Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ROCK EKSPERYMENTALNY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ROCK EKSPERYMENTALNY. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2026

Na skróty PO ZMROKU, część 7: Telegraph, Spirergy, Floating Nest

W nowej części skrótów po zmroku, czyli szybkiego omówienia najważniejszych albumów ostatnich tygodni, zapraszam do Izraela, Wielkiej Brytanii oraz Hiszpanii. Dzisiejsze zestawienie to konfrontacja trzech różnych podejść do progresywnej materii. Sprawdzimy, jak Telegraph po ośmioletniej przerwie radzi sobie z topografią umysłu i czy powrót do korzeni space rocka wciąż potrafi hipnotyzować. Zderzymy się z ambicjami Dave’a Allena, który w projekcie Spirergy testuje cierpliwość słuchacza, balansując na krawędzi piękna i przesytu. Na koniec przyjrzymy się hiszpańskiemu debiutowi Floating Nest – płycie, która udowadnia, że w rocku progresywnym wciąż jest miejsce na nową, potężną energię i wokalną charyzmę, która rzuca na kolana.

poniedziałek, 9 czerwca 2025

Messa "The Spin" (recenzja)

Kilka tygodni temu w krótkiej recenzji wspominałem o tegorocznym albumie włoskiej kapeli Messa pt. "The Spin". Zdążyłem wówczas napisać, że to piękne dzieło, ale nie przypuszczałem, że będzie mi towarzyszyć w kolejnych dniach. Aż do dzisiaj, pewnie też jutro i pojutrze. Może już na zawsze? 

Nie może być więc inaczej - ten krążek zasługuje, aby przyjrzeć mu się dokładniej, wzmocnić przekaz o jego wielkości. O tej metalowej melancholii. O strachu, nostalgii i popiołach. Jeśli nie wiecie w jaki sposób może brzmieć wokal, który określiłbym jako papieros wypalany w tunelu tego bardzo deszczowego dnia, to posłuchajcie Sary Bianchin. Staje się ona dzięki albumowi "The Spin" czarnym łabędziem sceny metalowej. Wywodzący się z Włoch zespół Messa też zasługuje, aby zrobiło się o nim głośniej. Przeszło dekada twórczości i trzy duże płyty zbudowały tożsamość grupy, której najbardziej pełny kształt otrzymujemy na krążku "The Spin". To wielkie dzieło, które ma szansę wyznaczyć kanony gatunku. Jest mszą w stylu noir. Narracją uczuć, które skrywamy gdzieś głęboko w środku samego siebie.

niedziela, 25 maja 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 6: Somewhere, Lux Terminus, Staraya Derevnya

W kolejnej części skrótów po zmroku docieramy na trzy kontynenty. Zaczynamy od Europy i szwedzkiego zespołu Somewhere, który chyba zbyt długo czekał z debiutem zatytułowanym "Bridges". Następnie przenosimy się do Ameryki Północnej, ściślej do Cleveland, gdzie kapela Lux Terminus udowadnia na swoim krążku "Cinder", że metal progresywny ma się naprawdę dobrze. Na koniec wędrujmy do Azji. W izraelskiej Hajfie swoje korzenie ma jeden z najdziwniejszych zespołów na świecie - Staraya Derevnya, którego nowy album pt. "Garden Window Escape" tylko te dziwactwa pogłębia. 

wtorek, 20 maja 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 5: Messa, Kwoon, Sykofant

 

W dzisiejszej części skrótów po zmroku jesteśmy w nostalgicznej, melancholijnej Europie. Zaczynamy od Włoch, gdzie zespół Messa zarejestrował znakomicie posępny, mroczny i pełen emocji album "The Spin". To bez wątpienia jeden z kandydatów do płyt roku, który zapadnie wam głęboko w duszy i w pamięci. Powrót po latach zalicza inna melancholijna kapela, francuski Kwoon, choć ten rodzaj melancholii bardziej opiera się na elektronice i minimalistycznym rocku, jak na krążku "Odyssey", aniżeli na ciężkich patentach, których nie brakuje wspomnianym Włochom z Messa. Docieramy też do Skandynawii, a w zasadzie do garażu w norweskim Oslo, gdzie swoje pierwsze kroki stawia grupa Sykofant. 

piątek, 16 maja 2025

Panzerballett "Übercode Œuvre" (recenzja)

Cytując serialowego klasyka: "No, to będzie jeb, albo łubudu!".

Wow! Ale czad! Krążek zatytułowany niczym plan inwazji na Polskę, "Übercode Œuvre", okazuje się jednym z najlepszych tegorocznych nagrań z szeroko rozumianego świata rocka i metalu progresywnego, przy czym autorzy tego albumu, zespół Panzerballett, deklarują w swoich utworach również przywiązanie do jazz fusion, latino jazzu, funku, hardcore i death metalu. Brzmi nieprawdopodobnie? Ba! Trzeba mocno zapiąć pasy, jeszcze mocniej otworzyć duszę i dać się porwać kompozycjom zawartym na "Übercode Œuvre", bo to fantastyczny, wszechstronny i absolutnie oryginalny album.

Jeśli kapela nazywa się Panzerballett to jej pochodzenie nie będzie żadną tajemnicą. Jednak wbrew wyobrażeniom o niemieckim pragmatyzmie to ten projekt made in Germany ma łączyć rozmaite wpływy muzyczne, a nawet i muzyków wywodzących się z różnych światów. Kapela funkcjonuje już przeszło dwadzieścia lat, a przez osiem wydanych przez nią płyt faktycznie przewinęła się liczna grupa muzyków. W pierwszych latach działalności Panzerballett mobilizacja następowała głównie z Niemiec i Austrii. Wszak twórca tego muzycznego zamieszania Jan Zehrfeld to dość znany gitarzysta na niemieckim rynku muzycznym, więc i jego lokalne kontakty też są rozbudowane w tej części świata. Stworzył on Panzerballett z saksofonistą Gregorem Bürgerem, basistą Florianem Schmidtem i perkusistą Maxem Bucherem. Żadnego z nich nie ma już dziś w składzie Panzerballett, ale filozofia zespołu się nie zmienia, o czym najlepiej świadczy album "Übercode Œuvre".

sobota, 10 maja 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 4: Solstice, Cheat The Prophet, Wilson Project, Derev

W dzisiejszym międzykontynentalnym odcinku skrótów po zmroku wędrujemy po dwóch kontynentach, Europie i Ameryce Północnej, choć znajdą tu się również orientalne smaczki rodem z Kuwejtu. To odcinek mocnych kobiecych wokali, prog rockowej klasyki idącej odważnie w przyszłość, ważnych momentów oraz mniej lub bardziej udanych eksperymentów.
 
Najpierw wędrujemy do Wielkiej Brytanii. Ceniona przez samego Stevena Wilsona kapela Solstice próbuje nawiązywać do swojej przeszłości, ale też odważnie zmierza w przyszłość. Jej nowy album "Clann" powinien trafić w serca fanów angielskiego prog rocka, którzy będą też z nostalgią wspominać stare, dobre czasy. Następnie krótka wizyta w USA, aby tylko zorientować się, że album "Redemption" kapeli Cheat The Prophet ma szansę stać się jednym z najgorszych nagrań tego roku. Jesteśmy też we Włoszech, poznajemy Wilson Project i piękną Annalisę Ghiazzę na krążku "Atto Primo".  To ona jest głównym atutem tego zespołu. Na finisz znowu płyniemy za ocean - tym razem do Kanady, gdzie zespół Derev próbuje przedstawić się światu albumem "Troubled Mind". Więcej w tym Kuwejtu, niż Kanady, ale brzmi ciekawie.

poniedziałek, 7 maja 2018

King Crimson "Live in Vienna" (recenzja)

O następcy wydanego przed piętnastoma laty "The Power To Believe", czyli ostatniego dużego albumu studyjnego King Crimson, słychać niewiele. Jednak licząca już pięćdziesiąt lat istnienia kapela nie pozostaje w milczeniu. Jej koncerty pobudzają wyobraźnię, ekscytują i dowodzą żywotności Karmazynowego Króla. W sumie więc legendarny londyński zespół skupił się w ostatnich latach - pomijając boxy i materiały best of - na nagraniach live. W ten fason wpisuje się trzy-płytowe wydawnictwo zatytułowane "Live in Vienna". 
 
Trwający dobrze ponad trzy godziny materiał stanowi zapis koncertu King Crimson zarejestrowanego jeszcze 1 grudnia 2016 roku w słynnym wiedeńskim MuseumsQuartier, przy czym trzeba zauważyć, że trzecia płyta wydawnictwa "Live In Vienna" poza koncertem w stolicy Austrii zawiera także zapis występów zespołu w Kopenhadze (utwór "Fracture"), Mediolanie, Rzymie i Florencji (...na raty "Schoenberg Softened His Hat"), Barcelonie i Marsylii (też na raty "Ahriman's Ceaseless Corruptions") oraz Antwerpii ("Spenta's Counter Claim"). O co chodzi z kompozycjami granymi na raty w kilku miastach? Trzeba by było otworzyć głowę inżyniera dźwięku odpowiedzialnego za miks "Live In Vienna" Chrisa Portera, aby się o tym przekonać. Można też sięgnąć po "Live in Vienna", ponieważ to wydawnictwo te zagadki rozwiązuje - wielowymiarowe połączenia pomiędzy utworami są  niezauważalne, tak jakby muzycy King Crimson grali jednego dnia w jednym miejscu, zresztą poruszając się w mrocznym, owianym aurą tajemnicy klimacie. Taki jest King Crimson. Zagadkowy, wizjonerski, wytyczający nowe szlaki w muzyce. W sumie więc wartość trzeciej płyty w zestawieniu "Live in Vienna" jest ważna. Ponad wspomnianymi zabiegami aranżacyjnymi kapitalnie brzmią tu utwory "21st Century Schizoid Man" i "Fracture", a pewną niespodzianką dla słuchaczy może być cover "Heroes" z repertuaru Davida Bowie, choć w mojej ocenie niekoniecznie ta kompozycja współgra ze stylem King Crimson.

niedziela, 25 lutego 2018

Perfect Beings "Vier" (recenzja)

Duchy King Crimson przenikają do świata współczesnej muzyki. Widać to dobrze na przykładzie twórczości amerykańskiej kapeli Perfect Beings, której trzeci album, wydany w tym roku "Vier", dowodzi iż wpływy Roberta Frippa i jego brytyjskiej awangardy są żywe wśród aktualnych twórców rocka progresywnego i szeroko rozumianej muzyki eksperymentalnej. W istocie albumowi "Vier" nie brakuje zarówno charakterystycznych crimsonowskich podróży, jak również typowego w tej warstwie eksperymentu. Czwarty krążek Perfect Beings okazuje się zatem niebanalną, pełną licznych zwrotów i nietypowych wypuszczeń muzyczną jazdą figurową w progresywnym kunszcie i na lodowisku pełnym rozmaitych przestrzeni. Album zagrany przez Ryana Hurtgena, Johannesa Luley, Jesse Nasona i Bena Levina powinien więc wzmocnić świadomość słuchaczy o obecności Perfect Beings na rynku muzyki.

Krążek zawiera cztery rozbudowane kompozycje, trwające od prawie siedemnastu do prawie dziewiętnastu minut. Każdy z utworów - "Guedra", "The Golden Arc", "Vibrational" i "Anunnaki" - składa się z kilku części, które należy traktować umownie. Daje się bowiem usłyszeć logiczne powiązania pomiędzy kolejnymi częściami utworów, które w każdym przypadku trzymają się charakterystycznego brzmienia narzuconego przez Perfect Beings. Tymczasem każdorazowo do innego wymiaru muzycznych wyobrażeń zabiera kolejny utwór. Całość okazuje się więc wielobarwnym, niezwykle interesującym doznaniem. W dodatku to doznanie wzmacniają liczne muzyczne reminiscencje, co innymi słowy oznacza, iż na dystansie tego trwającego ponad siedemdziesiąt minut albumu nie da się uwolnić od skojarzeń z King Crimson. Uczciwie trzeba też oddać Perfect Beings, że Amerykanie w poszukiwaniu swojego stylu dotarli do wielu nurtów, dzięki czemu album "Vier" oprócz prog rockowych pejzaży i eksperymentalnych szaleństw, zawiera też bogate fragmenty klasycznego rocka, jazzu, folku i mniej oczywistych rozwiązań. To muzyka, która zaskakuje.

czwartek, 20 lipca 2017

Tuesday The Sky "Drift" (recenzja)

Jim Matheos jest żywą legendą metalu progresywnego. Ten ceniony gitarzysta, współtwórca kultowego Fates Warning i znakomitego OSI, a także współautor wielu świetnych nagrań, przesunął się w tym roku w kierunku eksperymentu, czego dowodzi jego album w ramach projektu Tuesday The Sky zatytułowany "Drift". Instrumentalny materiał (z umownym wyłączeniem utworów "Vortex Street", "Westerlies" i "Roger, Gorgo") cechuje się melancholijną atmosferą, którą budują ambientowe przestrzenie i riffy gitarowe Matheosa. To muzyka nieodporna też na wpływy post rocka, a także poddająca się progresywnej nieprzewidywalności. Album co najmniej warty zauważenia.

Geneza Tuesday The Sky bierze się z metalu progresywnego. Otóż jeden z utworów dziś tworzących album "Drift" powstał jako kompozycja bonusowa jeszcze z myślą o ostatnim krążku Fates Warning pt. "Theories Of Flight", aczkolwiek wówczas członkowie tego zespołu uznali, że numer nie pasuje do koncepcji płyty nawet w wydaniu bonusowym. Jim Matheos nie chcąc jednak pozostawić w szufladzie swojego nagrania utworzył Tuesday The Sky, projekt biegunowo inny od prog metalowego stylu Fates Warning, odróżniający się też od i tak już niestandardowego OSI. Granice eksperymentu w wykonaniu Matheosa, w porównaniu do jego poprzednich nagrań solowych, zostały więc mocno przesunięte, gdzieś w kierunku twórczości takich artystów jak Brian Eno, Boards Of Canada, Sigur Ros czy Explosions in The Sky. W tym przesuwaniu granic swojej muzycznej wrażliwości Matheosowi pomogli znany z God Is An Astronaut perkusista Lloyd Hanney, a także wywodząca się z indie rocka wokalistka Anna Lynne Williams i wizjonerski Kevin Moore.

środa, 7 czerwca 2017

Bent Knee "Land Animal" (recenzja)

Młoda, choć doświadczona już amerykańska formacja Bent Knee zarejestrowała właśnie swój czwarty duży album studyjny pt. "Land Animal". To album pozbawiony wspólnych mianowników, tak jak trzy poprzednie nagrania tego zespołu z Bostonu, który najwyraźniej wszelkimi sposobami, a przede wszystkim swoją ogromną kreatywnością, pragnie uniknąć zaszufladkowania. Bent Knee to nazwa, które nie wzbudza skojarzeń z konkretnym gatunkiem muzyki. To czysta kreacja niezwykle utalentowanych, owianych jeszcze w Europie pewną aurą tajemnicy muzyków. Ich najnowsze dzieło zatytułowane "Land Animal" powinno utrwalić obecność kapeli w masowej świadomości. 

W twórczości sześcioosobowego składu Bent Knee daje się usłyszeć szerokie wpływy, od art rocka i progresji, przez minimalistyczne, ujmujące pejzaże, ku nawet elementom popu, tak jakby zespół wciąż nie był pewny swojego stylu... a może ta różnorodność jest właśnie wyznacznikiem stylu zespołu z Bostonu? Wszystko na to wskazuje, ponieważ "Land Animal" to już przecież czwarty krążek formacji, na którym dzieje się naprawdę dużo! Zacznijmy jednak od warstwy lirycznej. Otóż każdy z utworów zawartych na "Land Animal" mówi o borykaniu się z problemami, głównie tymi w szerszej skali społecznej, takimi jak globalne ocieplenie, relacje międzyludzkie, które zeszły do poziomu cyfrowego, rasizm, czy też polaryzacja społeczna wynikająca z opowiadania się ludzi po którejś z nośnych i na ogół pustych idei. Bent Knee mówi, że współczesne społeczeństwa nie potrafią ze sobą rozmawiać. Ba! Kapela opowiada też o problemach już na poziomie rodziny, które później przekładają się na systemy społeczne. Album nie ma wymowy politycznej, jak zapewnia perkusista Gavin Wallace-Ailswort, ale o politykę się ociera, kwestionując jej zakłamanie i cynizm.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Richard Barbieri "Planets + Persona"

Powiązany z Japan i Porcupine Tree londyński wizjoner instrumentów klawiszowych Richard Barbieri pozostaje w niezwykłej mocy twórczej. Jego trzeci album solowy zatytułowany "Planets + Persona" dowodzi nie tylko wielkich umiejętności artysty, ale też daje świadectwo jego nieustannych dążeń ukierunkowanych na poszukiwanie nowych rozwiązań w muzyce. Richard Barbieri inspirując się wszechstronnym światem muzyki i jego różnymi gatunkami, a także czerpiąc ze swojego wieloletniego doświadczenia na scenie zaproponował więc słuchaczom album o unikatowym ładunku emocji, pięknych muzycznych strukturach i nietypowym, napełniającym ducha klimacie. Krążek "Planets + Persona" to jedno z najmocniejszych nagrań sygnowanych imieniem i nazwiskiem Richard Barbieri. 

W tym pod wieloma względami eksperymentalnym, często też odkrywczym labiryncie dźwięków, angielskiego artystę wsparła grupa utalentowanych muzyków, choć warto pamiętać, że album "Planets + Persona" został w całości napisany i wyprodukowany przez Richarda Barbieriego. On sam przeprowadził też selekcję osób, z którymi zapragnął zarejestrować ten składający się z siedmiu utworów materiał. Całość, będąca formą koegzystencji progresywnej przestrzeni i elektronicznych form, okazuje się wyjątkowym przeżyciem. Tenże pochłaniający i właściwy tylko Richardowi Barbieriemu eksperymentalizm daje się odczuć już na dystansie pierwszej kompozycji tworzącej album "Planets + Persona", czyli "Solar Sea". Dziwne, minimalistyczne dźwięki, jakby wprowadzające do industrialnej mszy, stopniowo nabierają tu tempa i wyrazu. W pulsującym klimacie na "Solar Sea" atmosferę tajemnicy budują szczątkowe wokale w wykonaniu Lisen Rylander Löve. Ona często też wdaje się w rozmowy, w których uczestniczy jej saksofon, a także trąbka w wykonaniu Luki Calabrese. Całość charakteryzuje się specyficznym klimatem miasta nocą, budząc nieco skojarzenia z legendarnym albumem "Perdition City" Ulver. Tym skojarzeniom sprzyjają rozmaite efekty, sample, tła i nietypowe ścieżki klawiszowe autorstwa Richarda Barbieriego. On także po mistrzowsku kontroluje lub zmienia tempo tego i innych utworów na płycie. Główny programator "Planets + Persona", mistrz tej nowoczesnej ceremonii dźwięku, potwierdził więc na tym albumie swoje znakomite umiejętności, ale też wykazał się niespotykanym zbyt często w naturze wizjonerstwem. Po takim ładunku pięknych, sięgających głębi ducha emocji jak w utworze "Solar Sea", dalsza część albumu musiała być wyzwaniem.

niedziela, 29 stycznia 2017

Tim Bowness "Lost In The Ghost Light" (recenzja)

Kariera solowa Tima Bownessa nabrała rumieńców. Artysta wydał właśnie swój czwarty album zatytułowany "Lost In The Ghost Light", będący zarazem trzecim jego materiałem na przestrzeni ostatnich trzech lat. Owe rumieńce nie są jednak wyłącznie rezultatem ożywienia twórczego Tima Bownessa jeśli chodzi o częstość wydawanych albumów, ale również wynikają z odważniejszego podejścia do muzyki. Daje się bowiem zauważyć, że "Lost In The Ghost Light" przynajmniej częściowo wyciąga Anglika z minimalistycznej otchłani, przy okazji stawiając pytanie czy to dobrze, czy źle.

Album wieloma momentami zaskakuje, szczególnie ma to miejsce w zestawieniu z dotychczasową twórczością Tima Bownessa. Trudno o inne wrażenie wobec niemalże paranoicznego numeru "Kill The Pain That’s Killing You", czyli prawie rockowego standardu z nieźle przesterowaną gitarą brzmiącą w tle i na pierwszym planie. Uczucie zaskoczenia potęguje niestaranne zakończenie utworu, tak jakby został on przerwany o kilka sekund za wcześnie. Niewykluczone jednak, że to celowy zabieg, będący naturalnym skutkiem konceptu o starzejącym się muzyku, pełnym obaw o swoją pozycję w branży, wystraszonym i wątpiącym w swoje twórcze możliwości. Tak oto dużą wartością albumu "Lost In The Ghost Light" jest postawienie się Tima Bownessa w roli głównego bohatera albumu, w założeniu fikcyjnego mistrza klasycznego rocka, który znajduje się na zakręcie przemijania i w punkcie związanych z tym przemyśleń nad sensem swojego życia scenicznego i zarazem prywatnego. Tim Bowness mówi trochę o sobie. 

niedziela, 28 sierpnia 2016

Fobia Inc. "Astral Seasons" (recenzja)

Czasy wielkich debiutów się skończyły. Kiedy ze swoimi pierwszymi płytami wchodziły Riverside i Lebowski to można było odnieść wrażenie, że coś wielkiego dzieje się na polskiej scenie rocka i metalu progresywnego. Riverside to dziś wielka międzynarodowa marka, Lebowski też ma ku temu możliwości, choć kapela niespodziewanie rozsypała się i nie może powstać. Gdzie więc do takich albumów, jak "Out Of Myself" i "Cinematic", płycie "Astral Seasons" zespołu Fobia Inc.? 

Tak się akurat składa, że duży debiut czteroosobowego kwartetu instrumentalistów tworzących Fobia Inc. prezentuje się całkiem nieźle. Być może "Astral Seasons" to nawet jeden z najlepszych polskich debiutów ostatnich lat w tym segmencie muzyki, o której tu piszę, ale też łatwo o refleksję, że do tych największych debiutów owemu albumowi strasznie daleko, niewyobrażalnie wręcz daleko. W sumie więc muzycy Fobia Inc. to dla mnie najpierw punkt odniesienia, bo pomimo niezłej jakości zaprezentowanej muzyki, ja sam muszę się nieco wyżyć na tych wszystkich debiutantach, którzy nagrywają płytę, później następną, jakiś album koncertowy o beznadziejnej jakości, może kompilację, i tak zdobywają uznanie w Pściowie Małym i regionie, następnie sądząc, że już nic nie muszą robić. W jakim kierunku zmierza więc muzyka?! Które kapele dziś pracują tak mocno, jak niegdyś pracowali muzycy Riverside?! Współcześnie nie trzeba mieć nawet kontraktu z wytwórnią, aby wydać płytę. Wystarczy youtube, bandcamp czy inne medium umożliwiające zdobywanie lajków. Niestety to są pierwsze skojarzenia z jakimi zmagałem się przy "Astral Seasons". Na szczęście tylko pierwsze.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Nordic Giants "A Séance Of Dark Delusions" (recenzja)

Duży debiut roku? Istnieje przynajmniej cień szansy, że o muzyce duetu tworzącego Nordic Giants ktoś usłyszał jeszcze przed pięcioma laty, gdy w 2010 roku ukazał się mały album pt. "A Tree As Old As Me". W kolejnych latach twórcy Nordic Giants, czyli Loki i Rôka, zaproponowali jeszcze kilka małych wydawnictw, aby w 2014 roku podpisać przełomowy kontrakt z Kscope. Owocem tego kontraktu jest album pt. "A Séance Of Dark Delusions". To duży debiut Nordic Giants. Pierwszy akt sztuki osadzonej w klaustrofobicznym kinie brzęku.

Album zawiera dziewięć niezwykle przestrzennych, nowocześnie brzmiących kompozycji. To w sumie niby tylko niecałe czterdzieści trzy minuty muzyki, ale głębia krążka "A Séance Of Dark Delusions" sprawia, że ów czas zamienia się w skomplikowany labirynt pełen post rockowego, progresywnego, elektronicznego i eksperymentalnego etosu. Nic więc dziwnego, że duży debiut Nordic Giants próbuje być sprzedawany jako materiał dla fanów Pink Floyd, Dead Can Dance, Sigur Rós czy Björk. Wieloformatowość krążka "A Séance Of Dark Delusions", jego plastyczność, światowe przesłanie oraz intensywność dźwięków świadczą, że Loki i Rôka dotarli do punktu, w którym muzyka przestaje być tylko muzyką.

czwartek, 30 lipca 2015

Joe Satriani "Shockwave Supernova" (recenzja)

Za niecały rok Joe Satrianiemu stuknie szósty krzyżyk. W każdym razie legendarny gitarzysta z nowojorskiego Westbury nie zamierza się starzeć, a jego piętnasty duży album studyjny zatytułowany "Shockwave Supernova" to przeszło godzina wyśmienitego gitarowego grania. 

Na wstępie trzeba zauważyć, że to jeden z najdłuższych materiałów legendarnego Satcha. Dość powiedzieć, że ostatnie dzieło tego artysty przekraczające godzinę trwania zostało wydane w 2002 roku roku i był to jego dziewiąty album zatytułowany "Strange Beautiful Music". Być może Joe Satriani chciał w ten sposób powiedzieć swoim słuchaczom, że powoli wraca do korzeni, ale moim zdaniem - wbrew niektórym opiniom - jego forma nieustannie pozostaje bez zarzutu i trudno wskazać na przestrzeni prawie trzydziestoletniej aktywności studyjnej fenomenalnego gitarzysty choć jeden słaby album podpisany jego imieniem i nazwiskiem. Tak oto materiał zatytułowany "Shockwave Supernova" złotymi riffami wpisuje się w wielkie dziedzictwo Joe Satrianiego. 

niedziela, 26 lipca 2015

Tim Bowness "Stupid Things That Mean The World" (recenzja)

Nazywam się Tim Bowness, urodziłem się w hrabstwie Cheshire, mam przeszło pięćdziesiąt lat i jestem bardzo wrażliwy.

To zdanie, które każdy odbiorca albumu zatytułowanego "Stupid Things That Mean The World" mógłby spróbować przyporządkować do swojej wrażliwości albo przynajmniej stanąć przed lustrem i zapytać o to kim dziś tak naprawdę jest, a km będzie jutro czy w niepewnym pojutrze. Okazuje się bowiem, że trzeci album solowy Tima Bownessa to materiał niezwykle minimalistyczny, rozłożony na zwiewnych acz paradoksalnie głębokich emocjach, oszczędny w swej formie i nastawiony raczej na poetykę rocka, aniżeli na spektakularne środki wyrazu. Angielski artysta zarejestrował być może najbardziej intymne dzieło w swojej pełnej kolorów karierze. Album pozbawiony fajerwerków, wypływający z serca i duszy artysty oraz wpisujący się w konwencję jego dotychczasowych nagrań, gdzieś pomiędzy art rockiem, ambientem, rockiem progresywnym a muzyką określaną dream popem. Tima Bownessa trzeba lubić, po prostu być w jego skórze, aby dać się zniewolić dźwiękom zawartym na krążku "Stupid Things That Mean The World". Czy macie na tyle odwagi, aby stać się ludźmi motylami?!

sobota, 27 czerwca 2015

Anekdoten "Until All The Ghosts Are Gone" (recenzja)

Aż ośmiu lat muzycy szwedzkiej kapeli Anekdoten potrzebowali na zarejestrowanie nowego albumu studyjnego. Takie długie przerwy nie służą utrwalaniu tożsamości zespołów tworzących muzykę w dowolnym gatunku, choć w niektórych przypadkach działają niczym katharsis, bywają oczyszczające i chronią przed możliwym przebrzmieniem proponowanych pomysłów, szczególnie jeśli wywodzą się one z bardzo konkretnego obszaru inspiracji, jak przecież bywa w przypadku crimsonowskich inklinacji Anekdoten. Tak oto ta kapela postanowiła przypomnieć się wszystkim słuchaczom, którzy oddając swoje emocje zaufali jej na przełomie XX i XXI wieku. Przypomnieniu o istnieniu Szwedów służy krążek zatytułowany "Until All The Ghosts Are Gone".

Szóste duże dzieło Anekdoten nie zrywa z dotychczasowymi standardami zespołu, będąc materiałem osadzonym na instrumentach wśród pomysłów wypracowanych przez twórców angielskiej sceny rocka progresywnego przełomu lat 60. i 70. ubiegłego stulecia, nawiązując przede wszystkim do dziedzictwa King Crimson. W sześciu kompozycjach szwedzkiego zespołu zawartych na płycie "Until All The Ghosts Are Gone" unosi się klimat londyńskiej legendy, szczególnie na poziomie gitar, ale często też w paranoicznej naturze zarejestrowanych utworów. Anekdoten eksperymentuje, wdaje się w romanse z dźwiękiem oraz improwizuje, a wszystko to rozgrywa się w barwnych i rozbudowanych przestrzeniach, bez pośpiechu, czasem jakby leniwe, częściej jednak w schizofrenicznej i nieprzewidywalnej konwencji. To progresja, która lubi zaskakiwać, choć starsi słuchacze tego typu zaskoczenia zdążyli poznać już dawno temu.

sobota, 13 czerwca 2015

Rick Miller "Breaking Point" (recenzja)

Czy znacie Ricka Millera? Kanadyjski kompozytor i multiinstrumentalista ma na swoim koncie jedenaście dużych albumów studyjnych i kilka innych materiałów, ale można odnieść wrażenie, że na Starym Kontynencie jego twórczość nie jest dobrze znana, co zresztą mogę potwierdzić własnymi doświadczeniami. W każdym razie czasy się zmieniają, dostępność do muzyki z różnych zakątków świata upowszechniła się, a więc łatwiej dotrzeć choćby do tego kanadyjskiego artysty, który debiutował jeszcze w 1983 roku! Muzyk, noszący bardzo zobowiązujące imię, w 2015 roku wydał dwunasty już album studyjny zatytułowany "Breaking Point".

Zadaniem dla filozofów, być może socjologów, wydaje się prześledzenie dynamiki zmian wszystkich okładek zdobiących zawartość kolejnych albumów Ricka Millera. Rokrocznie zwiększa się w nich skala mroku, która na krążku "Breaking Point" osiągnęła stan zenitalny. Rozpadająca się istota ludzka, nieco w stylu obrazów Alexa Greya, stanowi jeden z symboli naszych czasów. Tymczasem jeszcze kilkanaście lat temu Rick Miller przedstawiał nieodgadniony kosmos i nurtujące pejzaże na temat natury, wyobrażał też sobie takie fantastyczne stworzenia jak jednorożec, aby od kilku lat zainteresować się bolesnym upadkiem współczesnego człowieka. Dramat wyłaniający się z "Breaking Point" to nie tylko zapadająca w pamięć grafika autorstwa Patricka Tanga, ale też muzyka napisana głównie nocą.

wtorek, 3 marca 2015

King Crimson "Live At The Orpheum" (recenzja)

Wczesną jesienią 2014 roku w Teatrze Orpheum w Los Angeles powiało magią, może nieco już poddaną procesowi przemijania, ale nieustannie hipnotyzującą i budzącą wyobraźnię. To w tym miejscu King Crimson grał jeden z koncertów w ramach amerykańskiej trasy zespołu pn. "The Elements of King Crimson". Fragment giga doczekał się zapisu i został wydany na CD i DVD pod tytułem "Live At The Orpheum". 

Skład wpływowej legendy angielskiego rocka progresywnego daleki jest dziś od klasycznej ekipy, która tworzyła kamienie milowe gatunku, takie albumy jak "In the Court of the Crimson King" w 1969 roku, "In the Wake of Poseidon" w 1970 roku czy nawet "Red" w 1974 roku. Spoiwem łączącym czasy świetności King Crimson z teraźniejszością pozostaje Robert Fripp, częściowo też Mel Collins. Oprócz tych legend na scenie Teatru Orpheum stawili się muzycy powiązani z eksperymentalnymi czasami twórczości King Crimson, czyli Pat Mastelotto i Tony Levin, a w dalszej kolejności Gavin Harrison, Jakko Jakszyk i Bill Rieflin. W sumie więc publiczność zebrana w tym wyjątkowym miejscu w Mieście Aniołów obserwowała muzyków, którzy wnieśli na scenę dobrze przeszło 400 lat życia, doświadczenia i kariery muzycznej.