niedziela, 14 lutego 2016

Dream Theater "The Astonishing" (recenzja)

Dream Theater brakuje dziś odpowiedniej ilości mroku, klimatu, natchnienia i dobrych pomysłów. O te wartości została obniżona kondycja kapeli, gdy w 2010 roku opuścił ją Mike Portnoy, co definitywnie i ostatecznie potwierdza trzynasty album studyjny legendarnego zespołu zatytułowany "The Astonishing". Niestety jest to najsłabsze dzieło w talii kompozycyjnej Johna Petrucciego i Jordana Rudessa, którzy pozbawieni wsparcia charyzmatycznego Portnoya z każdym kolejnym nagraniem obniżają formę, stopniowo, acz konsekwentnie tworząc z Dream Theater karykaturę na temat dawnej wielkości zespołu.

W zawartości "The Astonishing", albumu posiadającego piękne momenty, pojawiają się wyłącznie refleksy bogatego dziedzictwa kapeli. Okazuje się, że doskonały warsztat instrumentalistów i wokalisty, ich wieloletnie doświadczenie, a także w zasadzie nieograniczone możliwości w procesie tworzenia muzyki są niewystarczające na ołtarzu nowych nagrań legendarnego zespołu z Massachusetts. Oto bowiem "The Astonishing" zawiera zaskakującą ilość przebrzmiałych pomysłów, a zarazem naiwnych melodii, wymuszonego patosu i zagrywek, które Dream Theater nie przystają. Można równocześnie odnieść wrażenie, że z bardzo rozbudowanego materiału kapela nie wybrała esencji, ponieważ "The Astonishing" zawiera dość wąską grupę kompozycji, które mogłyby posłużyć do stworzenia przynajmniej porządnego albumu. Tymczasem skala zaproponowanych pomysłów, w sumie trzydzieści cztery utwory (!), wymknęła się Dream Theater spod kontroli. Często wyłania się tu bowiem dość chaotyczna i niezgrabna kolekcja różnych gatunków muzycznych, mniej lub bardziej eksplorowanych dotąd przez zespół. Ową różnorodność można zrzucić na specyfikę konceptu, czyli historii, która potrzebuje różnych muzycznych kolorów, aby była przekonująca i spójna. Jakkolwiek ambitnym celem było stworzenie epokowego konceptu, strukturalnie sięgającego do płyty "Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory" z 1999 roku, to muzycy Dream Theater zapomnieli o formie, która w przypadku tego zespołu zawsze była ważna. Tak więc "The Astonishing" zawiera sporo przypadku, chaosu, nieuzasadnionej pompatyczności i żenujących dodatków, a wszystko to w zestawieniu z geniuszem tkwiącym w genach członków kapeli. Geniuszem chyba nieco dziś uśpionym.

Podzielone na dwie części (akty) dzieło stanowi w sensie muzycznym obszerną syntezę dwóch ostatnich albumów Dream Theater. Mamy tu więc do czynienia z bardzo podniosłą, niemalże operową odmianą metalu progresywnego, wypełnionego serią licznych przejść, złamań i solówek instrumentalnych. Zachwycająco prezentują się indywidualne popisy przede wszystkim Johna Petrucciego i Jordana Rudessa, ale dla równowagi Mike Mangini znowu wpisuje się w rolę zaledwie solidnego rzemieślnika. Przed kilkoma laty można było spodziewać się, że jego status w Dream Theater będzie znacznie bardziej wyeksponowany, ale na razie nie ma to miejsca. Tymczasem na wokalach wciąż nieźle radzi sobie James LaBrie, którego elastyczność i wrażliwość w dopasowywaniu się do różnych melodii pielęgnuje nieustające uznanie dla tego charyzmatycznego wokalisty. Również brzmienie "The Astonishing" nie pozostawia wątpliwości, że materiał został zarejestrowany przez użyciu sprzętu najwyższej klasy w warunkach, na które nie mogą pozwolić sobie wszystkie zespoły na świecie. Całość przynajmniej w teorii powinna więc być kolejnym klejnotem w koronie Dream Theater. Tymczasem wcześniej wspominany przepych zastosowanych środków instrumentalnych, którego zespół nie zdołał opanować narażając się na chaotyczność i niekonsekwencję, a także zdecydowanie przesadzone rozbudowanie albumu, zawierającego przez to kompozycje miałkie, nudne i niewyróżniające się, stają się głównymi problemami "The Astonishing". W opowiedzianej historii brakuje też regularnego klimatu, jakiegoś wyraźnego motywu przewodniego, na którym mogłaby się ona osadzić w świadomości słuchaczy. Mówiąc wprost: muzycy Dream Theater nie udźwignęli konceptu.

Pierwszy akt "The Astonishing", choć otwarty i tak samo zamknięty w zaiste intrygującym filmowym stylu, zawiera sporo niesatysfakcjonujących melodii i chaotycznych zagrywek, fragmentami sprawiających wrażenie przypadkowo ze sobą zestawionych ("Dystopian Overture", "When Your Time Has Come", "A Life Left Behind"). Poszczególne utwory często zawierają po prostu tandetne pomysły, jak choćby przaśne trąbki w "A Savior In The Square", okropne dudy w "The X Aspect" albo nadmierną ilość słodyczy w "The Answer", które skutecznie zniechęcają do słuchania wymienionych kompozycji. Zespołowi nie można też wybaczyć trudnych do wytłumaczenia decyzji - bez żadnej refleksji potrafił bowiem zniszczyć (wyśmiać!) w finałowych partiach kompozycję, która miała szansę stać się jego nowym standardem ("Three Days"), zaś w utworze o mrocznym ładunku lirycznym kapela zaproponowała biesiadę ("Lord Nafaryus"). Tego typu nielogiczności znalazło się tutaj więcej. Tak więc oto w pierwszym akcie "The Astonishing" zostały ze sobą zestawione kompozycje wyblakłe lub irytujące, odsłaniające o wiele więcej chaosu, niż spójnej historii. Są tu także wyjątki - utwory rzemieślnicze, dobre na singla ("The Gift Of Music", "Chosen"), ewentualnie próbujące błyszczeć na tle nierównego materiału ("Act Of Faythe", "A Tempting Offer" i zaiste progresywna perła pod postacią "A New Beginning"). Są też kompozycje pełniące funkcje zwykłych wypełniaczy. Nie ma za to tych wszystkich dreszczy na skórze, które kapela potrafiła wywoływać swoją muzyką.

W sumie więc pierwszy akt nowego albumu Dream Theater zawiera świetne otwarcie, takie też zakończenie, ale w środku wymaga na słuchaczu poszukiwań ze świeczką tego, co naprawdę wartościowe. W każdym razie "The Astonishing" lepiej prezentuje się w drugim akcie, co tylko potwierdza tezę o złej selekcji kompozycji zarejestrowanych podczas sesji nagraniowej. Otóż w drugim akcie tego dzieła znowu mamy do czynienia z fantastycznym wstępem, za który uchodzi utwór "2285 Entr'acte". Ta instrumentalna miniatura niemal niepostrzeżenie przechodzi na pięknych klawiszach Jordana Rudessa do kolejnego utworu, zajmującego "Moment of Betrayal", będącego moim zdaniem najmocniejszym punktem nowego albumu Dream Theater. To tylko nieco powyżej sześciu minut (ze wstępem ośmiu), ale wystarczająco, aby wpisać się w oczekiwania fanów Dream Theater. Jest tutaj wszystko: dramaturgia, nośność, wreszcie trochę mroku, odpowiednio smakujących podniosłych momentów, właściwej zespołowi tajemnicy, a także kapitalnych, wgniatających w ziemię improwizacji i zagrywek na poziomie instrumentów. W sferze zaskoczeń, tudzież solidnie skonstruowanych kompozycji, wyłaniają się także zaskakująco ciężkie "Heaven's Cove" i "The Path That Divides" (kapitale efekty wokalne LaBrie i gitary Petrucciego), a wyrafinowane emocje kapela skumulowała w balladowym "Begin Again" oraz optymistycznym "Hymn of a Thousand Voices", choć niepozbawionym tandetnych wstawek. W drugim akcie zdarzają się też utwory zapychające materiał ("The Walking Shadow", "My Last Farewell"), ewentualnie wyśmiane przez sam zespół ("Loosing Faythe") na podstawie banalnych drobiazgów, jak wyreżyserowana chyba przez Uwe Bolla rozpacz głównych bohaterów dzieła. Niemniej drugi akt "The Astonishing" przypomina, że mamy do czynienia z Dream Theater, pionierami metalu progresywnego i specjalistami od wielkich finałów, co uwydatnia adekwatny do możliwości zespołu finał albumu pod postacią kompozycji tytułowej.

Niestety wartość liryczna albumu "The Astonishing" sprowadza na popioły wszelkie, nawet najbardziej optymistyczne wyobrażenia o obecnej kondycji Dream Theater. Jest bowiem zaskakująco niska, banalna i po prostu naiwna. Można sądzić, że została stworzona z myślą o młodszych słuchaczach, których refleksyjność nie znajduje się jeszcze na dojrzałym poziomie, a ich sfera uczuć nie została jeszcze odpowiednio rozwinięta. Trudno bowiem wyobrazić sobie, że doświadczony i powszechnie ceniony John Petrucci zdołał napisać taką tandetę, o jakiej opowiada "The Astonishing". Jest to wszak historia osadzona w dystopicznym świecie w 2285 roku, gdzie wszelki dostęp do muzyki (w szerszym ujęciu: kultury) zawłaszczyły NOMACS, hałasujące maszyny, znane wprost z okładki albumu. O zmianę takiego porządku świata walczy ruch oporu, który przeciwstawia się jego kreatorom, tj. złemu imperium, rządzonemu twardą ręką przez imperatora Nafaryusa. W dwóch aktach historii występują także inne postacie: wybraniec Gabriel, który swoim darem muzycznym odmieni bezduszny porządek świata, księżniczka Faythe, czyli córka imperatora, która zakochuje się w Gabrielu, książę Daryus, pełen kompleksów syn imperatora, dowódca ruchu oporu Arhys wraz z synem Xanderem, a także żona imperatora Arabelle i na zasadzie wspomnień wybranka Arhysa Evangeline. Wszystkie te postacie są zatrważająco płaskie, pozbawione wyraźnie naszkicowanych cech (zła, dobra), a oś fabularna i jej zwroty przypominają niemieckie filmy emitowane w niedzielne popołudnia na TV Puls. Ładne jest tylko przesłane: świat coraz bardziej staje się zautomatyzowany i mechaniczny, a społeczne emocje, stosunki i uczucia na tym ubożeją. 

W sumie więc tylko na poziomie momentów, wyszukanych nie bez trudu, nowy album studyjny Dream Theater przypomina o wielkości tego zespołu. Dzieło zatytułowane "The Astonishing" w dużej części okazuje się bardzo nierówne, nad wyraz rozbudowane, usypiające, a nade wszystko rozczarowujące jeśli uświadomimy sobie, że na obu krążkach daje się wyselekcjonować grupę utworów, które mogłyby przywrócić blask Dream Theater. Tymczasem koncept obnażył obecne słabości zespołu. Aktualni aktorzy Dream Theater nie mają problemu z zarejestrowaniem utworu wartościowego, o czym świadczą niektóre wymienione już w tej recenzji kompozycje, ponieważ ich problemem wydaje się dziś utrata pewności siebie i ograniczenie skłonności do ryzyka. Liderzy kapeli preferują obecnie obowiązującą modę i odcinanie kuponów od swojego dziedzictwa, aniżeli tworzenie pomysłów niestandardowych w stylu choćby finałowych partii do wspominanego "A New Beginning" albo emocjonującego "Moment of Betrayal", które może nie mają warunków, aby sięgać do masowej publiczności, ale są niczym balsam na dusze fanów metalu progresywnego. Dream Theater stał się jednak bardzo asekuracyjny - jeśli już czaruje, to tylko w niektórych fragmentach, pozostawiając słuchacza w niedosycie i w kręgu niespełnionych marzeń.

Ocena: 6/10 

O albumie w skrócie...

Skład: James LaBrie (w), John Petrucci (g), Jordan Rudess (ik), John Myung (b), Mike Mangini (ip, p), a także Eric Rigler (dudy) oraz Praska Orkiestra Symfoniczna

Tracklista:
CD 1
1. Descent of the NOMACS
2. Dystopian Overture   
3. The Gift of Music
4. The Answer
5. A Better Life
6. Lord Nafaryus
7. A Savior in the Square
8. When Your Time Has Come
9. Act of Faythe
10. Three Days
11. The Hovering Sojourn  
12. Brother, Can You Hear Me?
13. A Life Left Behind
14. Ravenskill
15. Chosen
16. A Tempting Offer
17. Digital Discord 
18. The X Aspect
19. A New Beginning  
20. The Road to Revolution 


CD 2
1. 2285 Entr'acte
2. Moment of Betrayal
3. Heaven's Cove
4. Begin Again
5. The Path That Divides
6. Machine Chatter  
7. The Walking Shadow
8. My Last Farewell
9. Losing Faythe
10. Whispers on the Wind
11. Hymn of a Thousand Voices
12. Our New World
13. Power Down    
14. Astonishing
  
Kraj: 
USA

Produkcja:
John Petrucci

Dystrybucja:
Roadrunner


Gatunek:
Metal Progresywny, Metal Symfoniczny

Rok wydania:
2016

Podsumowując: "[...] muzycy Dream Theater nie udźwignęli konceptu"

Konrad Zola

11 komentarzy:

  1. Przeczytałem recenzję i dedykuję Panu myśl przewodnią co myślę o takim pisaniu.Niech się Pan nad sobą zastanowi, ile zła Pan czyni takim krytykanctwem.Zakk Wylde o Rolling Stone powiedział kiedyś Tak , tu cytat :
    "Randy Rhoads osiemdziesiąty piąty?! Randy jest moim idolem, muszę grać jego gówno każdego dnia! Mam jego plakaty w garażu, na siłowni, wożę je ze sobą w trasy. Stary, kocham Randy'ego na zabój! To śmieszne. Joe Satrianiego tu nie ma. Steve'a Vaia też nie ma. Yngwiego Malmsteena nie ma na tej pieprzonej liście. A to najbardziej pojebani gitarzyści, jakich ziemia kiedykolwiek nosiła! Zdajesz sobie sprawę, jak dobry jest Yngwie?! Jest, kurwa, bardziej niż pojebany! Nie umieścić go na liście to tak, jak wymienić największych śpiewaków świata i nie umieścić wśród nich Pavarottiego, kumasz? Kumam White Stripes, są zajebiści że ja pierdolę. Mają jajca z piekła rodem, czaisz? Kurt Cobain też. Szacun dla Kurta - świetne piosenki, świetny głos, świetne płyty. Ale żeby wylądował przed Eddiem van Halenem?! Jack White, który to, kurwa, jego album?! Drugi?! A on ląduje na siedemnastym miejscu?! Zrozum, Rolling Stone wart jest tylko tego, żeby, kiedy zdejmiesz portki i strzelisz solidnego klocka, wytrzeć sobie nim dupę. To banda japiszońskich niespełnionych muzyków, którym się nie udało, więc piszą dla punkowych gnojków z gównianej, żulerskiej gazetki. Ich pojęcie o tym, co jest, kurwa, zajebiste, jest żałosne, ja pierdolę! Eddie van Halen siedemdziesiąty?! Wszyscy w tym szmatławcu to japiszońskie, spedalałe kazirodcze cipy, którym aż się prosi, żeby dać w mordę. Randy Rhoads osiemdziesiąty piąty?! To kurwa żałosne! Chciałbym wybrać się do ich redakcji i puścić ją z dymem, czaisz? Tak dla hecy"
    Przekona się Pan wkrótce jaki będzie odzew fanów po tej trasie, Kopernik się znalazł, nieomylny. I proszę się nie obrażać , bo tak jak g.. obrzucił Pan ostatnią płytę , proszę przyjąć takie samo g... na swoją klatę. Pańska recenzja jest tyle samo warta. Może Pan nie zrozumiał tej muzyki, a może jest Pan za mało wyrobiony muzycznie , żeby ją zrozumieć. Więc proszę nie rozsiewać tego wirusa niewiedzy i ignorancji. A mnie się płyta podoba , bardziej niż poprzednie , więc ja mam lepiej. I kto się myli ?? Dzisiaj przeczytałem taką myśl. Gadanie o muzyce z ludźmi Pańskiego pokroju to jak granie w szachy z gołębiem : Poskacze po szachownicy, porozrzuca figury,nasra na szachownicę i na koniec odleci z przekonaniem , że miał rację. Proponuje słuchać Feel, i tam się wyżywać emocjonalnie. Pozdrawiam wszystkich fanów DT i nie bierzcie sobie do serca tych wypocin.Płyta jest naprawdę dobra.
    Fan, nie cham.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. Szkoda, że anonimowy. Pozdrawiam!

      Usuń
    2. jestem dokładnie tego samego zdania. Dla mnie płyta doskonała, arcydzieło...A to powyżej to pseudo recenzja. Warsztat recenzującego żaden, wrażliwości takoż. Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Proszę Pana, wystawił Pan głowę z okopu to do dostał Pan tym samym co Pan rzuca. Takie jest życie. Sugeruje Pan , że moja anonimowość podszyta jest strachem, albo że brak mi odwagi cywilnej? Otóż nie miły Panie. Po prostu nie dostąpi Pan zaszczytu , aby mnie poznać lub zostać moim znajomym , ponieważ nie trawię , nie znoszę , nie toleruję, nie cierpię( do wyboru )KRYTYKANTÓW wszelkiej maści. Dlaczego, to chyba Zakk Panu wytłumaczył. Skoro Panu odwagi nie brakuje i nie chce Pan być anonimem, proponuję wysłać maila do chłopaków z zespołu , pewnie na stronie mają jakiegoś maila do kontaktu. Proszę się przedstawić i poprosić o spotkanie na backstage'u np. w Berlinie. Spodziewam się , że po takiej konstruktywnej krytyce Petrucci wysłucha Wielkiego Recenzenta uderzy się w pierś i obiecując poprawę , następną płytę nagra taką , że w końcu Pana zadowoli. Nie staram się Pana nawet obrazić, po prostu żal mi Pana , że nie ogarnia Pan pewnych rzeczy i siedzi Pan sobie w tym swoim wyimaginowanym światku uznając , że wszystko co jest inne jest złe. A tak nie jest. Ja podchodzę do życia z ciekawością i jak coś jest inne to staram się to zrozumieć , a nie potępiać. Jak nie ogarniam Dziadów Mickiewicza to zostawiam innym do czytania dla przyjemności, a nie staram się ich od tego odwieźć obrzydzając treść dramatu. Pan za to tworzy następną część.Na tym kończę polemikę. Szkoda mojego czasu. Idę posłuchać Astonshining.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawy punkt widzenia. Ja wyłożyłem swoją recenzję na temat albumu "The Astonishing", Pan w pewnym sensie swoją. Każda jest ważna, być może dostrzegł Pan coś wartościowego w tym albumie - dla mnie jest przeciętny. Zamiast więc stosować rozmaite ad personam można po prostu dyskutować, nie mam przecież patentu na prawdę objawioną na temat "The Astonishing", a nawet cieszę się, że ten album znalazł uznanie wśród niektórych słuchaczy, choć tego nie rozumiem.

      Usuń
  3. Po prostu pamiętam jak wszyscy zgodnie krytykowali np. 6DOIT, że miałka, że słaba, że wtórna itd. Dzisiaj wszyscy pieją z zachwytu nad poziomem tamtej płyty, więc jak to jest, albo było? Dobra była czy zła ? Pewnie piszą to Ci sami ludzie tylko zajęło im 14 lat , żeby ją zrozumieć. Do zobaczenia w 2030 ( jak dożyjemy ), wtedy może za sprawą postępującej demencji co niektórzy zapomną jakie bzdury wypisywali i przy okazji 20 płyty Dreamów stwierdzą ,, Boże jaka ta 20 płyta słaba, Astonshining to było dzieło !!!,,

    OdpowiedzUsuń
  4. Płyta jest dobra, ma momenty, ale nic ponadto.

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajny film wczoraj widziałem. Momenty były ? Masz.......

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy --> Pierdolisz aż miło!!! Płyta jest chujowa!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak miło posłuchać ojczystej mowy....Jakbyś siebie określił używając Twojego słownika??

      Usuń
  7. Płyta słaba że aż zęby bolą, ale może ci co piszą te teksty powyżej nie slyszeli żadnej innej płyty DT, więc nie mają skali porównawczej. Moim zdaniem, jako wieloletniego słuchacza tej kapeli, uznającego jej wielkość przez takie krążki jak Awake czy Falling Into Infinity (płyta znienawidzona przez część fanów, a zawierająca jedne z najlepszych kawałków jakie DT kiedykolwiek wyprodukowali), zespół zaliczył olbrzymi spadek jakości po odejściu Portnoya, głównego kompozytora i tekściarza zespołu. I można z tym dyskutować, ale najlepsze kawałki, rozbudowane wielowątkowe suity obecne na poprzednich płytach, wyszły właśnie spod ręki Portnoya. Niestety Petrucci i Rudess to marni kompozytorzy, są tylko albo aż znakomitymi instrumentalistami, ale tylko tyle. Dodatkowo zatrudnienie Manginiego, czyli kolejnego cyborga ale również mistrza bezdusznego, robotycznego grania nie wyszło kapeli na dobre. A mieli na przesłuchaniach chociażby Marco Minnemanna, który mógłby tchnąć w ten zespół nowe siły. Czemu go nie wzięli?

    OdpowiedzUsuń