piątek, 11 sierpnia 2017

Leprous "Malina" (recenzja)

Twórczość norweskiego Leprous zdecydowanie nie sprzyja jakimkolwiek definicjom. Zespół, którego wizytówką jest niezwykle charakterystyczny wokalista i klawiszowiec Einar Solberg tworzy muzykę oryginalną, nad wyraz emocjonalną, ale i nieregularną, przywołującą skojarzenia na temat schizofrenii, jakiejś trudnej do rozszyfrowania dwoistości, czy po prostu rozregulowanej psychiki. Twórczość Leprous wydaje się zatem soundtrackiem do niespokojnych stanów duszy i umysłu. To wszystko dzieje się w ramach muzyki rockowej i metalowej w wydaniu zaiste awangardowym. Taki też jest piąty album studyjny zespołu zatytułowany "Malina".

Nie ma co ulegać wrażeniu, że w stylu Leprous doszło do jakichś gwałtownych zmian. Oczywiście, w porównaniu do poprzedniego nagrania, czyli albumu "The Congregation", w składzie kapeli nie usłyszymy już wieloletniego gitarzysty Oysteina Landsverka, którego zastąpił Robin Ognedal. Okazuje się jednak, że nie miało to większego wpływu na brzmienie Leprous. Tym bardziej, że pierwsze wiosło w zespole należy do Tora Oddmunda Suhrke. Warto też zwrócić uwagę, że po raz pierwszy od 2011 roku okładka albumu tego norweskiego zespołu nabrała koloru. Być może muzycy Leprous chcieli w ten sposób nawiązać do świetnego krążka "Bilateral" z 2011 roku, dzięki któremu zostali zauważeni w Europie i na świecie? Jakiekolwiek nie byłyby intencje Norwegów, to ich nowe dzieło pt. "Malina" kontynuuje wątki zarejestrowane na ostatnich nagraniach Leprous, pogłębiając depresyjny styl kapeli, ale też nieco ożywiając jej w muzykę w porównaniu do ostatnich nagrań.


Piąte dzieło Leprous zawiera łącznie jedenaście utworów, które charakteryzują się naturalnym, czystym brzmieniem, pozbawionym cyfrowych przekształceń. Z obozu Leprous jeszcze w pracach studyjnych napłynęły informacje, że kapela przelewa krew, pot i łzy, aby "Malina" była albumem zarejestrowanym wyłącznie przez samych muzyków, czyli bez ingerencji komputerów w brzmienie ścieżek instrumentalnych owych jedenastu kompozycji. Rezultat jest niezły, ponieważ pewnego rodzaju pierwotność soundu albumu "Malina" sprawia, iż krążek wyróżnia się na tle wielu współcześnie wyprodukowanych albumów, gdzie partie instrumentalne i wokalne przestają być efektem talentu i pracy muzyków, a często stają się smutnym uzupełnieniem elektronicznych zestawów dźwiękowych stworzonych przez uzdolnionych inżynierów dźwięku. Taki obrót spraw Leprous na pewno nie grozi. Kapela pozostaje naturalna, szczera i nietknięta w swoich utworach, co daje się odczuć przy każdym szarpnięciu instrumentu i przy każdej partii wokalnej Einara Solberga na krążku "Malina".

Wraz z niezmienną filozofią Leprous, taka też pozostaje muzyka Norwegów. W jedenastu nowych utworach do oceanu depresyjnych wyobrażeń zanurzają się nieregularne kawałki, podane w oparciu o skąpe ("Bonneville", "Malina") lub rozłożone w nostalgicznej zadumie ("Leashes") ścieżki instrumentalne, które okazują się wybuchowym tłem dla lamentacyjnych wokali Einara Solberga. On sam jest zresztą głównym bohaterem albumu. O Leprous, nie tylko na przykładzie albumu "Malina", mówi i pamięta się właśnie ze względu na Solberga. Jego barwę wokalną, wrażliwość i charakterystyczny sposób komunikacji ze słuchaczem. Wokalista Leprous na krążku "Malina" odegrał swoją wielką rolę w finale dzieła pod postacią kompozycji "The Last Milestone", będącej zaiste ponurą mszą. To utwór zaglądający tak głęboko w duszę Solberga jak tylko można to sobie wyobrazić. Jego sakralna, nieomal żałobna atmosfera, którą wypełniają instrumenty smyczkowe i pełen bólu śpiew z pewnością staną się jednym z symboli albumu "Malina", a zarazem mocnym dowodem na zagłębianie się Leprous w mrocznych stanach świadomości. 

Nieco naprzeciw temu wrażeniu wychodzą niektóre nowe utwory norweskiego zespołu. Otóż na dystansie albumu "Malina" muzycy Leprous zaprezentowali także dobre rock n' rollowe motywy, niepozbawione histerii, ale obsadzone większą, o wiele bardziej intensywną sekcją instrumentalną, niż w wielu nagraniach na tym i na dwóch poprzednich albumach. Te rockowe propozycje de facto przypominają o korzeniach zespołu nieco zdominowanego w ostatnich latach przez emocję Einara Solberga. Takimi utworami otwartymi na korzenną rockową muzykę w zawartości albumu "Malina" są z pewnością "Stuck" i "From The Flame", choć w obu przypadkach wyróżniają się także syntezatory w wykonaniu Solberga, a także utwory "Captive" i w pewnej mierze "The Weight Of Disaster". Wyborne przejścia gitarowe, rockowa dynamika i żywy klimat tych numerów, niekiedy też piękne przestrzenie, przywołują refleksję, iż Leprous przydałoby się dziś mocniejsze ożywienie. Więcej rocka i metalu, mniej lamentów i melancholii... tylko czy to nie zabiłoby tożsamości zespołu?

O obecność w świadomości słuchaczy Leprous na krążku "Malina" upomina się także stosując syntezatory. O ile we wcześniej wymienionych utworach pełniły one raczej rolę uzupełnienia do rockowych zjazdów instrumentalistów, o tyle w kompozycjach "Illuminate", "Mirage" i "Coma" weszły do pierwszego szeregu. To interesująca forma twórczości Leprous. Nie tyle hołd dla synthu, co inteligentne, magnetyczne dopełnienie tej na istotną miarę wizjonerskiej muzyki. Byłbym skłonny nawet zaryzykować stwierdzenie, że kompozycja "Mirage" to najlepsze, co się Norwegom przydarzyło od albumu "Bilateral" z 2011 roku. Jej kosmiczna aura i korytarze metalowych riffów gitarowych, w tym znakomite gitarowe improwizacje, nie mogą zostać niezauważone. To dowód, jak wielkie możliwości drzemią w Leprous.  

Te możliwości nie są jednak jeszcze w pełni wykorzystane. Album "Malina" to kolejny przykład muzycznej histerii w jaką wpadł Leprous. W porównaniu do poprzednich nagrań, choćby "The Congregation", kapela ożywiła sekcję instrumentalną, postawiła mocniej na syntezatory, ale jej nowe dzieło z pewnością nie jest olśnieniem. To kolejny porządny materiał Norwegów, zaprezentowany w oparciu o ich wyjątkowy styl, niekiedy może doprowadzony już do granic nieprzystępności, ale wciąż budzący zainteresowanie. Wydaje mi się, że muzycy Leprous są już blisko, aby nagrać swoje dzieło życia, ale przy albumie "Malina" to jeszcze nie nastąpiło. 


Ocena: 8/10

Leprous w 2017 roku
O albumie w skrócie...

Skład: Einar Solberg (synth, w), Tor Oddmund Suhrke (g), Baard Kolstad (p), Simen Borven (b) i Robin Ognedal (g)
 
Tracklista: 
1. Bonneville
2. Stuck
3. From The Flame
4. Captive
5. Illuminate
6. Leashes
7. Mirage
8. Malina
9. Coma
10. The Weight Of Disaster
11. The Last Milestone


Rok wydania:

2017     
Kraj:   
Norwegia

Produkcja:
 

David Castillo

Dystrybucja: 

Inside Out Music

Gatunek:
 

Rock Progresywny
Metal Progresywny
Metal Awangardowy

Podsumowując: "To zagłębianie się Leprous w mrocznych stanach świadomości [...] Leprous przydałoby się dziś ożywienie"

Konrad Zola
*Album udostępniony do odsłuchu dzięki uprzejmości wytwórni Inside Out Music.
*Przeczytaj recenzję poprzedniego materiału Leprous pt. "The Congregation".
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

2 komentarze:

  1. Witaj!

    Przejrzałem sobie nieco blog i muszę powiedzieć, że jest on bardzo interesującym miejscem, gdzie można poczytać o muzyce, bardzo przekrojowo ukazanej. :)

    Nazwa wyżej wymienionego zespołu obiła mi się kiedyś o uszy, jednak nie zdążyłem jeszcze posłuchać nic ich autorstwa. Chyba pora nadrobić zaległości. :)

    Zapraszam do mnie.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Z prezyjemnoscia przeczytalem powyzsza recenzje, jakze inna od powstalego w sieci lamentu ze oto na nowym krazku Leprous zmienil styl i poszedl w pop-rock. Mimo ze nazwa kapeli od dluzszego czasu krazyla wokol mojego ucha jakos nigdy do konca nie sklonila mnie do siegniecia do tworczosci zespolu, zmienilo sie to dopiero za sprawa poprzedniego krazka The Congregation, ktory moim skromnym zdaniem jest po prostu wysmienity. Od kilku dni mam przyjemnosc sluchac nowej muzyki Leprous i powiem szczerze ze jest to wspaniala nastepczyni poprzedniej plyty. Norwegowie stworzyli plyte wspaniala, klimatyczna, gdzie melodie powoduja przyplyw niesamowitych emocji a gitarowe zagrywki wzmagaja bicie serca. Ta plyta to przede wszystkim emocje, nie moge sie doczekac koncertu w warszawie w listgopadzie, polaczenie utowrow z The Cogregation oraz Malina bedzie niezla petarda. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń