sobota, 20 maja 2017

Brain Story "Madeinside" (recenzja)

Dotąd o Brain Story wiedziałem niewiele. Szybki przegląd informacji w sieci umożliwił mi dotarcie do kilku szczegółów z dziejów projektu, który jak się okazuje już w 2005 roku wydał album pt. "...Colours in My Head...", aby wkrótce zamilknąć na dwanaście kolejnych lat. Nie milczał jednak twórca Brain Story Mariusz Kumala, znany szerszej polskiej publiczności rockowej jako gitarzysta Closterkeller. Teraz Brain Story powraca z kolejnym dużym materiałem. Bez jakichś działań promocyjnych, rzucania się na każde media, ale z pasją i hipnotyzującą tajemnicą. Drugi album projektu nosi tytuł "Madeinside" i zawiera nagrania z 2005 roku, które doczekały się tegorocznego miksu. Wtedy w rejestracji albumu oprócz Kumali wzięli także udział Gosia (Marghot) na instrumentach klawiszowych oraz Gnat na perkusji. Tyle o nich wiadomo, że na przełomie XX i XXI wieku udzielali się w różnych projektach związanych ze sceną Bielska-Białej. A co wiadomo dziś o kondycji muzycznej Brain Story?

Musimy pamiętać, że mówimy o nagraniach sprzed dwunastu latu. Co prawda zostały odświeżone w oparciu o współczesne dobrodziejstwa studyjne, ale jednak są wymyślone w czasach, gdy świat jeszcze się tak bardzo nie spieszył. Bezmyślnego pośpiechu w zawartości "Madeinside" nie znajdziemy nawet w małym stopniu. Mariusz Kumala tworząc muzykę na pograniczu rocka progresywnego, psychodelii i elektronicznego eksperymentalizmu, zaproponował słuchaczom coś w rodzaju uduchowionego rytuału. Duża przestrzenność "Madeinside", nietypowo zagospodarowane ścieżki instrumentalne, czy też nieco demoniczne, zupełnie niestandardowe partie wokalne sprowadzają do wrażenia, że przy drugim albumie Brain Story można zamknąć się w świecie swoich własnych rozważań, wejść do wspomnianego rytuału swoich intymnych fantazji i znaczeń, tak jak zrobił to Mariusz Kumala. Jestem wszak przekonany, że "Madeinside" to rezultat jego burzliwych przeżyć, którymi zechciał podzielić się w formie muzyki.


Album zawierający dziesięć utworów już w otwarciu pod postacią kompozycji "Spice" roztacza przed słuchaczem intrygującą aurę przestrzenności, w której będą kolejno przemawiać wokalizy, następnie schowane w tunelu słowa, a wszystko to w otoczeniu jakby pourywanych partii gitarowych, którym dodatkowej wymowy nadają akcenty klawiszowe. Ten muzyczny rytuał, muzyka do mrocznej kontemplacji, w finale wyciąga drapieżne pazury. Jednak ożywienie sekcji gitarowo-perkusyjnej w ostatnich dźwiękach utworu "Spice" stanowi w zasadzie wprowadzenie do numeru "Believe In Dreams", który po kilku mocniejszych uderzeniach znowu powróci w objęcia rytuału charakterystycznego dla całego albumu "Madeinside". Warto jednak zwrócić uwagę przy "Believe In Dreams" na śmiałe wypuszczenia gitarowe Mariusza Kumali, bliższe klimatom, w których ten gitarzysta dał się poznać szerszej polskiej publiczności na płytach Closterkeller. Do takich skojarzeń będzie też przywoływał rozbudowany utwór tytułowy, eksponujący liczne wielopiętrowe riffy i wypuszczenia gitarowe, bardzo żywy w swej strukturze i fantastycznie w niej złamany. Podobnie jak w przypadku kompozycji "Nothing", choć w tym przypadku pojawiło się więcej elementów, które ja nazywam rytualnymi.

Tyle, że Brain Story to także krucha wrażliwość. To przemijająca, jesienna aura, forma niepewnego kompromisu pomiędzy progresywnymi przestrzeniami a akcentami instrumentalnymi, jak w przygnębiającym utworze "Tear Of The Moon". Nokturnowe wokalizy Mariusza Kumali mieszają tu się z depresyjnym klimatem wzniecanym przez partie gitar i klawiszy. To nie księżyc płacze w tym utworze, ale dusza człowieka, który go napisał. Być może zapłaczą też słuchacze nad swoim własnym "ja". Te wątki podtrzymuje inny wielowątkowy utwór na płycie (zresztą te na niej dominują), czyli "Change?" o spopielonym, zagranym na granicy post rocka i progresji klimacie, który jednak stopniowo dochodzi do szlachetnego brzmienia, pełnego żywych i dynamicznych dźwięków. Jeśli już o rytualizacji muzyki Brain Story mowa, to nie sposób przejść obojętnie obok utworu "The Time". Fantastyczne otwarcie na bębnach, ambientowa aura, mroczne kobiece i męskie wokale, a także niesamowite, zapadające w pamięć efekty dowodzą niebanalności tej kompozycji, jak i albumu "Madeinside". Dzieła tak bardzo zaskakującego, nietypowego, ale i oddającego ducha czasów, które przeminęły, wzięte w niewolę przez nowe pokolenia słuchaczy. Stempel na tym skojarzeniu przybija kompozycja "A While!", również podszyta ambientowym tłem, aczkolwiek o wiele bardziej eksperymentalna, niż "The Time", niemal jak z horroru na temat jestestwa wystawionego na ciężką próbę.

Album "Madeinside" finiszuje utworem "Not Me?". W wyciszonym, mrocznym klimacie, ledwo muskanym przez różne instrumenty, intrygujący umysł Mariusza Kumali stopniowo wprowadza machinę utworu w ruch. Nakręca riffy, wzmacnia ich intensywność, dodatkowo stając na końcu tunelu i głosząc przesłanie Brain Story. Całość nagle urywa się... cisza.... a po niej różne efekty gitarowe... taki właśnie finał można było sobie wyobrazić przy drugim dużym albumie Brain Story biorąc pod uwagę jego dotychczasową zawartość. Finał zaskakujący  i nietypowy, właściwy Brain Story. Do tego finału istnieje też epilog pod postacią utworu "Mask", będącego kolejnym post rockowym przykładem inspiracji Mariusza Kumali, a także jego sprawnego operowania gitarą. Całość, choć nieodporna na jesienną melancholię, kończy się w dynamicznej, nieco histerycznej konwencji. 

Teraz o Brain Story wiem już więcej. Nie chodzi mi o personalia, ale o muzykę, która na przykładzie albumu "Madeinside" okazuje się interesującym przeżyciem. To klimatyczny materiał, dużo mówiący o duszy głównego twórcy i o jego przeżyciach. Nade wszystko to album stanowiący szczerą, błyskotliwą i napełniającą sferę głębokich emocji wędrówkę po nieprzewidywalnych szlakach rocka progresywnego, psychodelii i post rocka. To muzyka, która oddaje ducha swoich czasów. Być może Mariusz Kumala mógł jeszcze popracować nad lepszym brzmieniem krążka, ewentualnie rozbudować sferę wokalną, która wydaje się narkotycznie zagadkowa. To jednak kwestie mniej istotne. Prawdziwym problemem "Madeinside" jest ryzyko, że album nie zostanie dostrzeżony przez słuchaczy, ponieważ nie stoi za nim żadna machina promocyjna. W tym przypadku chodzi o sztukę. Dlatego też do kontemplacji nad tą sztuką, szczególnie nocą, gorąco wszystkich zachęcam. 

Ocena:  8/10

Mariusz Kumala
O albumie w skrócie...

Skład: Mariusz Kumala (g, w), Marghot (ik), Gnat (p)
 
Tracklista: 
1. Spice
2. Believe In Dreams
3. Tear Of The Moon
4. Madeinside
5. A While!
6. Nothing
7. Change?
8. The Time
9. Not Me?
10. Mask

Rok wydania:
 

2017 
Kraj:    
Polska

Produkcja:

Mariusz Kumala

Dystrybucja:

Brain Story

Gatunek:

Rock Progresywny
Psychodelia
Post Rock


Podsumowując: 
"Mariusz Kumala tworząc muzykę na pograniczu rocka progresywnego, psychodelii i elektronicznego eksperymentalizmu, zaproponował słuchaczom coś w rodzaju uduchowionego rytuału"

Konrad Zola
*Album udostępniony do odsłuchu dzięki uprzejmości Comankh.
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

5 komentarzy:

  1. Zapomniano tutaj wspomnieć, że Mariusz Kumala brał udział w tworzeniu płyty "Ax Libereld" zespołu Psychotropic Transcendental. A to bardzo ważna płyta.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zachęcony Twoim wpisem odezwałem się do zespołu i zakupiłem obie ich płyty. Jeszcze nie zdążyłem ich posłuchać, bo dopiero co dotarły, ale coś czuję w kościach, że będzie to piękna muzyka. Umiejętnościami Mariusza zachwyciłem się na ostatnich płytach grupy Closterkeller, na których to tworzył dźwięki w iście Pink Floydowym stylu. Szkoda, że już z nimi nie gra, bo w mojej ocenie był to chyba najlepszy gitarzysta w całej karierze grupy. Pozostaje zatem pilnie śledzić jego inne projekty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę. To dowodzi, że Progresja Po Zmroku ma sens. Łączy nas dobra muzyka. Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń