niedziela, 8 października 2017

Lunatic Soul "Fractured" (recenzja)

Popękane szkło, refleksy ponurej czerwieni, nieregularna struktura, która jeszcze wczoraj tworzyła pełny obraz. To nienazwany człowiek. Bohater piątego albumu Lunatic Soul zatytułowanego "Fractured". Człowiek od zawsze znajdował się w centrum lirycznych kontemplacji Mariusza Dudy, a właściwie jego stan duchowy i kondycja psychiczna. To tematy bliskie każdemu kto już zdążył coś przeżyć. Niestety często nasze przeżycia zamieniają się w wewnętrzne problemy i zaburzone relacje ze światem. Mroki rzeczywistości i lęki przed tym, czego nie można zobaczyć, a można poznać zmysłami, okazują się wystarczające, aby on zaczął powoli rozpadać się na kawałki. On, człowiek współczesny, tak często nienazwany. 

W tej muzycznej podróży pomiędzy rozbitym szkłem, wyschniętą krwią, przejmującą pustką i cierpiącą duszą Lunatic Soul oferuje osiem utworów utrzymanych pomiędzy różnymi gatunkami muzyki. Mariusz Duda nie podłącza "Fractured" do gitary elektrycznej, jak zawsze na albumach Lunatic Soul, ale też nie rezygnuje z innych instrumentów, takich jak gitara basowa i akustyczna oraz instrumentów klawiszowych i perkusyjnych, zaś stały towarzysz jego muzycznych kontemplacji, Wawrzyniec Dramowicz, dopełnia ten materiał partiami bębnów. Do tego dochodzi znany już fanom Riverside saksofonista Marcin Odyniec, który kilkoma partiami na dystansie trzech utworów znowu zaczarował świat wykreowany w głowie Mariusza Dudy. Pewną odmianą w odniesieniu do poprzednich nagrań Lunatic Soul będzie z pewnością obecność smyczków w zawartości "Fractured", za które odpowiada zjawiskowa Sinfonietta Consonus Orchestra. Natomiast nie zaskakują efekty elektroniczne...

 ...let me steal a part of your childish innocence...  

...elektronika jest wszak integralną częścią Lunatic Soul. To wiemy od dawna, ale dopiero na krążku "Fractured" Mariusz Duda unaocznia, że jest podłączony do komputera. Jego żyły nie pompują już krwi, tylko jakąś smolistą substancję. Jego dusza to impulsy elektryczne. Raz. Dwa. Trzy. Spięcie. Reset. Może jednak w tym człowieku wciąż tkwi dusza, a nie tylko zaprogramowana medytacja? Przecież otwierający piąty album Lunatic Soul utwór pt. "Blood On The Tightrope" pomimo swojego zimna, niemalże niedostępności, wraz z każdym kolejnym dźwiękiem chce dotrzeć do słuchacza. Niczym introwertyk, który żyje w swoim zamkniętym na niewidzialny klucz świecie, ale przecież wcale takiego życia nie chce. Kompozycja "Blood On The Tightrope" w swej elektrycznej progresji to więc emocje, dla których nie ma lepszej narracji, niż ta którą tworzy Mariusz Duda. On też, prowadząc linie basu i gitary akustycznej, wprowadza w świat, w którym umysł jest niczym statek widmo podczas największego sztormu. Nie ma tutaj nic pewnego. Poza mrokiem i czerwienią.

Te stany niepewnej egzystencji, znajdujące swoje odniesienie w muzyce Lunatic Soul, okazują się nokturnowymi dialogami pomiędzy elektroniką a warstwą instrumentalną. Różne są wymiary tych dialogów. A to Mariusz Duda chowa się za elektroniczną mgłą w utworze "Red Light Escape", którą skutecznie rozdziera efektowna gitara akustyczna. Nie jest to z pewnością słowo - efektowność - które idzie w parze z muzyką Lunatic Soul, ale akurat w przypadku tego utworu kilka szarpnięć gitary w taki właśnie sposób na niego oddziałuje. Na krótko, w zasadzie gwałtownie, tak aby zdążyć na nostalgiczny finał z kolejną serią efektownych zagrywek, tym razem przy współudziale Wawrzyńca Dramowicza i fantastycznego Marcina Odyńca. A to Lunatic Soul tworzy niezwykle intensywną, niemalże krzykliwą celebrację elektroniki w utworze tytułowym, będącą formą muzycznego labiryntu, którego tajemnice zamiast Ariadny rozwiązuje Lyssa... 

 ...there's no land of unicorns...

 ...album "Fractured" nigdzie się też nie spieszy. To bowiem kolejna możliwość zagłębienia się w niezwykle nastrojowy, tajemniczy świat muzyki, wypełniony rozmaitymi refleksami dźwięków. Przepięknie wybrzmiewa kołysząca, melancholijna ballada "Crumbling Teeth And The Owl Eyes" - tu właśnie tak pięknie zaakcentowana smyczkami - której słowa stopniowo odzierają z marzeń, a nadłamana w konwencji noir struktura melancholię zamienia w przygnębienie. Stymulacji tych jesiennych uczuć sprzyja wrażliwy wokal Mariusza Dudy. Najbardziej subtelną stronę możliwości wokalnych tego artysty poznajemy jednak w trwającej przeszło dwanaście minut kompozycji "A Thousand Shards Of Heaven", będącej w pierwszej części optymistyczną próbą wydostania się z wewnętrznej przepaści w jaką wpadł człowiek nienazwany. Kilka pięknych dźwięków, smyczki i już widać rękę tego człowieka wyciągniętą ku jaśniejącemu, wiosennemu słońcu, aby niepostrzeżenie współczesny kapłan prog rockowej melancholii Mariusz Duda zepchnął go z powrotem na dno ponurej współczesności. Kompozycja "A Thousand Shards Of Heaven" załamuje się subtelnie, na wokalizach i w objęciach saksofonu, aby przez fragmenty eterycznej uciechy dotrzeć do mroku właściwego Lunatic Soul. To piękny, wielowątkowy i w wielu miejscach zaskakujący utwór.

W tym ładunku wielkich doznań, jakie dostarcza "A Thousand Shards Of Heaven", znalazło się też miejsce na pulsujący minimalizm. Nie tyle w samej muzyce, opartej na charakterystycznym elektronicznym motywie i deszczowym wokalu, jak w utworze "Battlefield", ale o wrażeniu, który ta kompozycja w pierwszej części wywołuje. To wbrew tytułowi krajobraz po bitwie. Tej stoczonej przez człowieka z samym sobą. Czerwonej, histerycznej, uderzającej odłamkami porozbijanej na kawałki duszy. Podążając za kolejnymi wytworami elektronicznej wyobraźni Mariusza Dudy, uczestnicząc w celebracji naturalnych instrumentów, w tym utworze dzieje się coś jeszcze. To brzmi echo niepewności. Kilka sygnałów od Wawrzyńca Dramowicza sprawia, że niepewność zamienia się w czujnego drapieżcę. Nawet z największego dramatu można się przecież wydostać. Natomiast stempel na tym przejmującym dziele, przybija kompozycja "Moving On". To utwór intensywny, oparty na intrygującym, wzbudzającym inspirującą niepewność motywie, gdzie Mariusz Duda wyraźnie się ożywia. Tak w warstwie wokalnej, jak również w samych instrumentach. Nienazwany człowiek pozostanie człowiekiem współczesnym. On i jego demony stoją po obu stronach lustra, żywiąc nadzieję, że kiedyś zdołają posklejać to, co roztrzaskane...

...i'm moving on... 

...warto pamiętać, że album "Fractured" w niektórych fragmentach wpisuje się w charakterystyczną prog rockową narrację, taką oznaczoną już wyraźną tożsamością Lunatic Soul, gdzie nie trzeba wielu instrumentów, aby wprowadzić słuchacza w stan przyjemnej hipnozy. Myślę więc, że dobrą wizytówką piątego albumu Lunatic Soul jest singlowa kompozycja "Anymore", sięgająca właśnie po ową rdzenność solowego stylu Mariusza Dudy, którego najlepszymi cechami są zajmujący wokal, wyrafinowanie instrumentalne i seria zaprogramowanych efektów. Na krążku "Fractured" często spotykają się ze sobą dźwięki poszarpane i krótkie, jakby pourywane, z pięknymi, rozbudowanymi tłami i naturalną sekcją instrumentalną. Nad tym wszystkim czuwa Mariusz Duda. Raz. Dwa. Trzy. Spięcie. Reset. Nawet w popękanym szkle i refleksach ponurej przestrzeni, w cierpieniu, można dostrzec geniusz.  

Ocena: 10/10


Mariusz Duda w czerni i czerwieni (fot. Oskar Szramka)
O albumie w skrócie...

Skład: Mariusz Duda (b, g, ik, ip, progr, w), Wawrzyniec Dramowicz (p), Marcin Odyniec (sax) oraz Sinfonietta Consonus Orchestra

Tracklista:
1. Blood On The Tightrope
2. Anymore
3. Crumbling Teeth And The Owl Eyes
4. Red Light Escape
5. Fractured
6. A Thousand Shards Of Heaven
7. Battlefield
8. Moving On 
 
Rok wydania:
 

2017
Kraj: 
Polska

Produkcja:
Mariusz Duda,
Magda i Robert Srzedniccy

Dystrybucja:
Mystic Production

Gatunek:
Rock Progresywny, Ambient



Podsumowując: "Nawet w popękanym szkle i refleksach ponurej przestrzeni, w cierpieniu, można dostrzec geniusz"

Konrad Zola

*Przeczytaj recenzję poprzedniego materiału Lunatic Soul pt. "Walking On A Flashlight Beam".
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

6 komentarzy:

  1. Na razie słuchałem całości tylko na spotifaju, ale czekam na swój egzemplarz więc recenzję też przeskrobię, ale dla Laboratorium Muzycznych Fuzji w ramach współpracy, a jeśli zdąży dojść do wtorku to będzie też relacja ze spotkania w Galerii Bałtyckiej w Gdańsku. Póki co wiem jedno: Duda nie zawiódł oczekiwań ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fantastyczny muzyk. Artysta swoich czasów. Ja już zamykam oczy i oddaję się tej muzyce...

      Daj znać, gdy napiszesz swoją recenzję. Jestem ciekawy jakie wrażenie u innych osób wywołuje "Fractured". Mi się wydaje, że ta muzyka bardzo mocno trafia w moją wrażliwość. Uwielbiam ten rodzaj emocji.

      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Jeszcze nie wdrożyłem się w warstwy, liryki i emocje, ale pierwsze co zauważyłem to jak zgrabnie wpisał się w tegoroczny trend retroelektroniki a'la lata 80 - będę musiał Dudę koniecznie zapytać czy wyszło mu to przypadkowo czy w podświadomy sposób to zaplanował. Miłego kolejnego słuchania i również pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Po pierwszym odsłuchu czułem się jak w chwili kiedy było 2:2 z Montenegro :-) Byłem trochę niepewny. Przesłuchałem już 5 raz i muzycznie jest wspaniale i uczucie analogiczne jak po 4:2. Odetchnąłem z ulgą , bo zawsze boję się , że wykonawca nie sprosta oczekiwaniom i nadziei pokładanej w nowym materiale . Przecież zawsze chce się więcej i lepiej, a nie zawsze wychodzi. Płyta kapitalna i u mnie 9/10, bo ocenę 10/10 zostawiam na następny Riverside. Muzyka przeznaczona na nadchodzącą porę roku. Wspaniale sprawdzi się w jesienne,deszczowe weekendy. Na pewno nie wolno jej słuchać w pośpiechu i byle jak.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moving On chyba Twin Peaks inspirowane :>

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie wyważone środki wyrazu i muzycznej ekspresji. A poza tym piękne piosenki ubrane w piękne dźwięki.
    Nie ma growli, blastów a jednak wchodzi idealnie. Muzyczna czołówka 2017. Nie ma tu grama wazeliny:-)

    OdpowiedzUsuń