sobota, 26 grudnia 2015

PROGRESYWNE PODSUMOWANIE 2015: Album Roku

Rok 2015 był bardzo łaskawy dla rocka i metalu progresywnego, a także dla muzyki zlokalizowanej w pobliżu tych gatunków. Na rynku pojawiło się bowiem wiele znakomitych albumów, o czym informowałem na łamach Progresji Po Zmroku pod postacią moich wrażeń przekutych w formę recenzyjną. Zamknięcie roku sprzyja, jak to zawsze bywa, wszelkim podsumowaniom. Chciałbym się do nich dołączyć drugi raz już wybierając ALBUM ROKU, a przy okazji wskazać też kilka wyróżnionych przeze mnie wydawnictw, które jak sądzę zasługują, aby o nich pamiętać nie tylko w 2015 roku, ale też przez kolejne lata.

Tak oto pomiędzy albumami wydanymi od stycznia do grudnia 2015 roku na szczególne uznanie w mojej ocenie zasłużyły materiały klasyków rocka progresywnego Davida Gilmoura i Steve'a Hacketta, czyli albumy "Rattle That Lock" oraz "Wolflight". Bardzo dobre dzieła zaprezentowały też inne uznane już kapele operujące na granicy rocka i metalu progresywnego, tj. Riverside i Arena, spod których szyldu w tym roku ukazały się płyty "Love, Fear and the Time Machine" oraz "The Unquiet Sky". Swoją drogą gitarzysta Areny John Mitchell zarejestrował też fenomenalny album zatytułowany "Please Come Home", który podpisał jako Lonely Robot.

Sporo dobrego wydarzyło się w awangardzie. Znakomite krążki wydały Arcturus i Solefald. Trudno inaczej pisać o płytach "Arcturian" i "World Metal. Kosmopolis Sud", choć ich niepozbawiony eksperymentu klimat może wydać się zbyt gęsty dla niektórych słuchaczy. Ze świetnej eksperymentalnej strony zaprezentowali się także debiutujący w tym roku duet Nordic Giants i ceniony w środowisku perkusista Gavin Harrison, autorzy albumów "A Séance Of Dark Delusions" oraz "Cheating The Polygraph". Znakomite wydawnictwo na koncie mają też muzycy z nieodgadnionego Ozric Tentacles, autorzy dwupłytowego dzieła "Technicians Of The Sacred", a w kategorii odkryć muszę też koniecznie wspomnieć o czeskim Postcards From Arkham i albumie projektu zatytułowanym "ÆØN5".

W doskonałej formie znajdują się także artyści często ocierający się o progresję, muzycy inwestujący w nietypowe rozwiązania, agresywni jak Enslaved, albo podniośli jak Amorphis. Ich tegoroczne krążki, tj. "In Times" oraz "Under The Red Cloud", dowiodły wielkiej klasy tych zespołów. Tymczasem równie dobrze, co poniekąd zaskakująco, zaprezentowali się weterani, czyli Iron Maiden i Marilyn Manson. Niezwykle cenieni to artyści, którzy nie rezygnują z tworzeni ambitnej muzyki, jak w przypadku "The Book Of Souls" angielskiego zespołu, albo właśnie odnaleźli w sobie niesamowitość, o którą nikt by ich nie podejrzewał, co unaocznił album "The Pale Emperor" kontrowersyjnego Amerykanina.

Mocną reprezentację w tym roku miały także wydawnictwa koncertowe, wśród których należy wymienić dzieła takich autorów, jak Katatonia, Anathema i Threshold, czyli materiały ochrzczone jako "Sanctitude", "A Sort of Homecoming" i "European Journey". Natomiast moją listę tegorocznych "najlepszych z najlepszych" zamyka wyborny materiał legendy polskiej gitary Wojciecha Hoffmanna, bardzo rozbudowany album zatytułowany "Behind The Windows", choć... trzeba jeszcze przecież wskazać zwycięzcę.

Wybór może być tylko jeden. STEVEN WILSON.

Jego czwarty duży album studyjny pt. "HAND. CANNOT. ERASE." przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Steven Wilson tym dziełem potwierdził nie tylko swój najwyższy kunszt w tworzeniu rocka progresywnego, ale też sobie i całemu gatunkowi wyznaczył kilka nowych standardów. Album "Hand. Cannot. Erase." to dzieło kompletne, zamknięte w logiczną klamrę, pełne znakomitych zagrywek rozpisanych na jedenaście kompozycji, a przy tym opowiadające poruszającą historię. Tego typu albumy mają szansę stać się kanonem. Ładunek instrumentalno-wokalny, zagrane utwory i zaśpiewane słowa w zawartości "Hand. Cannot. Erase." nie powinny być obojętne dla wszystkich słuchaczy rocka progresywnego. Ten krążek to znaki współczesnych czasów, a zarazem kolejny dowód talentu Stevena Wilsona, który dziś przewodzi europejskiemu rockowi progresywnemu. Przypomnę jeszcze kilka słów z mojej recenzji "Hand. Cannot. Erase.", którą opublikowałem 7 marca 2015 roku. Pisłałem wówczas, że:

- "To jak dotąd najlepszy i zarazem najbardziej dojrzały solowy materiał angielskiego kompozytora, multiinstrumentalisty i wokalisty, który koncepcję eksperymentowania z dźwiękiem ograniczył na rzecz patentów leżących u podstaw jego własnej tożsamości. Steven Wilson zarejestrował album bliski najlepszym dokonaniom Porcupine Tree, choć tak bardzo od nich odległy na swój wyjątkowy i magiczny sposób"

- "W rwącym potoku wody życia łatwo jest zostać zapomnianym, ponieważ woda nie ma pamięci, ale może w tym progresywnym geniuszu chodzi o to, aby nie zostać zapomnianym, a Steven Wilson mówi do mnie i do was wszystkich: nie dajcie się"

Całą recenzję możecie przeczytać tutaj. Stevenowi Wilsonowi wypada więc podziękować za niezwykły ładunek inspiracji i wrażeń, których dostarczył słuchaczom na albumie "Hand. Cannot. Erase." - najlepszym dziele 2015 roku według Progresji Po Zmroku.

Zamykając temat podsumowań chciałbym podziękować wszystkim czytelnikom, odwiedzającym i komentującym Progresję Po Zmroku. Życzę sobie i wam, aby 2016 rok dostarczył kolejnej wielkiej dawki progresywnych wzruszeń. Niechaj Steven Wilson zarejestruje kolejne wielkie dzieło, a klasycy rocka progresywnego powrócą w takiej wybornej formie, jak David Gilmour i Steve Hackett. Atmosferę w prywatnych zaciszach niechaj tworzy tajemnicza i zjawiskowa Katatonia, w kosmos wyobrażeń niech wszystkich przeniesie John Mitchell i Lonely Robot, a kolejne szlaki muzycznych odkryć wypełniają płyty nagrane z równą pomysłowością, co autorstwa Arcturus lub Solefald. Do zobaczenia w Nowym Roku na łamach Progresji Po Zmroku.

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz