poniedziałek, 1 maja 2017

Bullet Height "No Atonement" (recenzja)

Usiądźcie wygodnie w fotelach, zapnijcie mocno pasy i nie regulujcie odtwarzaczy. Czy to Nine Inch Nails? Nie! To Bullet Height. Projekt, którego pierwsza płyta zatytułowana "No Atonement" może nieźle zamieszać na muzycznym rynku rocka industrialnego i mrocznej awangardy.

Jakkolwiek by nie było, to mówienie o debiucie przy okazji pierwszego nagrania Bullet Height okazuje się jednak pewnym nadużyciem. Otóż znany z Pure Reason Revolution, doświadczony na scenie i w studio Jon Courtney jest głównym autorem tego zamieszania. Muzyk i producent, prawdopodobnie zmęczony kapryśną angielską aurą, w poszukiwaniu inspiracji porzucił Londyn na rzecz taniego, obskurnego pokoju w starym po-enerdowskim budynku w Berlinie. Tam właśnie zaczął pisać muzykę na pierwszy album Bullet Height. Muzykę, która według jego słów miała być mocniejsza i bardziej mroczna, niż wszystko to, co dotąd stworzył lub wyprodukował. Do Berlina przeprowadziła się także współtwórczyni projektu Sammi Doll, która porzuciła Los Angeles na rzecz tego samego pokoju. Przyznam, że przed przystąpieniem do odsłuchu "No Atonement" wiedziałem o niej tylko tyle, że ma zajebiste spojrzenie i stylówkę jak każda kobieta z mojego najbardziej wyuzdanego snu. Tak więc to po-enerdowskie miejsce wspólnej pracy Jona Courtneya i Sammi Doll, pamiętające Stasi, betonową dżunglę i niedozwolone lekarstwa, którymi karmiono enerdowskich sportowców, stało się miejscem niezwykle interesującej współpracy. Na tym cmentarzu brudnych komunistycznych wspomnień powstał znakomity album zatytułowany "No Atonement".

Sammi Doll powiedziała, że ten krążek nie jest o przeznaczeniu, ale o podróży. Mi się taka definicja podoba, choć kompletnie jej nie rozumiem. Dałem się za to rozszarpać Bullet Height. Rany jakie zadał mi ten krążek pozostawią po sobie blizny nieco tylko mniejsze, niż te, gdy po raz pierwszy słuchałem "Pretty Hate Machine", "The Downward Spiral" i "The Fragile" Nine Inch Nails. Kapela Trenta Reznora jeszcze kilkukrotnie pojawi się w tej recenzji. Nie ma w tym nic dziwnego. Szczególnie, że album "No Atonement" otwiera utwór "Fight Song". To bowiem esencjonalna, drapieżna, industrialna celebracja rocka. Z jednej strony to surowość, której w pewnym momencie zaczęło brakować Nine Inch Nails, zaś z drugiej fantastyczne dialogi prowadzone przez Jona Courtneya i Sammi Doll, których Trent Reznor nigdy u siebie nie wprowadził, a już na pewno nie z takim natężeniem. Ta kompozycja rozszarpuje swoim klimatem! Dodajmy do tego rewelacyjne gitary Jona Courtneya i klawisze w wykonaniu Sammi Doll, aby uświadomić sobie, że Bullet Height to duet o dużym ciężarze gatunkowym.

Renesans rocka industrialnego?

Wciąż macie zapięte pasy?

Otwarcie kolejnego utworu w trackliście krążka, tj. "Bastion", zaprezentowane w otoczeniu zeppelinowskiej żywiołowości tylko podkręca tempo pierwszego albumu Bullet Height. Tym razem wokalnie na pierwszy plan częściej wysuwa się finezyjna Sammi Doll, zaś Jon Courtney zajmuje się efektami na swojej wirtuozerskiej gitarze. W tej wybuchowej mieszance rockowych riffów i industrialnych szarpaków do kontrastu dodano jeszcze partie klawiszowe, tak jakby miały one być ostatnim zaworem bezpieczeństwa przed eksplozją dusz słuchaczy. Zawór bezpieczeństwa, tak czy inaczej, zostaje odbezpieczony w dalszej części "No Atonement". Może jeszcze nie w towarzystwie utworu "Hold Together" o dość przyjaznym, łatwo wchodzącym klimacie, któremu jednak nie brakuje mechanicznej industrialnej fantazji (efekty, efekty, efekty!) i reznorowskiego wokalu w wykonaniu Jona Courtneya, ale już spuszczone ze smyczy kompozycje "Intravenous" i "Break Our Hearts Down" podkreślają wyjątkowość Bullet Height. Pierwsza wymieniona kompozycja, prowokowana melodyjnym tłem, stanowi kolejny popis dialogowy w wykonaniu Jona Courtneya i Sammi Doll, którzy ochoczo też sięgają po gitary oraz instrumenty klawiszowe, doprowadzając je do granic wytrzymałości. Natomiast drugi utwór droczy się z klimatami synth, nowocześnie brzmiącym industrialem, rockowymi gitarami i klawiszową wolnością. Po co więc przymiotniki, skoro jest wolność tworzenia?

Ostatni wymieniony utwór, "Break Our Hearts Down", sprowadza do refleksji czy na tym dzikim krążku można odnaleźć balladę? Są dwie kompozycje, które próbują się w ten fason wpisać. To "Wild World" i "Fever", w obu przypadkach zaakcentowane subtelnymi partiami klawiszowymi w wykonaniu Sammi Doll, w obu też przypadkach eksplodujące rockiem industrialnym w obecności słuchacza - zawleczkę pociąga Jon Courtney. W przypadku "Wild World" odbywa się to stopniowo, tak jakby ten fascynujący duet, wysyłał sygnały do słuchaczy, że za chwilę zaprezentuje mocniejszą stronę swojej muzycznej natury. Natomiast "Fever" wybucha niespodziewanie. Bez ostrzeżenia przyspiesza i wyrzuca z siebie całą serię industrialnych efektów. Rezultat, szczególnie w tym drugim przypadku, jest oszałamiający, a wybrzmiewające z ust Sammi Doll słowa "you are evil motherfucker" brzmią lepiej, niż seksualna ekstaza. Niepozornie, na kształt ballady, rozpoczyna się także utwór "Cadence", któremu towarzyszy dość osobliwie (...folkowo) skrojony wokal Jona Courtneya. Raz, dwa, trzy. Kompozycja bez przesadnej dynamiki rozciąga się na industrialnych efektach, nie nokautuje, raczej kusi swoimi zwiewnymi partiami.

Formę podsumowania tej industrialnej maszyny stanowi kompozycja "No Atonement". Industrialny marsz stopniowo zamienia się w sztafetę pomiędzy gitarowymi riffami Jona Courtneya i klawiszowymi sekwencjami Sammi Doll. Duet tworzy też porywającą narrację, tak aby podkreślić wymowę pierwszego albumu Bullet Height. Natomiast całość materiału wieńczy najdłuższy utwór na dystansie płyty, czyli "Up To The Neck", utrzymany nieco w konwencji horror show. Duet Bullet Height wysypuje tu masę elektronicznych efektów, bliskich Nine Inch Nails, ale też nawiązujących klimatem do twórców o wiele bardziej elektronicznych, niż industrialnych. Na finał nie brakuje gitarowych zaklęć Jona Courtneya, nie brakuje fantastycznych wokali w duecie z Sammi Doll, a także rockowego kopyta, jakim w istocie obkuty jest album "No Atonement". To kawał porządnego rocka industrialnego, którego wyrazisty kształt dodatkowo podrasowują wpływy korzennych standardów rocka, elektroniki i mniej oczywistych patentów autorstwa tego zjawiskowego duetu.

Zatem rock industrialny znowu wychodzi na afisze ze starej opuszczonej fabryki. To możliwe, ponieważ niektóre kompozycje umieszczone w zawartości "No Atonement" charakteryzują się nośnym klimatem, co Bullet Height zagwarantuje dotarcie do szerokiej grupy słuchaczy. Album jednak w pierwszym rzucie dotrze do industrialnych buntowników - Bullet Height zachęca do buntu, prowokuje i wyposaża w mentalne kamienie. Jon Courtney i Sammi Doll stworzyli dzieło odpowiadające standardom gatunku, dzieło esencjonalne a zarazem odkrywcze, będące zapowiedzią kolejnych wielkich nagrań tego duetu. Jestem pod dużym wrażeniem. 

Ocena: 9/10

Jon Courtney i Sammi Doll
O albumie w skrócie...

Skład: Sammi Doll (ik, w), Jon Courtney (g, w) i Dean Pearson (p)
 
Tracklista: 
1. Fight Song
2. Bastion
3. Hold Together
4. Wild Worlds
5. Intravenous
6. Cadence
7. No Atonement
8. Break Our Hearts Down
9. Fever
10. Up To The Neck

Rok wydania:
 

2017 
Kraj:   
Wielka Brytania

Produkcja:
 

Jon Courtney

Dystrybucja:
 

Superball Music

Gatunek: 

Rock Industrialny
Rockowa Awangarda


Podsumowując: 
"Rany jakie zadał mi ten krążek pozostawią po sobie blizny nieco tylko mniejsze, niż te, gdy po raz pierwszy słuchałem Nine Inch Nails"

Konrad Zola
*Album udostępniony do odsłuchu dzięki uprzejmości Superball Music.
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz