sobota, 27 stycznia 2018

Galahad "Seas Of Change" (recenzja)

Świat, któremu przyglądają się Brytyjczycy, to świat niczym z surrealistycznej powieści z domieszką post-apokaliptycznych akcentów. To świat, którego historia została zatopiona w morzu przeobrażeń, a zabytki o niej przypominające spoczęły na cmentarzysku niepotrzebnego złomu, betonu i cegieł. Wielka Brytania, pełniąca jak sądzę metaforę współczesnego świata, traci swoją tożsamość, którą rujnują politycy. Flaga zawieszona na Pałacu Westminsterskim jest rozdarta, a funt brytyjski łącznie z Królową przestały istnieć. Można by więc pokusić się o wniosek, iż nowy album Galahad zatytułowany "Seas Of Change" wypełniła tęsknota za potęgą Wielkiej Brytanii, której równocześnie towarzyszy strach przed utratą tożsamości dumnych mieszkańców królestwa. To byłoby jednak zbyt proste. Galahad staje wszak na straży tożsamości wszystkich narodów. Przemawia do świata w obronie tolerancji i godności jego obywateli, aby zarazem ostrzec, iż te wartości nie powinny być źródłem kłótni politycznych. Autor słów Stuart Nicholson dostrzegł, iż świat uległ wyraźnej polaryzacji - albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Gdzie się podziała równowaga? Czy to morze przemian, w którym się dziś zanurzyliśmy sprawiło, że nasze postrzeganie rzeczywistości stało się czarno-białe?

Doniosłemu przesłaniu i trudnym pytaniom towarzyszy w zasadzie jedna kompozycja. Otóż nowy album Galahad składa się tylko z utworu tytułowego, "Seas Of Change", który trwa prawie czterdzieści trzy minuty. Siłą rzeczy mamy tu do czynienia z konceptem złożonym łącznie z dwunastu powiązanych ze sobą części, choć owe części należy traktować wyłącznie umownie. Od razu muszę przyznać, że dawno już nie słyszałem albumu o takim czasie trwania, który tworzy spójną i logicznie ze sobą powiązaną całość. Owszem niejednokrotnie w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z konceptami powiązanymi siecią wyodrębnionych utworów, aczkolwiek muzycy Galahad zarejestrowali rzeczywiście jedno wielowątkowe monstrum, które okazuje się niezwykle budującym doznaniem. Otóż kapela w zawartości "Seas Of Change" zaprezentowała się w stylu będącym kołowrotkiem jej dotychczasowej twórczości. W tym morzu dźwięków odnajdziemy więc zarówno klimat przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, jak również współczesne patenty wypracowane przez zespół. Zachwycająco wybrzmiewają klasyczne solówki gitarowe w wykonaniu Lee Abrahama, a wszelkie subtelności wokalne Stuarta Nicholsona dowodzą żywotności lekkiej i zarazem wyrazistej barwy w tym gatunku muzyki. Do tego dochodzą liczne elektroniczne inklinacje kapeli, która tym sposobem zaznacza swoją obecność w kalejdoskopie współczesnych twórców rocka progresywnego.


Przed nagraniami "Seas Of Change" doszło do zmiany w składzie kapeli. Otóż Lee Abraham - w przeszłości basista zespołu - zastąpił Roya Keywortha w roli gitarzysty Galahad. To zmiana, która dobrze wpłynęła na twórczość zespołu. Świadczą o tym wspomniane wcześniej solówki gitarowe muzyka, jak również cały jego wkład do albumu. Co tu dużo mówić?! Lee Abraham na gitarze brzmi porywająco! Pod wieloma względami tak też prezentuje się muzyka angielskiej kapeli, która na "Seas Of Change" potrafi przyspieszyć i zarazem przyłożyć na instrumentach, niczym w najlepszych nagraniach Dream Theater. Galahad również prezentuje się tu w spokojnej, nieomal floydowej konwencji rocka progresywnego. Fani gatunku powinni więc poczuć się rozpieszczeni bogactwem i mnogością pomysłów oraz licznymi zwrotami akcji na nowym krążku Anglików. Tym bardziej, że zespół nie stroni tu także od folkowych naleciałości, rozpoznawanych przede wszystkim na poziomie gitary akustycznej i repertuaru charakterystycznych instrumentów takich jak flet, klarnet i saksofon. Atmosferę spójnego, choć urozmaiconego konceptu spajają narratorzy Peter Watson i Andrew Wild, którzy sprawiają, iż ten materiał oddycha. Oni zabierając "filmowo" głos w wybranych momentach albumu pozwalają słuchaczowi doświadczyć wrażenia jakoby brał udział w debacie na temat zmieniającego się świata. To debata wielowymiarowa, niekiedy niejednoznaczna i często skłaniająca do refleksji.

Interesujący okazuje się fakt, że album po narracyjnej sekwencji otwierają groteskowe klawisze Deana Bakera, które w połączeniu z wokalizami Sarah Bolter i angielskim tumultem przenoszą słuchacza do czasów osadzonych gdzieś kilka stuleci wcześniej ("Lords, Ladies and Gentlemen"). Groteskowość i specyficzny klimat tej części albumu szybko jednak ustępują poważnemu, współczesnemu wyobrażeniu świata. Akcentują to zarówno piękne przestrzenie instrumentalne, jak również bogate elektroniczne efekty, za którymi stoi wcześniej wspomniany Dean Baker. Ponadto niesamowicie wybrzmiewają rozmaite improwizacje Galahad. Instrumentalno-elektroniczne wymiany w części "Up In Smoke" powodują dreszcze na skórze. To tak jakby historia, będąca ważną częścią konceptu albumu, próbowała stawiać czoło niedalekiej przyszłości, która historią gardzi. Znakomite wypuszczenia gitarowe walczą tu z pulsującymi efektami. To prawdziwa rewolucja! Czy jednak jej sens jest uzasadniony? W takie dylematy wprowadza Stuart Nicholson, którego wokal rozdzierają apokaliptyczne elektroniczne tła, dodatkowo pobudzane efektownymi partiami chóru. W podobnej konwencji jego partie wokalne prezentują się także w chwytliwej części "Mare's Nest" - potencjalnym klasyku koncertowym. Ten album czasem też po prostu odpływa, nieco jak w tytule, gdzieś w nieokiełznane warstwy instrumentalno-wokalnych zagrywek zespołu ("Up In Smoke"), zaś niekiedy trzyma się sprawdzonego prog rockowego rdzenia ("Dust", "'Tis but a Dream") z charakterystycznymi elementami świadczącymi o tożsamości twórców.

Oprócz głównego utworu album "Seas Of Change" daje też słuchaczom możliwość zapoznania się z kompozycjami dodatkowymi, będącymi jednak alternatywnymi wersjami części "Dust" i "Smoke". To jedyna możliwość sprawnego przejścia do wybranych części albumu, który tak jak zdążyłem już napisać tworzy harmonijną całość. Mimo wszystko warto sprawdzić te wyodrębnione fragmenty, aby ocenić w jakiej dziś formie znajduje się zespół Galahad. A to forma, zdaniem piszącego te słowa, najwyższych lotów. Podsumowując więc zawartość nowego albumu Galahad muszę przyznać, że to dzieło, które spełni oczekiwania zarówno miłośników kapeli, jak również fanów rocka progresywnego. Muzycy Galahad zaprezentowali tu się z szacunkiem do swojej dotychczasowej działalności, ale też spojrzeli z interesującą wizją w przyszłość. Tak samo jak w przypadku przesłania lirycznego "Seas Of Change", które dopytuje o wartości współczesnego świata. Umierająca pod względem tożsamościowym i symbolicznym Wielka Brytania to mocne przeżycie, a bijący na alarm Stuart Nicholson okazuje się znakomitym latarnikiem zmieniającego się świata. Rock Progresywny made in UK ma się więc w wybornej formie.

Ocena: 9/10


O albumie w skrócie...

Skład: Stuart Nicholson (w), Dean Baker (ik, orkiestracje, progr.), Spencer Luckman (ip, p), Tim Ashton (b), Lee Abraham (g), a także gościnnie Sarah Bolter (f, klarnet, sax, w), Peter Watson (w) i Andrew Wild (w)
 
Tracklista: 
1. Seas of Change
I. Storms are a Comin'
II. Lords, Ladies and Gentlemen
III. The Great Unknown
IV. Sea of Uncertainty
V. Up in Smoke
VI. A Sense of Revolution
VII. Dust
VIII. 'Tis but a Dream
IX. As Time Fades
X. Mare's Nest
XI. The Greater Unknown
XII. Storms are a Comin' (Reprise)

Utwory dodatkowe:
2. Dust (Extended Edit)
3. Smoke (Extended Edit)

Kraj: 
Wielka Brytania

Produkcja:

Galahad, Karl Groom

Dystrybucja:
 

Avalon Records

Gatunek:

Rock Progresywny

Rok wydania:

2018

Podsumowując: "Autor słów Stuart Nicholson dostrzegł, iż świat uległ wyraźnej polaryzacji - albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Gdzie się podziała równowaga? Czy to morze przemian, w którym się dziś zanurzyliśmy sprawiło, że nasze postrzeganie rzeczywistości stało się czarno-białe"

Konrad Zola
konrad.zola@wp.pl

*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz