czwartek, 28 grudnia 2017

Daniel Cavanagh "Monochrome" (recenzja)

Słownik języka polskiego mówi, iż monochromia to technika w malarstwie, która polega na operowaniu jedną barwą w różnych odcieniach. Z tej techniki, ale w sensie muzycznym skorzystał współtwórca Anathemy Daniel Cavanagh, którego album solowy zatytułowany "Monochrome" okazuje się melancholijnym przeżyciem. Ten stan, prowadzący przecież do przygnębienia, na płycie "Monochrome" pojawia się w różnych odcieniach - w ustach samego twórcy i bogatej palety instrumentów przezeń stosowanych, w uroczych partiach wokalnych Anneke Van Giersbergen, czy też w magnetycznych dźwiękach skrzypiec Anny Phoebe. Całość często dryfuje w skromnym doborze instrumentów, niczym mały stateczek w głębokim i bezkresnym oceanie dźwięków. Daniel Cavanagh nigdzie się tu nie spieszy, a jego nowe kompozycje sprawiają wrażenie jakby były kolekcją smutnych ballad. Ten krążek często także wchodzi w objęcia minimalizmu, rzadziej pojawiają się tu ożywienia klimatu, choć i te w pewnym stopniu wpisują się w tożsamość "Monochrome", szczególnie gdy mówimy o solowych popisach współtwórcy Anathemy. W sumie więc siedem utworów tworzących album "Monochrome" łączy przede wszystkim melancholia, można by rzec monochromatyczna melancholia, tak jak ceniony angielski artysta to wymyślił.

Zawartość albumu "Monochrome" swoim klimatem z miejsca przywołuje ostatnie studyjne dokonania Anathemy. W końcu dzieło stworzył jeden z kluczowych muzyków i kompozytorów zespołu z Liverpoolu, który zresztą przyznał, że materiał na jego album solowy powstał już podczas sesji nagraniowej ostatniego dzieła macierzystego zespołu. Istnieje więc wyraźna linia łącząca solowy album Daniela Cavangha ze wspomnianym krążkiem, którego nazwa "The Optimist" wciąż powinna wybrzmiewać w świadomości słuchaczy. Ma to swój urok, gdyż fani Anathemy wiedzą, co teoretycznie mogą w "Monochrome" odnaleźć. Tyle, że uduchowienie tego materiału, jeśli można użyć takiej kategorii opisowej, to przede wszystkim Daniel Cavanagh. To jego wrażliwość, niezwykle intymna i osobista, którą artysta podzielił się ze światem. Wypowiedziane przez niego słowa w otwierającym album utworze "The Exorcist", tj. "Can you feel me? Can you see me? Do you trust in who I am? Do you believe in where I stand?" dowodzą, iż będzie to materiał wypełniony głęboką, osobistą emocjonalnością. W tym wszystkim ważne miejsce zajmują dźwięki instrumentów klawiszowych, zaproszone artystki i wyjątkowa aura, którą dobrze puentuje dogasająca świeca, będąca symbolem wewnętrznego rozdarcia... może rezygnacji?


To Daniel Cavanagh, który zaprasza słuchaczy do wnętrza samego siebie. Jego monochromia, prowadząca twórcę do melancholii, będzie objawiać się tu na różne sposoby. Kolejny w talii krążka utwór "The Music" rozkłada emocje pomiędzy głównym twórcą płyty a Anneke Van Giersbergen. Ten duet, który spotkał się już w przeszłości, brzmi wspaniale wśród minimalistycznych, ledwie sygnalizowanych partii instrumentów. Ich dialog to definicja melancholijnego piękna. Rozmowy pomiędzy Danielem Cavanagh a Anneke Van Giersbergen trwają też w kolejnym utworze, tj. "Soho". Prawie osiem minut muzyki, znowu przepełnionej głębokimi emocjami współtwórcy Anathemy - "I feel you around me, I feel you on a breeze" - wprowadza nieco ożywienia do zawartości "Monochrome". Ponadto kilka mocniejszych akcentów utwór "Soho" zawdzięcza gitarze Daniela Cavanagha, choć kompozycję i tak w zasadniczej części charakteryzuje minimalizm właściwy temu albumowi. Tego wrażenia nie zmienia najdłuższa na dystansie albumu kompozycja "The Silent Flight Of The Raven Winged Hours" (przeszło dziewięć minut), której bliskość z niektórymi soundtrackami do filmów Stanleya Kubricka wydaje się kusząca. To skojarzenie jest głównym rezultatem pięknych i nieco improwizowanych partii klawiszowych Daniela Cavanagha, które w połączeniu z partiami skrzypiec Anny Phoebe próbują wkraść się do psychiki słuchacza. W mojej ocenie to najlepszy utwór na płycie. Jego nieprzewidywalność - częste zejścia w kierunku mrocznego minimalizmu, krótkie acz zapadające w pamięć dynamiczne wstawki, dziwaczny, poszarpany wokal - intryguje.

W "Monochrome" można też odnaleźć momenty bardzo już charakterystyczne dla ostatnich dokonań Anathemy, czyli specyficzne przyspieszenia instrumentalne oraz pojawiającą się w zasadzie znikąd burzę dźwięków, tak jak u Daniela Cavanagha ma to miejsce w kompozycji "Dawn". W tym przypadku burzę imituje gitara akustyczna. Ponadto w tym melancholijnym zestawie dźwięków Daniel Cavanagh raz jeszcze spotkał się z Anneke Van Giersbergen. Tym razem w kompozycji "Oceans Of Time", przypominającą poprzednie dialogi tej dwójki artystów, ale niebędącej z tego powodu mniej atrakcyjną od pozostałych. Album wieńczy zaś utwór "Some Dreams Come True". Dopiero tu znalazło się trochę miejsca na optymizm, ponieważ trudno inaczej ocenić dźwięki pierwszej części utworu, może nieco zbyt przeciągnięte, ale wlewające nadzieję do tej melancholijnej historii. Ta instrumentalna kompozycja łamie się niespodziewanie w połowie czasu jej trwania. W drugiej jej części słychać już przede wszystkim fale, mewy, a nawet i dziecięcą niewinność, czyli niektóre atrybuty twórczości Anathemy, choć w interpretacji Daniela Cavanagha.

Tegoroczny album tego artysty, jego monochromia, pozwala więc go poznać lepiej. Nie jest to materiał zaskakujący, szczególnie gdy mówimy o fanach Anathemy i jej ostatnich nagrań, za które przecież w dużej mierze odpowiada Daniel Cavanagh. Jednak "Monochrome" to przede wszystkim dzieło osobiste. Melancholia, którą autor zechciał podzielić się ze swoimi słuchaczami. Uczynił to zagłębiając się w sztukę minimalizmu, szczerych wyznań i emocjonalności, którą bez trudu zidentyfikuje każdy człowiek po trudnych przejściach życiowych. Nic więc dziwnego, że Daniel Cavanagh niekiedy tu wykrzykuje słowa, akcentując ciężar swoich przeżyć, częściej jednak dokonując wiwisekcji własnej duszy. Z niej wypływa monochromatyczna melancholia, trudna, przygnębiająca, ale zarazem szczera i zasługująca na najwyższą uwagę. Sądzę więc, że "Monochrome" to album nie tylko dla słuchaczy ostatnich nagrań Anathemy, ale też ludzi, którzy poszukują oczyszczenia. 
Ocena:  8/10

Daniel Cavanagh
O albumie w skrócie...

Skład: Daniel Cavanagh (instrumenty, w), a także Anneke van Giersbergen (w) i Anna Phoebe (skrzypce)
Tracklista:   
1. The Exorcist  
2. This Music
3. Soho
4. The Silent Flight Of The Raven Winged Hours  
5. Dawn   
6. Oceans Of Time
7. Some Dreams Come True

Rok wydania:
 

2017 

Kraj:    
 

Wielka Brytania







Produkcja:  
Daniel Cavanagh

Dystrybucja: 

Kscope

Gatunek:
 

Rock Progresywny
Art Rock


Podsumowując: "Daniel Cavanagh nigdzie się tu nie spieszy, a jego nowe kompozycje sprawiają wrażenie jakby były kolekcją smutnych ballad"

Konrad Zola
*Przeczytaj recenzje albumów Anathemy pt. "Distant Satellites" i "The Optimist".  
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz