wtorek, 20 maja 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 5: Messa, Kwoon, Sykofant

 

W dzisiejszej części skrótów po zmroku jesteśmy w nostalgicznej, melancholijnej Europie. Zaczynamy od Włoch, gdzie zespół Messa zarejestrował znakomicie posępny, mroczny i pełen emocji album "The Spin". To bez wątpienia jeden z kandydatów do płyt roku, który zapadnie wam głęboko w duszy i w pamięci. Powrót po latach zalicza inna melancholijna kapela, francuski Kwoon, choć ten rodzaj melancholii bardziej opiera się na elektronice i minimalistycznym rocku, jak na krążku "Odyssey", aniżeli na ciężkich patentach, których nie brakuje wspomnianym Włochom z Messa. Docieramy też do Skandynawii, a w zasadzie do garażu w norweskim Oslo, gdzie swoje pierwsze kroki stawia grupa Sykofant. 

Messa "The Spin"


Włoska formacja Messa wyróżnia się na rynku eksperymentalnego grania i robi to dobrze. Powołany w 2014 roku zespół tworzą Sara Bianchin (w), Mark Sade (b, g, ik), Alberto Piccolo (g, ik) i Mistyr (p). Czwarty duży album grupy składa się z siedmiu utworów, które łączą charakterystyczne dla kapeli wpływy rocka, metalu, doomu i ambientu, a wszystko to całkowicie nieodporne na progresywne przestrzenie. Całość brzmi ponuro i w tym ponuractwie wydaje się szalenie pociągające. Nieco surowe, brudne brzmienie, wymownie akcentują melancholijne solówki gitarowe, spośród których szczególnie wyróżniają się te w utworach "At Races", "Fire on the Roof" i "Reveal" (czad!). Kapela potrafi bardzo przyspieszyć, swojemu brzmieniu nadać mocniejszych, zdecydowanie intensywnych zagrywek gitarowo-perkusyjnych ("At Races", "The Dress", "Reveal"), ale łatwo o generalne wrażenie, że "The Spin" to przede wszystkim refleksyjny, spopielony i niezwykle emocjonalny w swej wymowie album, niekiedy mający też w sobie coś bardzo schizofrenicznego z pogranicza oniryzmu i rozemocjonowanego ludzkiego umysłu. W długich, wielowątkowych kompozycjach ("The Dress", "Thicker Blood") grupa wcale nie traci wigoru, ale mocno eksperymentuje. Strzępy riffów gitarowych i mroczne przestrzenie to domena tych utworów. Przy okazji dowiedziałem się, że mógłbym umrzeć przy dźwiękach trąbki zaproszonego na krążek Michele Tedesco, którzy w utworze "The Dress" brzmi nadzwyczajnie. Jest tu także Sara Bianchin, której wokal jakby schowany w tunelu, podkreśla klimat krążka nostalgiczną narracją. Jestem przekonany, że gdyby miała mocniejszy głos, to szukałbym w muzyce zespołu Messa nawet porównań do Type O Negative. Tym bardziej, że kapela potrafi zaskoczyć nastrojową, podniosłą balladą ("Immolation"), która na zmysły działa wręcz hipnotyzująco. Czary mary made in Italy. Moje serce rozpadło się na wiele kawałków w rytm finałowych partii gitarowych i tego emocjonalnego wokalu. W sumie więc "The Spin" to materiał szlachetny. W swoim szlachectwie wprowadza do posępnego nastroju. Zaprasza słuchacza na popioły ich własnego jestestwa, zapisuje się w duszy znacznie dłużej, niż będziemy próbowali to sobie wyobrazić. Piękne dzieło.
 
Ocena: 9/10

Kwoon "Odyssey"


Wywodząca się ze stolicy Francji kapela Kwoon nie wydaje zbyt często nowej muzyki. Po debiucie sprzed prawie dwudziestu laty ("Tales & Dreams"), grupa wydała jeszcze w 2009 roku album "When The Flowers Were Singing", dwa lata później EP-kę "The Guillotine Show"... i słuch po niej zaginął. Powrót Kwoon po takim czasie wydaje się dość osobliwy. Ze starego składu w zespole pozostał tylko Sandy Lavallart, który w procesie rekrutacji do nagrań trzeciego dużego albumu Kwoon wykonał mrówczą pracę. Dzieło nosi tytuł "Odyssey", a w jego nagraniach wzięło udział kilkunastu muzyków. Dwanaście nowych utworów tej formacji brzmi chmurnie, jak noc. Kwoon nie odwraca się od mocnych rockowych patentów, ale te na poziomie gitar i perkusji stanowią raczej ciekawostkę w muzyce zespołu ("Leviathan"), aniżeli jego integralną część. Zawartość tego dzieła to przede wszystkim nostalgia, która stanowi najważniejszą część albumu. Nostalgia oparta na minimalistycznych przestrzeniach, wokalnych autonomiach i subtelnej sekcji gitarowo-perkusyjnej. W tym świecie pełnym muzycznej melancholii i smutku charakter wielu utworów budują zaproszeni goście, tak jak wszechstronna sekcja smyczkowa, rewelacyjna Élisabeth Maistre "Babet" w utworze "Kings of Sea", czy wokalizująca Sarina Bravo w "Keep On Dreaming". Będziemy więc na "Odyssey" mocno się wzruszać przy podniosłych balladach, poszukiwać swojego ja w minimalistycznych wyobrażeniach dźwięku oraz ożywiać swoją duszę w elektronice niekiedy wchodzącej na wysoki poziom intensywności. Album jest smutny, dobrze wizualizują go youtubowe wyobrażenia video niektórych kompozycji. Nie brakuje mu podniosłych momentów. Tak jakby "Odyssey" był kolekcją wzniosłych ballad rockowych, ale takie określenie byłoby jednak dużym uproszczeniem. Za Kwoon idą historie. Czasem opowiedziane, częściej zagrane. Ładny album. O wiele bardziej na jesień, niż na wiosnę. Soundtrack do marzeń. Sprawdźcie koniecznie "Odyssey" jeśli lubicie marzyć.

Ocena: 8/10
 
Sykofant "Red Sun"
 
Sykofant wychodzi z garażu... albo nie. Próbuje wyjść z garażu. Mały album norweskiej kapeli (~23 minut muzyki) zatytułowany "Red Sun" musi przywoływać skojarzenia z Kyuss, brzmieniowo nawet narzuca pewne analogie, ale żyjemy jednak w XXI wieku. Kyuss jest dawno na emeryturze. Natomiast Sykofant do swojej muzyki przynosi trochę piachu. Cztery utwory tworzące "Red Sun" brzmią undegroundowo. Nie sposób im odmówić progresywnego rozmachu, choć mi to bardziej brzmi jak taśma klejąca, na której przyklejono wiele patentów. W utworze "Ashes" fantastycznie brzmią gitarowe wariacje, szczególnie na poziomie wielowymiarowych solówek. Tymczasem kompozycja "Red Sun" zachęca swoim tajemniczym otwarciem z zapętloną sekcją instrumentalną, a także improwizowaną sekcją gitarową. Sykofant nigdzie się tu nie spieszy, bardziej celebruje rockowe wypuszczenia instrumentalne, poszukuje autonomicznych dźwięków i wreszcie też zachwyca świetną solówką gitarową. Z kolei utwór "Embers" częściowo powiela dotychczasowe patenty kapeli, jest dość przeciętnym fragmentem "Red Sun", ale wprowadza też trochę improwizowanego jazzu, do którego muzycy Sykofant lubią się przyznawać. Jest tu także trwający ponad 22 minuty mix całego albumu - brzmi świeżo, choć nie na tyle, aby rzucić inne światło na mały krążek Norwegów. W sumie czasem zawieje tu garażową nudą, niekiedy niepotrzebnie usłyszymy zbyt wyraźnie bas (...Cliff Burton dawno nie żyje, nikt nie potrafi tak jak on!), aczkolwiek "Red Sun" dowodzi, że zespół z Oslo zdradza fajny potencjał na przyszłość. Sykofant potrafi łączyć różne gatunki rocka i metalu, brzmi interesująco. Jeśli kapelą zajmie się poważna wytwórnia, to jeszcze o niej niejednokrotnie usłyszymy. 
 
Ocena: 7/10


Konrad Sebastian Morawski
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz