wtorek, 21 lutego 2017

Blackfield "Blackfield V" (recenzja)

Blackfield to Aviv Geffen i Steven Wilson, czyli izraelsko-angielskie wyobrażenie na temat art rocka. Tak było w pierwszej dekadzie XXI wieku, gdy z tego wyobrażenia narodziły się dwa dobrze przyjęte albumy. Jednak w ostatnich latach często można było usłyszeć, że Steven Wilson wycofuje się z Blackfield. To nie były plotki. Przecież dwa ostatnie albumy wydane pod tą nazwą były niemal w całości napisane przez Aviva Geffena. Wyjątek stanowiła kompozycja "Waving" wchodząca w skład albumu "Welcome to My DNA" z 2011 roku, ale już ostatnia płyta projektu pt. "Blackfield IV" z 2013 roku była autorskim dziełem izraelskiego muzyka. Do tego albumu Anglik w sensie twórczym nie wniósł niczego i równowaga pomiędzy Avivem Geffenem a Stevenem Wilsonem została wyraźnie zachwiana. Wygląda jednak, że Blackfield wraca na pierwotne tory. Piąty album studyjny projektu przywraca Stevena Wilsona do tej urokliwej współpracy. 
 
Krążek zatytułowany "Blackfield V" zawiera w sumie trzynaście kompozycji. Do trzech rękę przyłożył Steven Wilson, przy czym utwór "From 44 To 48" jest jego autorskim pomysłem. Ponadto Anglik zarejestrował dużą liczbę wokali na płycie, a także zaprezentował swoje możliwości instrumentalne, grając na gitarze oraz instrumentach klawiszowych. To ważne z tego powodu, że równowaga w Blackfield przynajmniej częściowo została przywrócona. Nie oznacza to, że dwa poprzednie albumy projektu były słabe - wręcz przeciwnie! - ale jego popularność i znaczenie były wtedy tak naprawdę istotne, gdy słuchacz otrzymywał poczucie uczestnictwa w izraelsko-angielskiej kolaboracji. Aviv Geffen jest bardzo utalentowanym muzykiem, a Steven Wilson jest współczesnym geniuszem, eksperymentalistą i wizjonerem muzyki. Oni w duecie są w stanie tworzyć rzeczy tak bardzo interesujące i magnetyczne, że trudno obok nich przejść obojętnie. Wszak Blackfield to przede wszystkim zjawiskowość. Muzyka dla smakoszy dźwięku. Taki jest właśnie album "Blackfield V".


Trwający niecałe trzy kwadranse krążek rozpoczyna się wynurzeniem z oceanu, trochę nieśmiało, jak w przedwiośniu, gdy słońce próbuje przedzierać się przez przemarzniętą naturę. Kompozycja niczym Dominick Cobb dochodzi do prawdy o sobie w Incepcji, tak Aviv Geffen i Steven Wilson wsparci Londyńską Orkiestrą Sesyjną w kilkudziesięciu sekundach instrumentalnego utworu "A Drop In The Ocean" przypominają słuchaczom prawdę na temat Blackfield. To dobre otwarcie dzieła, będące subtelną zapowiedzią kolejnych utworów. A na nowym albumie Blackfield, krótkim i zarazem najdłuższym w dziejach projektu, muzyka okazuje się wielobarwna. Tak więc breathe in, breathe out zachęca Steven Wilson w utworze "Family Man", czyli dobrej, gitarowej kompozycji, ubarwionej ciekawymi efektami klawiszowymi w wykonaniu Aviva Geffena. To standard Blackfield. Numer jakiego można było się spodziewać po współpracy tych dwóch muzyków. Tego typu standardów, czyli utworów krótkich, urozmaiconych w sekcjach instrumentalnych i wpisujących się przede wszystkim we wczesną tożsamość Blackfield na nowym krążku projektu znalazło się więcej, choćby "We'll Never Be Apart", "Lately" (magiczna Alex Moshe!) czy też "Undercover Heart". Trzeba jednak zaznaczyć, że żaden z tych utworów nie ma szans stać się klasykiem choćby na miarę kompozycji "Blackfield" z 2004 roku.

Tymczasem w kategorii czarujących miniaturek, też nieodłącznie towarzyszących istnieniu Blackfield, można wymienić utwór "Sorrys", którego konstrukcja opiera się niemal wyłącznie na gitarze akustycznej mało jeszcze znanego w środowisku Omriego Agmona. Minimalizm kompozycji wydaje się być jej głównym atutem. Inaczej, niż w przypadku "Life Is An Ocean", będącej przykładem nieprzeciętnych możliwości Aviva Geffena i Stevena Wilsona w stopniowym budowaniu klimatu, jego ubarwianiu, a wreszcie też nagłej eksplozji. To Blackfield, który zbiera się do burzy. Jeden z najmocniejszych fragmentów albumu. Pięknie też wybrzmiewa Steven Wilson w otoczeniu zabarwionych melancholią instrumentów klawiszowych Aviva Geffena i foretpianu Mike'a Garsona w utworze "October". To niemalże intymna recytacja Stevena Wilsona. Ten klimat w zawartości piątego albumu Blackfield podkreśla jeszcze instrumentalna kompozycja pt. "Salt Water", wzmacniająca zresztą związek całego dzieła z wodą i oceanem. Blackfield na swoim piątym albumie skupia się bowiem na biologicznym cyklu życia. Wychodzi z wody, do niej też powraca. Z wody wyszedłeś i do wody powrócisz, zdaje się mówić album "Blackfield V", a to przesłanie wzmacniają przemyślenia Stevena Wilsona na temat swojego własnego życia. Nowy album Blackfield jest więc w dużej mierze o egzystencji. Oczekiwaniach, urokach i zawodach życia.

Steven Wilson dużo mówi o tym przesłaniu (i o sobie samym) w finale albumu pod postacią utworu "From 44 To 48". To kompozycja zwiewna jak wymienione w poprzednim akapicie, ale i najbardziej przestrzenna na dystansie całego albumu. Steven Wilson opowiada tu o sobie począwszy od trzynastego roku życia, podczas gdy tytuł utworu obejmuje tylko cztery jego ostatnie lata. Nieco gorzkie, smutne i melancholijne. W zawartości piątego albumu Blackfield nie zabrakło wszak właściwej projektowi melancholii. Nieco w beznadziei, może wykreowanej przemijaniem, wyłania się utwór "How Was Your Ride?", któremu z jednej strony towarzyszą piękne partie smyczkowe, zaś z drugiej przykuwające uwagę klawisze. Pomiędzy tym znalazło się także miejsce na eteryczne partie wokalne do pozostawionego w pewnym niedopowiedzeniu tekstu. Podobne wrażenia dostarcza utwór "The Jackal", choć tutaj pojawia się więcej partii gitarowych w wykonaniu Stevena Wilsona i Omriego Agmona, niż partii klawiszowych i smyczkowych. Finał utworu wieńczy nieźle zagrana, rozciągnięta solówka gitarowa.

W tym kolażu dźwięków na temat izraelsko-angielskiego wyobrażenia muzyki pojawia się również nowa forma muzycznej ekspresji. Jest nią kompozycja "Lonely Soul", gdzie znalazło się sporo elektronicznych pomysłów i charakterystycznego pulsującego klimatu, tak jakby Aviv Geffen i Steven Wilson próbowali przesunąć swój projekt w okolice nowoczesnego ambientu, względnie elektronicznej progresji. Dobrze do tej stylistyki pasuje wokal Alex Moshe, a także schowany w tunelu Aviv Geffen i wyśpiewane przez niego I'm lonely soul. To interesujący sygnał na temat jeszcze nieodkrytych możliwości projektu. Za to, niemal jak zawsze, wspaniale wyglądają zdjęcia Lasse Hoile, Hajo Mullera i Carla Glovera, które ozdobiły "Blackfield V". Szczególnie są cenne w wersji audiobook albumu. Ich rozdzielczość pozwala bowiem złapać kontakt z rozdzielczością pomysłów Aviva Geffena i Stevena Wilsona. Wierzę, że ich najważniejszy album dopiero przed nami, ale piąte dzieło Blackfield też dostarcza dużo radości. 
Ocena: 8/10

Piekielny Aviv Geffen i niebiański Steven Wilson. Blackfield.
O albumie w skrócie...

Skład: Aviv Geffen (fortepian, g, ik, melo, w), Steven Wilson (b, g, ik, w), a także Tomer Z (ip, p), Omri Agmon (g), Hadar Green (b), Eran Mittelman (fortepian, organy Hammonda), Alex Moshe (w), Mike Garson (fortepian) oraz Londyńska Orkiestra Sesyjna
 
Tracklista: 
1. A Drop In The Ocean
2. Family Man
3. How Was Your Ride?
4. We'll Never Be Apart
5. Sorrys
6. Life Is An Ocean
7. Lately
8. October
9. The Jackal
10. Salt Water
11. Undercover Heart
12. Lonely Soul
13. From 44 To 48

Kraj:
Izrael / Wielka Brytania

Produkcja:
Alan Parsons, Aviv Geffen i Steven Wilson

Dystrybucja:
Kscope

Gatunek:
Art Rock

Rok wydania:
2017

Podsumowując: "Blackfield na swoim piątym albumie skupia się na biologicznym cyklu życia"

Konrad Zola
konrad.zola@wp.pl

*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz