niedziela, 5 lipca 2015

Leprous "The Congregation" (recenzja)

Być może najlepszą cenzurkę czwartego albumu studyjnego Leprous wystawili sobie sami twórcy, którzy w słowach wypowiedzianych przez Einara Solberga nazwali siebie pasożytami, pożeraczami rezultatu procesu stworzenia. W istocie Norwegowie pożerają emocje swoich słuchaczy. Są muzykami tyleż intrygującymi, co ekscentrycznymi. Każdy kolejny album Leprous wzbudza bowiem skrajne emocje, jest doniosłym przeżyciem, aby równocześnie być gumą do żucia dla uszu. Najnowsze dzieło kapeli pt. "The Congregation" wcale od tych dylematów nie uwalnia.

Album zawiera jedenaście utworów - dwanaście, jeśli kilka złotych więcej nie stanowi problemu - które precyzyjnie odzwierciedlają schizofreniczny styl zespołu. Norweska kapela na dystansie krążka "The Congregation" zaprezentowała bowiem muzykę bardzo nieregularną, poszarpaną, jakby była niezdarnie posklejana z różnych obłędnych elementów improwizowanego rocka i metalu. Sekcja instrumentalna zdaje się nie przejmować regułami tempa, nie zachowuje spójności, ale za to oferuje zaiste rollercoasterowy zjazd na instrumentach, gorączkuje się w podawaniu kolejnych zagrywek i kotłuje pod sekcją wokalną. Instrumentaliści Leprous bywają drapieżni i agresywni, tak samo jak wyciszeni i sakralni. Totalna schizofrenia. Całość wymownie podkreśla paranoiczny wokal Einara Solberga, najważniejszego pacjenta tego norweskiego domu wariatów. W sumie więc duży wysiłek trzeba włożyć, aby odnaleźć własną tożsamość w muzyce zawartej na "The Congregation".


Nieostrymi obrazkami na temat aktualnej kondycji studyjnej Leprous mogą być kompozycje "The Price", "Third Law", "Triumphant" i dodatkowy numer "Pixel", będące odzwierciedleniem burzliwych pomysłów kapeli. Wymienione utwory mające w sobie coś z potępionego rocka - stay, fight, betray - drażnią swoją agresywną formą, zasypują nieprzyzwoitą gęstością zarejestrowanych ścieżek instrumentów (szczególnie gitar) na minutę kwadratową kompozycji, a przy tym mają w sobie coś bardzo nieuporządkowanego, aby nie ocierać się o poważniejsze oskarżenia związane z niechlujstwem. Nie są to utwory przesadnie rozbudowane, w zasadzie dość schematyczne i utrzymane w klejącej się formule. Na ich tle znacznie lepiej prezentuje się choćby zręczna miniaturka "Within My Fence", taki okrzyk w tunelu na temat smutnego życia. Muzykom Leprous trudno też wybaczyć, że potencjał kilku utworów, choćby wspaniale zapowiadającego się "Red", nie został przez nich odpowiednio wykorzystany i rozbudowany, pozostawiając numer w niedopowiedzeniu i niedosycie.

Równie nieostro zawartość "The Congregation" opisuje kompozycja "Rewind". Na tym właśnie polega przewrotność tego materiału, ponieważ wspominany utwór stanowi pokaz niezwykłych umiejętności Norwegów. Kompozycja charakteryzuje się fascynującą strukturą - i am hollow, none to follow - zabierając słuchacza niemalże do intymnej świątyni wyobrażeń Leprous. Utwór "Rewind" chce być eksplorowany, wypełnia go refleksyjność i piękna współpraca pomiędzy kolejnymi sekcjami instrumentów oraz wokali. Do bardzo mocnych punktów albumu "The Congregation" należy też zaliczyć utwór "Moon", będący być może najbardziej interesującym nagraniem na nowym krążku Leprous - shadows are gone - opowiedzianym w efektownej progresywnej przestrzeni, pełnej znakomitych zagrywek (bębny Baarda Kolstada! gitary Tora Oddmunda Suhrke!). To zupełnie tak jakby Norwegowie wyznaczali standardy nowego grania w progresji, awangardzie i jej wariantach.

W podobnej konwencji, co wcześniej wspominany "Rewind", wyłania się także numer "The Flood", mający w sobie coś ze schizofrenicznego oblicza zespołu, ale to w każdym razie utwór utrzymany w obrzędowym wymiarze twórczości Leprous, dotknięty niezmąconą błyskotliwością zespołu. Wykrzyczane tu przez Einara Solberga słowa: "stay with me now when I'm falling, drown me when I reach for air", pozostaną ze słuchaczami na długo. Na głębokości Rowu Mariańskiego znajdują się także emocje wylane przez wokalistę Leprous w melancholijnej kompozycji "Slave" - cloud of dust, caught in storm - mającej w sobie coś bardzo post-metalowego. Tymczasem na krawędzie podniosłego nastroju Norwegowie zaprosili w utworze "Down", ozdobionym efektownymi improwizacjami gitarowymi i zawodzącym sentymentalnymi partiami wokalnymi. W sumie szeroka przestrzeń i ograniczona ilość agresji bardzo służą zawartości "The Congregation".

A może nowy krążek Leprous to instrumentalna spowiedź Einara Solberga -
all i know collapsed, vanished - dedykowana tylko odważnym słuchaczom, którzy nie mają oporów, aby zagłębić się w jego mroczny umysł? Finałowy utwór "Lower" zdaje się potwierdzać sentymentalizm i szaleństwo tkwiące w tym muzyku, choć Leprous to w zasadzie umysł kolektywny, podłączony przynajmniej do dwóch osób, ponieważ obok muzyki Solberga ważną rolę na "The Congregation" odgrywają mocne słowa napisane w większości przez Tora Oddmunda Suhrke. Jaki jest więc nowy album Leprous? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Dawno nie słyszałem materiału, który ma potencjał, aby wywoływać lawinę tak bardzo skrajnych odczuć. Nie chodzi wyłącznie o kwestie instrumentalne i liryczne, choć te właśnie ową dwoistością wpisały się w tożsamość dzieła, ale też o samą filozofię Leprous. Deszczową, melancholijną i kołyszącą się w odmętach szaleństwa. 

Ocena: 8/10

O albumie w skrócie...

Skład: Einar Solberg (ik, w), Tor Oddmund Suhrke (g), Øystein Landsverk (g), Baard Kolstad (p), Simen Børven (b)

Tracklista:
1. The Price
2. Third Law
3. Rewind
4. The Flood
5. Triumphant
6. Within My Fence
7. Red
8. Slave
9. Moon
10. Down
11. Lower
12. Pixel (edycja rozszerzona)  
Kraj: 
Norwegia

Produkcja:
Leprous, Fredrik Klingwall, David Castillo

Dystrybucja:
Inside Out Music

Gatunek:
Rock Progresywny, Metal Progresywny, Metal Awangardowy

Rok wydania:
2015

Podsumowując: "Instrumentaliści Leprous bywają drapieżni i agresywni, tak samo jak wyciszeni i sakralni. Totalna schizofrenia. Całość wymownie podkreśla paranoiczny wokal Einara Solberga, najważniejszego pacjenta tego norweskiego domu wariatów" 

Konrad Zola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz