poniedziałek, 17 lipca 2017

Next To None "Phases" (recenzja)

W lipcu tego roku upłynęło dwadzieścia pięć lat od premiery albumu "Images and Words" Dream Theater. Słynny dziś krążek utorował tej kapeli drogę do wielkiego muzycznego świata, stając się prawdziwym klasykiem metalu progresywnego. Dlaczego o nim piszę przy okazji nowego albumu Next To None zatytułowanego "Phases"?

Na pozór analogii jest sporo. Po pierwsze, co wydaje się najłatwiejszym skojarzeniem, Dream Theater i Next To None łączy nazwisko Portnoy, czyli wspólne muzyczne geny ojca i syna, perkusistów na różnych drogach życiowych. Mike największe nagrania ma już za sobą, w tym karierę w Dream Theater, zaś Max jest u progu działalności w muzyce, w której bez wątpienia będzie inspirował się dokonaniami ojca, przy okazji mierząc się z licznymi porównaniami i odniesieniami.
Po drugie "Phases" to drugi album Next To None, tak jak drugim dziełem w dyskografii Dream Theater był "Images and Words". Po trzecie w składzie Next To None przed wydaniem drugiego albumu doszło do zmiany. Miejsce gitarzysty Rylanda Hollanda zajął Derrick Schneider, a przecież w Dream Theater przed premierą "Images and Words" też doszło do zmiany, choć w tamtym przypadku chodziło o wokalistę. Chciałby się też napisać po czwarte, ale "Phases" nie ma szans, aby stać się klasykiem na miarę wielkiego dzieła Dream Theater. Ba! To kolejny studyjny niewypał tej młodej kapeli. Od tej płyty rozbolała mnie głowa!

Poprzedni album Next To None nie należał to najbardziej udanych, choć to i tak eufemizm. Debiut tego zespołu przypadło o kilka lat za wcześnie i... nic się w tej materii nie zmieniło. Zespół wciąż nie jest gotowy na wydawanie albumów długogrających. Po odsłuchu albumu "Phases" łatwo wszak o wrażenie, że Next To None brakuje ogrania, doświadczenia i dobrych pomysłów. To by jeszcze można było wybaczyć twórcom, takie są przecież odwieczne prawa młodego wieku, ale drugi album Next To None nie zdradza absolutnie żadnego potencjału, aby inwestować w ten krążek czas i emocje. Można odnieść wrażenie, że to produkt marketingowy. Album przede wszystkim wyprodukowany (...choć marnie), a nie nagrany z pasją i wizją. Dwanaście utworów tworzących "Phases" (w zasadzie jedenaście plus intro) okazuje się chaotycznym i męczącym doświadczeniem. Tak jakby muzycy Next To None próbowali udowodnić światu, że są sprawnymi instrumentalistami, na każdym kroku prezentując efekciarskie zagrywki, które jednak w żaden sposób do siebie nie pasują. W tym tornado trwającego prawie osiemdziesiąt minut chaosu ścierają się ze sobą liczne wpływy - w tym akcenty popularnej ostatnimi czasy amerykańskiej mainstreamowej elektroniki, a nawet elementy metalcore'u - które pod banderą metalu progresywnego nie przynoszą chwały temu gatunkowi. Przykro to stwierdzić, ale w zawartości "Phases" znalazło się znacznie więcej tanich popisów młodych muzyków, aniżeli sensownych kompozycji, nie mówiąc o jakimkolwiek przesłaniu, które mogłoby zapaść w pamięć słuchaczy na dłużej, niż na dystans konsumpcji ciężkostrawnej pizzy. Taki jest album "Phases"... jak ciężkostrawna pizza. 

Centralną uwagę na tym krążku zwraca rozpisana na prawie dwadzieścia minut kompozycja "The Wanderer". To zwieńczenie drugiego albumu Next To None, które jednak dużo mówi o kondycji kapeli. Tak oto struktura "The Wanderer" okazuje się niespójna, przejścia pomiędzy kolejnymi partiami utworu brzmią chaotycznie i nierówno, a kilka niezłych pomysłów zasygnalizowanych przez Derricka Schneidera blednie wobec irytujących partii klawiszowych w wykonaniu Thomasa Cuce. Wokal tego samego muzyka, zapatrzonego częściowo w Jamesa LaBrie, wciąż pozostawia wiele do życzenia. Jest zbyt młodzieżowy, co przekreśla szanse dotarcia Next To None do dojrzałych słuchaczy. W każdym razie "The Wanderer" ma swoje momenty, ale głównie wtedy, gdy któryś z instrumentalistów prezentuje partie autonomiczne: Thomas Cuce potrafi stworzyć niezłe klawiszowe tło, a Derrick Schneider zasunąć kilkoma dobrymi riffami gitarowymi, włączając w to również efektowne solo w okolicach dwunastej minuty tej rozbudowanej kompozycji. Problem w tym, że oni razem nie potrafią ze sobą zagrać. Z pewnością utalentowany jest również Max Portnoy, który na bębnach próbuje grać z rozmachem podobnym do słynnego ojca, ale nie wszystkie te próby wychodzą korzystnie dla Next To None. Tym bardziej, że zespól na przestrzeni utworu "The Wanderer", tak jak na całym krążku, przesadził z ilością pomysłów (nie zapanował nad nimi?), które zdecydowały o niespójności tej muzyki. 

Można docenić starania kapeli, że próbuje tworzyć takie wielowątkowe kompozycje jak "The Wanderer", ale ambicje niepodparte solidnym warsztatem na niewiele się zdają. Tym bardziej, że sound albumu "Phases" okazuje się okropny. Materiał brzmi kanciasto. Natomiast kompozycje, które następują przed finałowym "The Wanderer" dają co najwyżej możliwość wyłapania jakichś fragmentów dobrego grania, niezłych partii autonomicznych, ale nie na tym ma przecież polegać nagrywanie albumu długogrającego. W utworach tworzących "Phases" wybrzmiewają też szokująco tandetne dodatki, przede wszystkim w warstwie efektów elektronicznych ("Answer Me", "The Apple", "Beg", "Kek", "Pause", "Mr. Mime"), które pogrążają ten materiał. Zresztą metal progresywny w wydaniu Next To None cechuje się nieuzasadnioną agresją, niechlujnymi przejściami pomiędzy kolejnymi partiami instrumentów, a także nieudolnym wykonaniem. Co zrobił Max Portnoy we wstępie do utworu "The Apple"? Do kogo próbuje rapować Thomas Cuce w tej samej kompozycji? Czy Next To None próbują być nowym, tyle, że zmanierowanym klonem Slipknot w numerze "Beg"? A może to nowa, bezjajeczna fala metalcore, która próbuje opierać się na chwytliwych patentach, vide "Clarity"? Z jakiej dyskoteki Thomas Cuce pożyczył obszerne fragmenty utworu "Kek"? Skąd się wziął ten brudny kolaż chaosu na dystansie całego albumu? Te pytania można mnożyć przy każdym kolejnym odsłuchu albumu "Phases".

Naprawdę nie widzę w tym żadnej przyjemności, aby udowadniać sobie na siłę, że muzycy Next To None zarejestrowali wartościowe dzieło. Jeśli ktoś w "Phases" naprawdę włożył serce, to jest nim Derrick Schneider, którego sporadyczne indywidualne wypuszczenia gitarowe (riffy w "Clarity" i "The Wanderer", a także solówka w "Kek") mogą spodobać się fanom gitary. To tyle jeśli chodzi o ten materiał. Przyszłością kapeli jest więc dziś kierunek, jaki obrał Ryland Holland, który zrezygnował z uczestnictwa w Next To None, aby dokształcać się w Berklee College Of Music. W istocie bez warsztatu, bazując na słabych analogiach i balansując pomiędzy tandetą a mainstreamem kapela Next To None niczego nie osiągnie. Album "Phases" to jeden z najgorszych krążków, jakie dane było mi kiedykolwiek usłyszeć. Klęska. 

Ocena: 2/10

Next To None. Ich czas jeszcze nie nadszedł.
O albumie w skrócie...

Skład: Thomas Cuce (ik, w), Max Portnoy (p), Kris Rank (b) i Derrick Schneider (g)
 
Tracklista:
1. 13   
2. Answer Me         
3. The Apple         
4. Beg          
5. Alone         
6. Kek     
7. Clarity     
8. Pause     
9. Mr. Mime         
10. Isolation   
11. Denial         
12. The Wanderer        
Kraj:  
USA

Produkcja:
 

Next To None

Dystrybucja:
 

Inside Out Music

Gatunek:
 

Metal Progresywny

Rok wydania:
 

2017


Podsumowując: "[...] drugi album Next To None nie zdradza absolutnie żadnego potencjału, aby inwestować w ten krążek czas i emocje"

Konrad Zola
*Album udostępniony do odsłuchu dzięki uprzejmości wytwórni Inside Out Music.
*Przeczytaj recenzję poprzedniego materiału Next To None pt. "A Light In The Dark".
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz