niedziela, 25 czerwca 2017

Anathema "The Optimist" (recenzja)

Anathema jest nieustannie piękna, a w zasadzie to tworzona przez angielską kapelę muzyka, czego dowodzi jedenasty album studyjny w jej dorobku pt. "The Optimist". To materiał, który jest zjawiskiem, aby jednocześnie być formą retrospekcji po dotychczasowych dokonaniach Anglików w XXI wieku. 

Źródłem inspiracji albumu "The Optimist" był wydany przed szesnastoma laty krążek pt. "A Fine Day To Exit", będący nie tylko wejściem Anathemy w nowe stulecie, ale też redefinicją jej brzmienia. Wiele osób odwróciło się wówczas od kapeli, a wiele zaczęło na poważnie się nią interesować. Czy tak będzie też tym razem? Raczej nie, ponieważ Anathema pozostaje wierna muzyce, którą zaczęła tworzyć w czasach "A Fine Day To Exit", a symbolem tej wierności jest wstęp do nowego albumu, czyli "32.63N 117.14W". Ta krótka sekwencja efektów daje słuchaczom współrzędne do odnalezienia odpowiedzi na temat losów bohatera, znanego nam już Optymisty z wywołanego wcześniej albumu z 2001 roku. Niepewny oddech, głos ryczącego silnika i... kilka dobrze znanych dźwięków są wystarczające, aby uświadomić sobie, że Optymista żyje. Będzie on równocześnie głównym bohaterem dzieła "The Optimist", które z poziomu intro gładko przechodzi do jednego z najmocniejszych utworów Anathemy na przestrzeni ostatnich lat. To "Leaving It Behind". Pulsujący, elektroniczny zestaw dźwięków, który otwiera tę kompozycję jest tylko przykrywką, ponieważ elektroniczne pulsatory szybko ustępują porywającym rockowym riffom w wykonaniu czarujących na gitarach braci Cavanagh. Ależ Anathema nabiera tu intensywności! Efekt potęgują elektroniczne tła, które w tym przypadku zastępują klasyczne solówki gitarowe. To bardzo mocne otwarcie "The Optimist". 

Album przywraca do życia głównego bohatera "A Fine Day To Exit", ale też będzie dużo mówił na temat jego wewnętrznych rozterek. Okazuje się bowiem, że Anathema na swoim jedenastym dużym krążku stworzyła dzieło o niepewności i kruchości istnienia oraz o społecznym niezrozumieniu. Optymista wielokrotnie będzie rozmyślał o swoim losie porzucając ziemskie życie - właściwie: chcąc je porzucić i nie patrzeć za siebie! - czy też próbując się zatrzymać, spróbować wykreować dla siebie jakąś wizję obecności wśród żywych tego świata. Owe stany, bogatą emocjonalność, pięknie oddają kolejne utwory następujące po rockowym "Leaving It Behind". Otóż w objęciach balladowego, romantycznego głosu Lee Douglas rozpoczyna się utwór "Endless Ways", który stopniowo będzie wdawał się w podniosły dialog z rockowymi instrumentami, wpisując się zarazem w najlepsze standardy twórczości Anathemy, zaś melancholijną stronę klimatu tworzonego przez Anglików wspaniale eksponuje kompozycja tytułowa. W tle pięknych partii klawiszowych, subtelnych wymian wokalnych i łagodnych elektronicznych teł dzieje się tu coś jeszcze, te słowa: "Rabbit in headlights, run away, run away", są tak bardzo znaczące, jak wiele znaczy dziś Anathema dla art rocka. A może Optymista jest Jezusem Chrystusem, który przy drugim zstąpieniu na Ziemię nie został przez nikogo dostrzeżony i wysłuchany?

Wobec kolejnych sugestii podsuwanych przez Anathemę do słuchaczy można już tylko zamknąć oczy i rozpłynąć się w pięknym utworze instrumentalnym pt. "San Francisco", którego żywe tempo i otwarta, oczyszczająca ducha struktura sprawiają, że album "The Optimist" powinien zostać zapamiętany na długo. Choćby ze względu na takie momenty, jak w utworze "San Francisco", czyli piękne, przestrzenne kolaże zbudowane z instrumentów i efektów elektronicznych, o które dziś coraz trudniej w art rocku i prog rocku. Sielanka nie trwa jednak długo, bowiem kolejna kompozycja w trackliście jedenastego albumu Anathemy okazuje się przygnębiającym przeżyciem. Nie chodzi tylko o kilka smutnych słów cudownie wyśpiewanych przez Lee Douglas, "How did I get here? I don't belong here", ale też o samą atmosferę. Piękną, naznaczoną formą elektronicznego eksperymentu, ale i ponurą, mocno depresyjną. Idąc tym tropem można wręcz odnieść wrażenie, że kolejny utwór w trackliście dzieła, czyli "Ghosts", stanowi formę uduchowionego kontaktu Optymisty z tym, co po drugiej stronie. Czy powrócił do domu? Podążając za kolejnymi słowami Lee Douglas, przebiegając się z nią po delikatnych rockowych przestrzeniach, można dojść do refleksji, w której Optymista zatrzymał się w świecie swoich sennych wyobrażeń. Art rockowe instrumentarium sprzyja tej refleksji.

W zawartości albumu "The Optimist" można jeszcze doświadczyć efektownego złamania melancholijnej konwencji pod postacią kompozycji "Can't Let Go", dynamicznej, naładowanej niezłymi patentami gitarowo-perkusyjnymi, ale i nieodpornej na romantyczną przestrzenność spod znaku Anathemy. Kapela, nie stroniąc od rozmaitych efektów, proponuje też minimalistyczny utwór "Close Your Eyes". To zupełnie inna, niż dotychczas próba muzycznych możliwości zespołu, ocierającego się tu nawet o jazz ze względu na zaplanowaną regularność partii klawiszowych, perfekcyjnie narkotyczny klimat utworu, a także jego nietypową atmosferę. To zdecydowanie najbardziej wyróżniający się utwór na dystansie albumu "The Optimist". Zresztą wątki z tego numeru próbuje kontynuować "Wildfires", gdzie w otoczeniu pourywanych sekcji instrumentalnych kumulują się - niczym burza gotowa na zrzucenie gradu - różne dźwięki do efektownego finału. Trzeba więc przyznać, że Anathema wniosła wiele eksperymentów do albumu "The Optimist". Przy okazji warto wspomnieć, że w utworze "Wildfires" po raz pierwszy na tym krążku w męskiej sekcji wokalnej można usłyszeć Daniela Cavanagh, a nie jak w zasadniczej części albumu Vincenta.

Co ciekawe zwieńczenie albumu pod postacią utworu "Back To The Start" stanowi dobry przykład klasycznego rocka progresywnego. Anathema opierając się na sprawdzonych efektach (m.in. szum morza) i standardowym rockowym instrumentarium nagrała kompozycję zwiewną i eteryczną, wyposażoną w odpowiedni ładunek patosu, czyli w zasadzie bliską ojcom gatunku, gdyby nie nowoczesne brzmienie utworu. Klasyką samą dla siebie jest dziś jednak Anathema. Jedenasty album studyjny zespołu pt. "The Optimist" uzupełniający historię Optymisty (mojej interpretacji ukrytego finału nie zdradzę!), utrwala zarazem wyobrażenie na temat angielskiego zespołu. To ekstraklasa gatunku. Muzyka i słowa, które ze sobą współgrają. Magia, która wydobywa się z płyty kompaktowej. Nadzwyczajne przeżycie. To gwarantuje intrygująca jak zawsze Anathema. 

Ocena:  9/10

Vincent Cavanagh
O albumie w skrócie...

Skład: Lee Douglas (w), Jamie Cavanagh (b), Daniel Cardoso (p), John Douglas (ik, p, progr), Vincent Cavanagh (b, g, ik, progr, w) i Daniel Cavanagh (b, g, ik, w)
 
Tracklista:  
1. 32.63N 117.14W
2. Leaving It Behind
3. Endless Ways
4. The Optimist
5. San Francisco
6. Springfield
7. Ghosts
8. Can't Let Go
9. Close Your Eyes
10. Wildfires
11. Back To The Start

Rok wydania:

2017 
Kraj:     
Wielka Brytania

Produkcja:
 

Tony Doogan

Dystrybucja: 

Kscope

Gatunek:
 

Rock Progresywny
Art Rock


Podsumowując: "Może Optymista jest Jezusem Chrystusem, który przy drugim zstąpieniu na Ziemię nie został dostrzeżony i wysłuchany?"

Konrad Zola
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz