niedziela, 19 marca 2017

Lonely Robot "The Big Dream" (recenzja)

John Mitchell mówi o Lonely Robot, że ten projekt stwarza możliwość realizacji jego ukrytych ambicji. Pozostałe projekty i zespoły przez niego współtworzone na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat (m.in. Arena, Frost*, It Bites, Kino) bynajmniej ambicji mu nie odbierały, ale nieco ją ograniczały, ponieważ John Mitchell tworzył tam muzykę na zasadzie współpracy i kompromisu z innymi twórcami. Tymczasem to właśnie w ramach Lonely Robot utalentowany angielski muzyk i kompozytor uwalnia swoje w pełni autonomiczne możliwości w procesie tworzenia, wydając właśnie drugi - po fenomenalnym "Please Come Home" z 2015 roku - album tego projektu. Tak oto pomimo, że dzieło zatytułowane "The Big Dream" nie dorównuje wielkością poprzednikowi, to pozostawia Johna Mitchella w czołówce współczesnych twórców nowego rocka progresywnego.

Główny bohater Lonely Robot, czyli Astronauta, na krążku "The Big Dream" budzi się ze snu kriogenicznego. John Mitchell zamyka swojego bohatera w świecie fikcji i wyobrażeń, gdzie ludzie mają zwierzęce głowy. Astronauta budzi się więc w świecie, wpisując się nieco w kanoniczne wizje George'a Orwella, w którym cechy ludzi zostały uzewnętrznione przez ich zwierzęcy wygląd. W tej wesołej trzódce spotkamy królicę, lisa, świnię, dzika i klacz, a ich stroje świadczą, że to towarzystwo o arystokratycznych korzeniach. Kolejne kompozycje "The Big Dream" pozwalają bliżej poznać owych bohaterów, okazujących się wkrótce symbolami rozrywanej konfliktami współczesności, przedstawionej z dwóch perspektyw: ziemskiej i kosmicznej. Do takiej konkluzji sprowadza też narrator, który często odzywa się na dystansie albumu.  Mówi w przekazie radiowym, tudzież zniekształconym innym urządzeniem jak Stephen Hawking u Floydów w 1994 roku, co buduje wyjątkowy klimat albumu "The Big Dream", będącego sentymentalnym, pełnym tajemnicy muzycznym misterium na temat kosmosu, obecności człowieka we wszechświecie i jego duchowym przywiązaniu do Ziemi. Widzowie "Odysei Kosmicznej" Stanleya Kubricka i "Interstellar" Christophera Nolana poczują się tu niemal jak w domu, nie tylko jeśli chodzi o klimat i przesłanie krążka, ale też biorąc pod uwagę fakt, że w kompozycji tytułowej występują efekty niemal wyjęte wprost z tych filmów.

Zresztą kompozycja tytułowa "The Big Dream" posiada swoje własne życie. To utwór będący w zasadzie instrumentalną przeszło ośmiominutową przestrzenią, w której John Mitchell z wymowną precyzją przedstawił klimat Lonely Robot i tego albumu. Trzeba jednak powiedzieć, że utwór "The Big Dream" okazuje się o wiele bardziej magnetyczny i intrygujący, niż cały album, który momentami nie trzyma spójnego klimatu. Tak oto kompozycja tytułowa wyłania się jako przestrzenne monstrum, fragmentami niezwykle ciężkie w sekcji gitarowo-perkusyjnej. Ten ciężar jest zaskakujący szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę dotychczasowe standardy Johna Mitchella. Nie przypominam sobie, aby Anglikowi zdarzało się tak drapieżnie podchodzić do swojej muzyki, jak zrobił to w tym utworze. Oczywiście równowagę w tej uduchowionej strukturze przywracają liczne elektroniczne patenty, a także wrażliwość Johna Mitchella, który jakby z wrodzoną naturalnością poszukuje bardziej elektronicznych teł, takiego stanu muzycznej nieważkości, względnie patosu, aniżeli metalowych szarpaków. Całość więc, czyli owe podniosłe zderzenie dwóch warstw w utworze "The Big Dream", okazuje się zażartą walką pomiędzy piękną i bestią, kosmosem i ziemią, wolnością i problemami ludzi, dążeniami i esencją życia. Walką a nie koegzystencją, w której sędzią jest John Mitchell, wydający w finale werdykt:  "Please come home Lonely Robot, your heart is beautiful...", będący jakby oskarżeniem rzuconym w kierunku ludzi, aby wreszcie powrócili do korzeni człowieczeństwa, opamiętali się odnajdując najpiękniejsze uczucia, jakie może wytworzyć ludzka dusza.

Kompozycja tytułowa, pełna sentymentów, smutku i cierpienia, to jeden z najlepszych utworów w repertuarze Lonely Robot. Do tego poziomu niekoniecznie jednak dotarły wszystkie utwory na krążku "The Big Dream". Całość rozpoczyna się pięknym prologiem pod postacią "Prologue (Deep Sleep)", tak jakby przed słuchaczem został otwarty film w konwencji science fiction, ewentualnie w klimacie noir, za czym przemawiają niezwykle sugestywne partie klawiszowe i wcześniej wspomniany narrator, a także niekoniecznie szczęśliwy finał. W dalszej części drugiego albumu Lonely Robot atmosfera ulega zagęszczeniu. Znajdziemy tu numery porywające, pełne soczystych zjazdów gitarowych i efektów utrzymanych w czymś, co ja chciałbym nazwać międzyplanetarną konwencją filmową ("Sigma", "Everglow", "Symbolic"), którą uwypuklają ogromne możliwości Johna Mitchella w tworzeniu pasjonującego klimatu. Zresztą film, jako forma artystycznego wyrazu, zaiste istnieje w muzyce Lonely Robot. Chodzi o film, który tworzy się w głowie słuchacza, stymulowany dynamicznymi riffami i intrygującymi wokalami głównego autora, wreszcie zabawiający się emocjami słuchacza ze względu na nieregularne, często zmieniane tempo. Gdzieś jednak w "The Big Dream" zmniejszeniu uległ patos właściwy albumowi "Please Come Home". Być może jest to rezultat wyraźnie mocniejszego grania na gitarach, jak w utworach "Sigma", "Everglow" i "Symbolic", a być może John Mitchell chciał pokazać w ten sposób, że człowiek tylko w przestrzeni jest w stanie odnaleźć swoje szczęście? Gitary symbolizują tu bowiem gwałtowne, niekiedy nawet drapieżne korzenne brzmienie, z którym nie zawsze radzą sobie uduchowione partie klawiszowe, choć akurat w przypadku znajdującego się na singlu utworu "Everglow" efekt zderzenia tych dwóch warstw wypadł piorunująco, co najlepiej dowodzi porywający finałowy dialog gitary z klawiszami.

Nieco słabiej w tym kosmicznym zestawieniu utworów zaprezentowała się kompozycja "Awakenings". Pomimo pięknego solo gitarowego została zbyt mocno przesunięta w kierunku elektronicznych eksperymentów, który przesyt kosztem gitar lub instrumentów klawiszowych nie wychodzi Johnowi Mitchellowi zbyt dobrze. Tymczasem biorąc pod uwagę koncepcję płyty, generalnie klimat stworzony w ramach Lonely Robot, nieoczekiwanie wybrzmiewa utwór "False Lights", który przynajmniej częściowo zdaje się być próbą poszukiwań Johna Mitchella poczynioną w kierunku bardziej przystępnego, łatwego w odbiorze grania. Czyżby Anglik chciał zwiększyć zasięg odbioru swojej muzyki o słuchaczy dotąd niezainteresowanych progresją? Lekkość "False Lights" pomimo iż nie jest balladą, mogłaby o takich planach świadczyć, aczkolwiek to tylko fragment pełnego albumu. W dodatku niewyróżniający się niczym specjalnym w kontekście całego repertuaru Lonely Robot, pomijając może krótkie acz piękne fragmenty przestrzeni zlokalizowanej w okolicach finału. Warto jednak zauważyć, że na pierwszym krążku Lonely Robot, wspomnianym już "Please Come Home", mieliśmy do czynienia z przemyślanym klimatem, który nie wzbudzał refleksji na temat zasadności umieszczenia tego, czy innego utworu na płycie. Natomiast album "The Big Dream" już o takie refleksje czasem się upomina.

W każdym razie John Mitchell nie zapomina też o balladach. Pod tym względem popisem na krążku "The Big Dream" okazuje się kompozycja "In Floral Green", która w progresywnym kunszcie łączy ze sobą piękne partie klawiszowe, nieodporny na zniekształcenia intuicyjny wokal, a także niezłą solówkę gitarową. Całość, jak dyktują kanony, stopniowo kołysze się w przyjemnym odrętwieniu, aby na końcu wybuchnąć efektownym finałem, do którego doprowadziła wspomniana solówka rockowa. Album wyraźnie też zwalnia w utworze "The Divine Art Of Being" zbliżając się niepokojąco w okolice delikatnego, nieomal popowego stylu, naprzeciw któremu jednak wychodzą momenty głębokich uniesień twórcy. Nie jest to jednak ten rodzaj ballady, jaką otrzymaliśmy na poprzednim albumie Lonely Robot ("Humans Being"). Trochę brakło tu bowiem charakterystycznej dla tego twórcy melancholii, przecież ważnej z punktu widzenia Lonely Robot, będącego projektem o dużym ładunku melancholijnym i sentymentalnym. Do wniosku o sensie tego projektu doprowadza zresztą zlokalizowana pod koniec dzieła trzecia ballada na "The Big Dream", czyli "Hello World Goodbye", będąca w zasadzie ową sentymentalną podróżą po elektronicznym tle, które w finale otwiera się też na kolejną solówkę rockową. Tak jak John Mitchell potrafi najlepiej. Z odpowiednią dawką uczuć, ale nie zapominając o swoich korzeniach.

Album "The Big Dream" zamyka niespodziewany epilog. W objęciach szumu morza i w rytmie subtelnych partii klawiszowych John Mitchell do napisów końcowych wprowadził trochę folku. To prawdopodobnie symbol powrotu Astronauty na Ziemię, zjednoczenia się z nią i odkrycia jej największego daru leżącego w rękach Matki Natury. Nie ma pewności czy Astronauta umiera, czy będzie mu dane dostąpić ziemskiego szczęścia, bo szum kołyszącego się morza rozdziera dźwięk wyłączanego urządzenia. Dotarł, ale nie przeżył? Na to pytanie John Mitchell odpowie być może na kolejnym krążku Lonely Robot, który ma zamknąć piękną trylogię. Tak oto pomimo, że "The Big Dream" nieco ustępuje albumowi "Please Come Home" to ja będę czekał z niecierpliwością na kontynuację tej muzycznej historii, ponieważ John Mitchell utrzymuje się w znakomitej formie jako twórca nowoczesnego rocka progresywnego. Album "The Big Dream" potwierdza wyjątkowość Lonely Robot. 

 Ocena: 9/10

John Mitchell i jego Folwark Zwierzęcy
O albumie...

Skład:  
John Mitchell 
Craig Blundell
Kim Seviour (gość)

Kraj:
Wielka Brytania

Produkcja:
John Mitchell

Dystrybucja:
Inside Out Music

Gatunek:
Rock Progresywny 

Rok wydania:
2017
     


Tracklista: 
1. Prologue (Deep Sleep)
2. Awakenings
3. Sigma
4. In Floral Green
5. Everglow
6. False Lights
7. Symbolic
8. The Divine Art Of Being
9. The Big Dream
10. Hello World Goodbye
11. Epilogue (Sea Beams)                     

                                 
Bonus: 
12. In Floral Green (Acoustic Version)
13. The Divine Art Of Being (Acoustic Version)
14. Why Do We Stay? (feat. Kim Seviour)
 
Podsumowując: 
"Całość [...] okazuje się zażartą walką pomiędzy piękną i bestią, kosmosem i ziemią, wolnością i problemami ludzi, dążeniami i esencją życia. Walką a nie koegzystencją, w której sędzią jest John Mitchell, wydający w finale werdykt [...] będący jakby oskarżeniem rzuconym w kierunku ludzi"


Konrad Zola
 
*Album udostępniony do odsłuchu dzięki uprzejmości wytwórni Inside Out Music.
*Przeczytaj recenzję poprzedniego materiału Lonely Robot.
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz