sobota, 10 lutego 2018

Kino "Radio Voltaire" (recenzja)

Trzynaście lat musieliśmy czekać na kolejny album Kino. Mogło to trwać jeszcze dłużej, ponieważ John Mitchell planował napisanie trzeciego krążka Lonely Robot. Sugestia dystrybutora doprowadziła jednak do reaktywacji projektu Kino. Tak oto w sierpniu ubiegłego roku John Mitchell i Pete Trewavas rozpoczęli nagrania, do których zaprosili Craiga Blundella i Johna Becka. W porównaniu do pierwszego albumu Kino doszło więc do zmian personalnych. W miejsce Chrisa Maitlanda, który odszedł z zespołu jeszcze przed premierą debiutu, wszedł Craig Blundell. Natomiast rola Johna Becka została ograniczona do gościnnego występu. W tych okolicznościach został napisany album "Radio Voltaire".

Dzieło w zasadzie tylko nazwą odwołuje się do angielskiej kapeli Cabaret Voltaire. To - wbrew intencjom twórców albumu "Radio Voltaire" - dość odległe bieguny w muzyce, pomijając może kilka wstawek w konwencji radiowej i niektóre elementy elektroniczne. Natomiast w sensie lirycznym drugi album Kino, choć pozbawiony ścisłego konceptu, to opowiada o filozofii Woltera. Przede wszystkim chodzi tu o zainteresowanie śmiercią, które było często obecne w twórczości tego francuskiego filozofa okresu oświecenia. Muzycy Kino dostrzegają też umiłowanie wolności, o którą zabiegał Wolter. W ten sposób album "Radio Voltaire" stanowi wyobrażenie stacji radiowej wygłaszającej w swoim paśmie poglądy tego filozofa. Od razu trzeba jednak powiedzieć, że główni twórcy dzieła, tj. John Mitchell i Pete Trewavas, przedstawili zaledwie wygodny fragment poglądów Woltera. On, nazywany na krążku orędownikiem wolności, popierał przecież system rządów absolutyzmu oświeconego, zaś Katarzynę II nazywał opiekunką wolności w Polsce. Jego zdaniem rozbiory Polski przeprowadzone pod koniec XVIII wieku dawały nadzieję na odbudowę swobody wyznania, której według Woltera w Polsce miało brakować. Z tego też powodu wyobrażenie stacji radiowej nadającej poglądy francuskiego filozofia wydaje się pomysłem nieco kontrowersyjnym. Wolter jest dziś postacią niejednoznaczną, o czym jednak album "Radio Voltaire" nie wspomina.

Krążek zawiera jedenaście utworów w regularnej trackliście, a także cztery bonusowe. Większość utworów łączy się ze sobą na zasadzie charakterystycznych akcentów radiowych. Tak jakby radio Wolter od czasu do czasu nadawało kolejną transmisję. Ten ciekawy zabieg - konwencja radiowa zawsze sprawdza się w prog rocku! - buduje klimat krążka "Radio Voltaire". Poza tym otrzymujemy tu solidnie zaprezentowany nowy rock progresywny rodem z Wielkiej Brytanii. Warto jednak wiedzieć, że w zawartości albumu dominują pomysły Johna Mitchella, bliskie choćby dwóm płytom Lonely Robot, który bez wątpienia w szeregach Kino zdominował wrażliwość Pete'a Trewavasa. W sumie więc "Radio Voltaire" nie zawiera tyle wpływów Marillion ile moglibyśmy sobie wyobrazić. Krążek mógłby być trzecią częścią Lonely Robot, tak jak pierwotnie zakładał John Mitchell. Chodzi oczywiście o szkice instrumentalne, ponieważ koncepcja liryczna nowego materiału Kino nie miałaby prawa zaistnieć we wspomnianym projekcie Johna Mitchella. W ten sposób album "Radio Voltaire" będzie wprowadzał słuchaczy w konsternację - ci, którzy pamiętają debiut projektu sprzed trzynastu lat mogą poczuć pewien niedosyt odnośnie kierunku rozwoju twórczości Kino, zaś osoby pierwszy raz słuchający tej muzyki mogą dojść do niebezpiecznego wniosku, że John Mitchell zarejestrował materiał, którego nie wykorzystał w pracach nad Lonely Robot. Nie ma w tym nic złego, ponieważ to wciąż dobra muzyka, ale daje się zauważyć problemy z jej tożsamością.

Wśród poszczególnych kompozycji warto szczególnie zapoznać się z utworem tytułowym. To efektownie porozciągana kompozycja, w której do pięknego dialogu instrumentalnego stają gitara Johna Mitchella i instrumenty klawiszowe Johna Becka. Przejścia pomiędzy kolejnymi partiami utworu, w tym nietypowe złamania jego struktury, tworzą dla tego dialogu dodatkowe kolory prog rockowej wrażliwości. Dobrze prezentują się także utwory "The Dead Club", "I Don't Know Why" i "Out Of Time". To dynamiczne, żywe kompozycje, w których muzycy Kino żonglują instrumentalnymi zagrywkami, czy to na poziomie gitary i perkusji, czy w nielicznych wypuszczeniach basu (...szkoda, że tak mało!). Dodatkową atrakcją tych utworów będą z pewnością elektroniczne paczki dźwięku (szczególnie w "The Dead Club"), czym zespół próbował nawiązać do wcześniej wspomnianego Cabaret Voltaire. Tego typu nawiązania daje się także wyraźnie odczuć w utworze "I Won't Break So Easily Any More", w którym żywiołowość Kino łączy się z synthowymi odjazdami, za które odpowiada Pete Trewavas. To najmocniejszy fragment albumu "Radio Voltaire", obok niezwykle klimatycznej kompozycji "Grey Shapes on Concrete Fields". Jej nietypowy wstęp, znowu zaczarowany przez basistę Marillion, odlicza sekundy do mocnego uderzenia. Kino rozkręca tu się wybuchowo, aby jednak wracać do motywu sygnalizowanego we wstępie. Całość jak w szwajcarskim mechanizmie powraca do początkowych partii utworu.

Krążek momentami wprowadza też do stanu muzycznego deja vu - Hej! Gdzieś to już słyszałem! - szczególnie ma to miejsce na poziomie utworów balladowych lub balansujących pomiędzy balladą a mocnymi instrumentalnymi improwizacjami ("Idlewild", "Temple Tudor", "Warmth Of The Sun", "Keep The Faith"). Nie ma w tym nic złego, bo to są ładne kompozycje, w dodatku fajnie ozdobione wypuszczeniami gitarowymi lub klawiszowymi, ale biorąc pod uwagę, że ostatni album Lonely Robot ukazał się niecały rok temu, to sprawiają wrażenie doświadczenia niedawno temu przeżytego. Naprzeciw temu wrażeniu wychodzi finałowa kompozycja "The Silent Figther Pilot". Tu również mamy do czynienia z balladowymi inklinacjami Kino, ale ze względu na miejsce utworu w trackliście (finał), nie prowadzą one do djea vu. Ba! Kompozycja brzmi porywająco. Wokalnie John Mitchell jest tutaj lepszy, niż na całym dystansie płyty, a jego gitara i pozostałe instrumenty grają tak jakby jutro miał zawalić się świat. To naprawdę mocny, zapadający w pamięć finał albumu "Radio Voltaire". 

Szkoda tylko, że drugi krążek Kino jest nierówny. Albumowi brakuje świeżości, którą odznaczał się debiut zespołu w 2005 roku, przez co "Radio Voltaire" jest fragmentami wtórnym materiałem. W dodatku w sensie instrumentalnym blisko mu do nagrań Lonely Robot, a dominacja Johna Mitchella nad całym materiałem  może wzbudzać niedosyt biorąc pod uwagę obecność Pete'a Trewavasa. To jednak wciąż dobrze zagrany rock progresywny w nowym, współczesnym wydaniu, podkreślający wiele atutów brytyjskiej sceny. Może nie jest to do końca muzyka najbardziej refleksyjna, ale jej twórcy wielokrotnie zaznaczyli na "Radio Voltaire" swoje wspaniałe możliwości. Ja jednak wciąż bardziej wyczekuję trzeciego albumu Lonely Robot, aby poddać się talentowi Johna Mitchella, albo nowego krążka Marillion, gdzie Pete Trewavas nie jest ograniczany, tak jak w tym przypadku.

Ocena: 7/10

Kino
O albumie w skrócie...

Skład: John Mitchell (g, w), Pete Trewavas (b, synth), Craig Blundell (p) i gościnnie John Beck (ik)
 
Tracklista:
1. Radio Voltaire
2. The Dead Club
3. Idlewild
4. I Don't Know Why
5. I Won't Break So Easily Any More
6. Temple Tudor
7. Out of Time
8. Warmth of the Sun
9. Grey Shapes on Concrete Fields
10. Keep the Faith
11. The Silent Fighter Pilot

Utwory dodatkowe:
12. Temple Tudor (Piano Mix)
13. The Dead Club (Berlin Headquarter Mix)
14. Keep The Faith (Orchestral Mix)
15. The Kino Funfair  
  
Kraj: 
Wielka Brytania

Produkcja:
 

John Mitchell

Gatunek:

Rock Progresywny

Dystrybucja:

Inside Out Music  

Rok wydania:
 

2018

Podsumowując: "Krążek mógłby być trzecią częścią Lonely Robot, tak jak pierwotnie zakładał John Mitchell. Chodzi oczywiście o szkice instrumentalne, ponieważ koncepcja liryczna nowego materiału Kino nie miałaby prawa zaistnieć we wspomnianym projekcie Johna Mitchella"

Konrad Zola
*Album udostępniony do odsłuchu dzięki uprzejmości wytwórni Inside Out Music.
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z materiałami umieszczanymi na stronie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz