czwartek, 20 kwietnia 2017

Royal Thunder "Wick" (recenzja)

Kiedy do mojego odtwarzacza trafiają takie albumy, jak "Wick" w wykonaniu amerykańskiej kapeli Royal Thunder, to jestem spokojny o przyszłość rocka. To album nagrany z pasją, żywiołowością i szczerością, które dziś często bywają wymuszane, beznamiętnie produkowane lub po prostu ich brakuje w nagraniach innych zespołów. Tymczasem Royal Thunder w swoim naturalnym emploi nawiązuje do klasycznych wzorców rockowej estetyki i trzyma się jej standardów. Kapelą dowodzi charakterystyczny głos, który w pierwszym kontakcie skupia uwagę słuchaczy, zaś w otoczeniu instrumentalnym za tworzenie i granie muzyki wzięli się tu odpowiednio predysponowani do tego muzycy. Ludzie ograni już z rockiem, a zarazem niezmanierowani. Tak więc całość nie kokietuje, nie naciąga na tanie uczucia i nie wyciąga błagalnie rąk ze sklepowej półki z napisem mainstream. Za to Royal Thunder na krążku "Wick" poszukuje słuchaczy gotowych na dobrego rocka. Dosadnego, wypełnionego narracją o całkiem pospolitych problemach, zagranego i zaśpiewanego na porządnym poziomie.    

W sensie lirycznym album mówi o uczuciach. Tych skomplikowanych, niespełnionych, porozdzieranych na wszystkie możliwe strony. Royal Thunder ustami frontwoman Mlny Parsonz raczej żali się za niewłaściwe decyzje podejmowane w życiu, aniżeli udziela rad jak takich sytuacji unikać. To album o emocjach, które wygasają, a także o planach, które już nigdy nie zostaną zrealizowanie. O odchodzeniu, rzadko kiedy bezbolesnym, częściej przepełnionym żalem, tęsknotą i złością. Czasem tylko obojętnością, jak wyśpiewuje Mlny Parsonz w utworze tytułowym: "No kiss, laugh or cry. There is no rise from the fall, and I don't fell anything at all". Łatwo więc poczuć identyfikację z kolejnymi tekstami serwowanymi na "Wick", które każdemu człowiekowi po przejściach, zawiedzionemu, ale i już oczyszczonemu, patrzącemu z pewnej perspektywy, pozwolą odczuć ulgę. Do tego stanu emocjonalnego wiedzie dwanaście utworów utrzymanych na solidnym rockowym rdzeniu, choć niepozbawionych odniesień w kierunku psychodelii, klasyków gatunku, czy też klimatów hard n' heavy, a być może i w niektórych przypadkach rockowej poetyki.


Tak oto w zawartości albumu "Wick" można znaleźć owiany psychodeliczną aurą numer "Burning Tree", którego konstrukcja opiera się na charakterystycznych riffach Josha Weavera i Willa Fiore. Utwór bez pośpiechu, czy też jakichkolwiek udziwnień, sięga do korzeni gitarowego grania, czerpiąc nieco z hard rocka, poruszając się jednak częściej na płaszczyźnie post grunge'u. Zresztą gitary to słowo klucz jeśli chodzi o album "Wick". Gitary i wokal, ponieważ o Royal Thunder mówimy dziś tylko dlatego, że jego częścią - z pewnością najważniejszą - jest fenomenalna Mlny Parsonz, wokalistka i instrumentalistka, żeńska wersja Kurta Cobaina. Jeśli ktokolwiek miałby dziś dźwignąć grunge z kolan to byłaby to właśnie Mlny Parsonz, choć przecież twórczość Royal Thunder nie tylko na tym nurcie się opiera. Album "Wick" dostarcza wszak kompozycje czerpiące z klasyki rocka, takie jak zwieńczone fantastycznymi finałami utwory "Tied" i "Push", chwytliwe i pod pewnymi względami przebojowe numery "We Slipped" i "Turnaround" albo sięgający zeppelinowskich odjazdów "Anchor". Zespołowi nie sposób odmówić też drapieżności ("April Showers", "The Sinking Chair"), ani balladowej wrażliwości ("Plans"), co sprawia, że Royal Thunder na nowym albumie to kapela zdefiniowana przez wszechstronne odłamy rocka. Nad całością rozciąga się też, mniej lub bardziej intensywnie, psychodelia, która albumowi "Wick" dodaje dodatkowej, niejednoznacznej wymowy.

Pewne niejednoznaczności są zresztą częścią nowego albumu Royal Thunder. Dobrze wpisuje się w to utwór tytułowy oparty na nietypowej strukturze, która oferuje piękne zaklęcia gitarzystów, a także serię nieoczekiwanych efektów nałożonych na partie wokalne Mlny Parsonz. To próbka możliwości kapeli, która nie tylko czerpie od najlepszych, ale też wyznacza swoje własne pomysły o uduchowionym, magnetycznym ładunku dźwięków. Blisko tego klimatu jest także przedostatni utwór w secie krążka, tj. "The Well", który przy swej dziwnej lekkości, niemalże teatralnych partiach perkusji, zdaje się dawać szansę wytchnienia słuchaczowi. Mówi mu: "Może jednak życie nie jest takie przejebane?", co zdają się potwierdzać słowa Mlny Parsonz, będące równocześnie propozycją pogodzenia się z losem: "Maybe we should say it's over". Nie jest to tylko wytchnienie w sensie lirycznym, ale też instrumentalne spuszczenie z tonu przy dość ostrym klimacie całego albumu. Tak oto w zasadzie jedynym utworem, do którego można zgłaszać pewne uwagi jest zagrana na koniec kompozycja "We Never Fell Asleep" o dość nieregularnych, niedbale zestawionych ze sobą przejściach pomiędzy kolejnymi partiami instrumentów, które po tej nieudanej rozgrzewce wreszcie dochodzą do zwartej formy, w czym główna zasługa Mlny Parsonz. Ona też, niczym anioł przeznaczenia, wieńczy krążek w tonie zaiste kościelnym.

W sumie więc kapela Roya Thunder gra soczystą muzykę, a brzmienie "Wick" zaspokoi oczekiwania słuchaczy dobrego rocka, którzy nie idą na kompromisy. Josh Weaver i Will Fiore co rusz wymieniają się na dystansie albumu niezłymi riffami, niekiedy też dorzucając efektowną solówkę ("The Sinking Chair", tytułowy "Wick", "Turnaround"). Instrumentaliści spisali się tu naprawdę porządnie (do tego trzeba dołączyć solidnego drummera Evana Diprimę), choć główną aktorką tego przedstawienia jest Mlny Parsonz. Ona szczególnie daje czadu na wokalach w energetycznej kompozycji "April Showers", gdzie w towarzystwie wcześniej wywołanych gitarzystów tworzy efekt kotłującego się, mającego za chwilę wybuchnąć numeru. Mlny Parsonz uwalnia też swój temperament w dynamicznym utworze "The Sikning Chair", a jej nieco histeryczne nawoływania w kompozycji "Plans" utwierdzają w przekonaniu, że warto sobie zanotować jej nazwisko w notesie. To kawał głosu i charakteru, który przy dobrych kompozycjach, takich jak na krążku "Wick", wzbudza skojarzenia z najlepszymi przedstawicielami gatunku. Royal Thunder w ten sposób wskrzesza ideały klasycznych rockowych kapel. Te ideały mają szansę urosnąć do miana współczesnego renesansu gatunku. To wszystko brzmi bowiem zajebiście, będąc respiratorem dla rocka, którego nie trzeba produkować. Wystarczy grać i się wydzierać. Pełen odlot. Kurt nie umarł.
Ocena: 9/10

Fenomenalna Mlny Parsonz
O albumie w skrócie...

Skład: Mlny Parsonz (b, ik, w), Josh Weaver (g), Will Fiore (g) i Evan Diprima (ip, p), a także gościnnie Bryan Richie (synth) i Matt Jarrard (skrzypce)
 
Tracklista: 
1. Burning Tree
2. April Showers
3. Tied
4. We Slipped
5. The Sinking Chair
6. Plans
7. Anchor
8. Wick
9. Push
10. Turnaround
11. The Well
12. We Never Fell Asleep

Rok wydania:
 

2017
Kraj:  
USA

Produkcja:
 

Joey Jones

Dystrybucja:
 

Spinefarm Records

Gatunek:
 

Hard Rock
Psychodelia
Post Grunge


Podsumowując: "Gitary to słowo klucz jeśli chodzi o album <<Wick>>. Gitary i wokal, ponieważ o Royal Thunder mówimy dziś tylko dlatego, że jego częścią - z pewnością najważniejszą - jest fenomenalna Mlny Parsonz, wokalistka i instrumentalistka, żeńska wersja Kurta Cobaina. Jeśli ktokolwiek miałby dziś dźwignąć grunge z kolan to byłaby to właśnie Mlny Parsonz, choć przecież twórczość Royal Thunder nie tylko na tym nurcie się opiera"

Konrad Zola

*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz