmoura i jego godnie zmęczonym głosem tworzona narracja"

Konrad Zola

2 komentarze:

  1. Super recenzja!!!
    Czapki z głów!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. No to już druga osoba, której ta płyta się podoba. Większość ją opluwa niestety - podobnie jak poprzednią. Ludzie najwyraźniej nie mogą zrozumieć, dlaczego Gilmour nie wrzeszczy na nauczyciela, by zostawił dzieci w spokoju, nie stęka na niesprawiedliwość ani nie ma pretensji do całego świata (a w tym do Jezusa ukrucyfiksowanego), ze jego ojciec zginął na wojnie w 1944 roku. A ja rozumiem - Gilmour to nie Waters i jego ojciec nie zginął w 1944. Gilmour to człowiek zrównoważony, pogodny i z dużym poczuciem humoru (zawsze taki był) i to Rattle That Lock słychać. Gilmour, choć niemłody, jest w znakomitej formie jako gitarzysta, kompozytor, wokalista - ma jak na swój wiek zadziwiająco mocny i dźwięczny głos. Jego o wiele młodszym kolegom po fachu głos już zmatowiał (Bono, Morrisey, Jim Kerr, Ian Astbury...) A i coraz ciekawiej brzmieniowo gra na gitarze, bo przecież ciągle nabiera wprawy, bo ćwiczy i palce i uszy, a że rzadko nagrywa płyty, to zapewne wynika z tego, że jest wymagający wobec siebie i wiele godzin skomponowanej przez niego muzyki po prostu spoczywa w archiwach. Przy okazji - nie sądzę, by Endless River (Pink Floyd) ujrzała światło dzienne wyłącznie dla kasy, Gilmour wyraźnie powiedział, że to dla Ricka (Wrighta). Gilmour nie trzyma się formuły Pink Floyd, świadczą o tym nieco waitsowskie Faces of Stone oraz The Girl in the Yellow Dress, a także Dancing Right in Front of Me, który ma w sobie coś z późnych Beatlesów lub he Wings McCartney'a. Według mnie Rattle that Lock jest tak gnojona, ponieważ ukazała się akurat w niefartownym dla siebie czasie - czyli wtedy kiedy Waters zrealizował kolejną wersję The Wall - najbardziej spektakularną, rozbuchaną i nabzdyczoną jak dotąd i to właśnie ta hossa (komercyjna przede wszystkim, bo na pewno nie artystyczna)Watersa wynikająca z The Wall 2015 powoduje u fanów Pink Floyd tę niechęć do Gilmoura i wszystkiego, co on robi. Według mnie Gilmour nie nagrał ANI JEDNEJ słabej płyty w swoim solowym dorobku, a Rattle That Lock oceniam na 9/10. Dlaczego tylko 9? A to z powodu "Beauty". Dla mnie ten utwór powinien wybrzmieć co najmniej do 10 minuty z sekundami, a tymczasem zostaje brutalnie ucięty w połowie 5 minuty - zbrodnia to iście katowska. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń