sobota, 5 grudnia 2015

REFLEKSJA PO ZMROKU: Co się dzieje z Dream Theater?

Muzycy Dream Theater ogłosili datę premiery trzynastego albumu studyjnego. Dzieło zatytułowane "The Astonishing" ukaże się 29 stycznia 2016 roku i będzie prawdopodobnie najdłuższym materiałem zarejestrowanym przez legendę metalu progresywnego. Kapela przygotowała w sumie 34 (!) nowe kompozycje rozpisane na dwa akty, w których wystąpią m.in. Emperor Nafaryus, jako reprezentant interesów The Great Northern Empire, a także Arhys (The Rebel Leader) i Gabriel (The Chosen One), członkowie Ravenskill Rebel Militia. Oba te ugrupowania (światy?) będą osadzone w "dystopijnym, retro-futurystycznym miejscu" w 2285 roku. Całość zapowiada się więc jako klasyczna walka rebeliantów ze złym władcą. Trudno zatem przypuszczać, aby "The Astonishing" ukazał się na jednej płycie, stąd można wnioskować, że będzie to pierwszy dwupłytowy album studyjny Dream Theater od czasów świetnego "Six Degrees of Inner Turbulence" z 2002 roku, a w ogóle drugi taki w historii tej zasłużonej formacji.

I jeśli mam być szczery to... niepokoi mnie kierunek, w którym podążają dziś James LaBrie, John Petrucci, Jordan Rudess, John Myung i Mike Mangini.

Dream Theater konsekwentnie pcha się w kierunku opery i niebotycznie rozbudowanych aranżacji. Kapeli na ogół nie zdarzało się nagrywać albumów krótszych, niż godzina, choć paradoksalnie jej najlepsze dzieło, tj. słynny album "Images and Words" z 1992 roku, nie przekroczył sześćdziesięciu minut. Mniejsza o czas! Przecież nawet bardzo rozciągnięte albumy mogą brzmieć świeżo i soczyście, czego dowodzi choćby fenomenalny "Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory" z 1999 roku, który był obliczony na przeszło siedemdziesiąt siedem minut muzyki. Ten koncept wciąż brzmi jakby był wydanym wczoraj wizjonerskim majstersztykiem! Jednak w Dream Theater problemem jest dziś coś innego. Przesyt formy? Przebrzmiałość? Schematyczność? Smyczki? Jeśli spojrzeć na najnowszą historię zespołu z Massachusetts, czyli po rozstaniu się z Mike'em Portnoyem, to bez trudu można dojść do wniosku, że album "A Dramatic Turn of Events" z 2011 roku był co najmniej solidny, ale już materiał z 2013 roku, jakże wymownie zatytułowany "Dream Theater", pomimo pięknego przesłania rozczarowywał przesadzoną formułą, ogranymi instrumentami i brakiem magicznego błysku, na jaki stać formację. Naładowane wielorakimi inspiracjami wydawnictwo dodatkowo zostało skomplikowane niepotrzebną aktywnością smyczków i orkiestracji.

Czemu służą smyczki i orkiestracje w metalu progresywnym prezentowanym przez Dream Theater? Zdarza się, że mają one dość wyważoną formę, vide "Octavarium" z 2005 roku, albo ograniczają się do delikatnych wtrąceń, jak w "Black Clouds & Silver Linings" z 2009 roku, ale na ogół nie przysłaniają metalu i progresji, stanowią wyłącznie niegroźne obrzeża obu tych gatunków, jakąś formę egzotycznego urozmaicenia. Dream Theater przestało to wystarczać. Formacja na naszych oczach przeistacza się w kapelę grającą rock i metal operę - bogaty zespół stawiający na przepych, bardzo rozbudowaną formę, otoczkę i detale, ale zapominający o esencji. O tym, że muzyka powinna utrwalać się w pamięci, płynąć w żyłach i tętnicach słuchacza, być zwierciadłem czasów lub ilustracją doniosłych wizji czy też wyobrażeń. Tymczasem pierwsze informacje na temat "The Astonishing" pozwalają raczej sądzić, że Dream Theater chce posunąć się jeszcze dalej, niż było to w przypadku albumu "Dream Theater". Dziś już wiadomo, że na albumie, który ukaże się pod koniec stycznia 2016 roku usłyszymy orkiestracje, chóry, smyczki i tego typu pomysły. Nie jest to zachęcająca informacja! Tak samo jak oprawa graficzna strony internetowej Dream Theater, której twórcy wymyślili grę mailingową dla niedorozwiniętych umysłowo fanów. O co chodzi?
 

Niestety moje złe przeczucia na temat "The Astonishing" potwierdził pierwszy singiel z tego dzieła, utwór pt. "The Gift of Music". Rzecz to krótka, rozpisana na cztery minuty, ale tak bardzo banalna, maślana i ograna, że trudno dać jej szansę. Niby wszystko brzmi nieźle. Aktywna sekcja gitarowo-perkusyjna, ładne wtrącenia klawiszowe i solidny wokal powinny wystarczyć na wadze oczekiwań, ale ta trudna do opisania niezrozumiałość, jakaś tandetność i nielicująca z Dream Theater prostota tworzą odpychające uczucie. Wrażenie deja vu pojawia się w zasadzie w każdej minucie tej kompozycji, a nieco improwizowany finał nie pozwala wyzwolić się z niesmaku. Zespół przestał eksplorować. Stał się odtwórcą jakiegoś fragmentu stylu, który wypracował na przestrzeni ostatnich lat. W każdym razie opinie na temat tego utworu są podzielone. Część fanów cieszy się na powrót studyjny Dream Theater, część nie widzi w nowym utworze zespołu niczego przekonującego. Całość sprawia na razie wrażenie konceptu oderwanego od rzeczywistości. Grania na manowcach. Niczego, co miałoby szansę stać się kanonem, albo sprawić, że o Dream Theater znowu zacznie mówić cały świat. Być może plany zespołu stanowią odpowiedź na kondycję współczesnego metalu progresywnego, a być może zespołowi brakuje już iskry do tworzenia wielkich rzeczy.

Ja wyobrażałem sobie, że po bardzo przeciętnym albumie "Dream Theater" kapela z Massachusetts wreszcie się zresetuje. Sięgnie po jakieś surowy pomysły, zrezygnuje z patosu i pompatyczności, a wprowadzi może trochę mniej nośnych, ale za to refleksyjnych pomysłów, jak na wspominanym "Images and Words" albo równie dobrym "Awake" z 1994 roku, albo po prostu przywali z kopyta wcale nie ograniczając się z ilością refrenów, jak w "Train Of Thought" z 2003 roku. Kapela obroniłaby się też mocnym postawieniem na metal, mieszaniną mroku lub generalnie miksem różnych pomysłów w stylu albumu "Systematic Chaos" z 2007 roku. Zaskakujący mógłby być pomysł reaktywacji niektórych cukierkowych pomysłów z płyty "When Dream and Day Unite" z 1989 roku. Wszystko, tylko nie ten etos, nie ta pompa, którą zapowiada "The Astonishing". W każdym razie John Petrucci poinformował, że nowy album Dream Theater będzie najambitniejszym dziełem w karierze zespołu, a prace nad jego otoczką i licznymi detalami, będącymi spoiwem całej historii zostały dopracowane w każdym szczególe. Materiał zostanie też wykonany na żywo w całości podczas trasy promującej
"The Astonishing". W tym sensie całość ma nawiązywać do wspominanego już "Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory". 

Jaki więc będzie nowy album Dream Theater? Obawiam się, że przeładowany środkami instrumentalnymi i wokalnymi, a także przesadzoną oprawą. Chciałbym się jednak mylić i za dwa miesiące napisać w odpowiedzi na tytuł tego artykułu, że z Dream Theater jest wszystko w porządku - zespół lśni! Rzeczywistość, jak to zawsze bywa, zweryfikuje sam album. Oto bowiem wielkimi krokami Nadchodzi "The Astonishing".    


Konrad Zola

2 komentarze:

  1. Zupełnie nie zgadzam się z treścią artykułu. To tak jak z tą sztuką we Wrocławiu, nie widzieli a chcą zdejmować.

    OdpowiedzUsuń
  2. O ile obniżka formy i efekt zjadania własnego ogona przez DT w ostatnich latach są zauważalne, tak informacje dotyczące ostatnich albumów i kontekstu, w jakim pojawia się The Astonishing w artykule moim zdaniem nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością.
    Szczególnie zarzut o operowości i rozdmuchaniu... Operowe było jedynie Scenes From a Memory (uważane przez wielu za najlepszy album zespołu) oraz pojedyncze utwory z kolejnych płyt z Portnoyem. Z kolei ostatnim rozdmuchanym albumem było Black Clouds, na którym panowie osiągnęli szczyty w dziedzinie rozwlekłości kompozycji i nijakości treści.
    Potem odszedł Mike i mieliśmy kolejno:
    - A Dramatic Turn of Events - album napisany na szybko , żeby tylko wydać jak najszybciej i pokazać, że bez MP też umiemy. Efekt ? "Brzmi co najmniej nieźle", ale niestety tylko dlatego, że ta płyta to autoplagiat Images & Words. Większość utworów z tamtego klasycznego albumu ma tu swoje odpowiedniki (On The Backs.. - Pull Me Under, Lost Not Forgotten - Under The Glass Moon, Outcry - Metropolis pt. 1, itd)... Zgodność jest czasem wręcz nieprzyzwoita, sekcja po sekcji.
    - Dream Theater - może się nie podobać, ale na pewno nie z powodu wtórności, tylko właśnie zmiany podejścia do kompozycji!! Nie wiem gdzie tu rozdmuchanie i nadmiar orkiestracji, to przecież najbardziej zwarty i jeden z najkrótszych albumów DT. Panowie mocno pokombinowali żeby treść, którą zwykli rozciągać na kilkanaście minut zmieścić w 6-minutowych utworach. Całkiem chwytliwych z resztą, z dużą ilością ładnych melodii. Orkiestra pojawia się jedynie w ostatnim utworze - 20-minutowej suicie, która poziomem złożoności równoważy resztę albumu. Ale wciąż nie ma tu śladu metalowej opery.. co najwyżej inspiracje muzyką filmową.
    - The Astonishing <- to ma być z założenia metalowa opera, z podziałem na role, z historią i pompą. Pomysł można porównywać jedynie do wspomnianego Scenes From a Memory, ale na pewno nie do ostatnich albumów. A skoro Scenes wyszło im tak dobrze to może nie ma co z góry nastawiać się, że będzie tragicznie ?

    OdpowiedzUsuń