Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ROCK AWANGARDOWY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ROCK AWANGARDOWY. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 lutego 2018

Perfect Beings "Vier" (recenzja)

Duchy King Crimson przenikają do świata współczesnej muzyki. Widać to dobrze na przykładzie twórczości amerykańskiej kapeli Perfect Beings, której trzeci album, wydany w tym roku "Vier", dowodzi iż wpływy Roberta Frippa i jego brytyjskiej awangardy są żywe wśród aktualnych twórców rocka progresywnego i szeroko rozumianej muzyki eksperymentalnej. W istocie albumowi "Vier" nie brakuje zarówno charakterystycznych crimsonowskich podróży, jak również typowego w tej warstwie eksperymentu. Czwarty krążek Perfect Beings okazuje się zatem niebanalną, pełną licznych zwrotów i nietypowych wypuszczeń muzyczną jazdą figurową w progresywnym kunszcie i na lodowisku pełnym rozmaitych przestrzeni. Album zagrany przez Ryana Hurtgena, Johannesa Luley, Jesse Nasona i Bena Levina powinien więc wzmocnić świadomość słuchaczy o obecności Perfect Beings na rynku muzyki.

Krążek zawiera cztery rozbudowane kompozycje, trwające od prawie siedemnastu do prawie dziewiętnastu minut. Każdy z utworów - "Guedra", "The Golden Arc", "Vibrational" i "Anunnaki" - składa się z kilku części, które należy traktować umownie. Daje się bowiem usłyszeć logiczne powiązania pomiędzy kolejnymi częściami utworów, które w każdym przypadku trzymają się charakterystycznego brzmienia narzuconego przez Perfect Beings. Tymczasem każdorazowo do innego wymiaru muzycznych wyobrażeń zabiera kolejny utwór. Całość okazuje się więc wielobarwnym, niezwykle interesującym doznaniem. W dodatku to doznanie wzmacniają liczne muzyczne reminiscencje, co innymi słowy oznacza, iż na dystansie tego trwającego ponad siedemdziesiąt minut albumu nie da się uwolnić od skojarzeń z King Crimson. Uczciwie trzeba też oddać Perfect Beings, że Amerykanie w poszukiwaniu swojego stylu dotarli do wielu nurtów, dzięki czemu album "Vier" oprócz prog rockowych pejzaży i eksperymentalnych szaleństw, zawiera też bogate fragmenty klasycznego rocka, jazzu, folku i mniej oczywistych rozwiązań. To muzyka, która zaskakuje.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Long Distance Calling "Boundless" (recenzja)

Powrót do korzeni Long Distance Calling stał się faktem. Niemiecka kapela znów tworzy muzykę instrumentalną. Wystarczyły dwa albumy, tj. "The Flood Inside" z 2013 roku i "Trips" z 2016 roku", aby w zespole zapadła decyzja, iż nie są tu potrzebne wokale. W każdym razie zarówno Martin Fischer, jak również Petter Carlsen, którzy w takiej kolejności zaśpiewali na wymienionych krążkach, tak naprawdę nigdy nie byli stałymi członkami Long Distance Calling. Ich obecność w szeregach zespołu należało traktować jako sesyjną, przejściową i eksperymentalną. Materiał na szósty duży album studyjny powstawał już bez udziału wokalisty, choć jak twierdzi producent dzieła Vincent Sorg atmosfera wokół nagrań płyty "Boundless" nie należała do najłatwiejszych. Trochę tak jakby kapela z Munster do ostatnich chwil wahała się czy jednak nagrać wokale do albumu. Postawiono na aranżacje wyłącznie instrumentalne. Czy słusznie?

Jak najbardziej! Najnowsze dzieło Long Distance Calling to materiał, któremu słowa nie są potrzebne. Bezgraniczność tego albumu polega na zrzuceniu jarzma ograniczeń w jaki kapela wpakowała się angażując najpierw Martina Fischera, a następnie Pettera Carlsena. Tak oto zespół krążkiem "Boundless" kreuje wyraźny manifest, że jego tożsamość istnieje tylko wtedy, gdy tworzy muzykę instrumentalną. W sumie więc David Jordan, Janosch Rathmer, Florian Füntmann i Jan Hoffmann odnaleźli wolność, której brak dało się odczuć na dwóch poprzednich albumach. Dziś muzyków zespołu nic nie ogranicza, a ich szósty duży krążek miewa olśnienia. Na dystansie albumu "Boundless" znalazło się wiele momentów, które złotymi nutami powinny wpisać się w dyskografię Long Distance Calling. Nie jest to jeszcze album idealny, taki, który moglibyśmy nazwać klasykiem, tym niemniej bez wątpienia powrót do instrumentalnego grania zapowiada, że formuła twórczości zespołu została reaktywowana w esencjonalnej postaci. Basista kapeli Jan Hoffmann stwierdził zresztą, że każdy utwór zawarty na "Boundless" to osobna podróż, przede wszystkim jeśli chodzi o emocje, które każdemu słuchaczowi powinny umożliwić znalezienie czegoś dla siebie.

środa, 7 czerwca 2017

Bent Knee "Land Animal" (recenzja)

Młoda, choć doświadczona już amerykańska formacja Bent Knee zarejestrowała właśnie swój czwarty duży album studyjny pt. "Land Animal". To album pozbawiony wspólnych mianowników, tak jak trzy poprzednie nagrania tego zespołu z Bostonu, który najwyraźniej wszelkimi sposobami, a przede wszystkim swoją ogromną kreatywnością, pragnie uniknąć zaszufladkowania. Bent Knee to nazwa, które nie wzbudza skojarzeń z konkretnym gatunkiem muzyki. To czysta kreacja niezwykle utalentowanych, owianych jeszcze w Europie pewną aurą tajemnicy muzyków. Ich najnowsze dzieło zatytułowane "Land Animal" powinno utrwalić obecność kapeli w masowej świadomości. 

W twórczości sześcioosobowego składu Bent Knee daje się usłyszeć szerokie wpływy, od art rocka i progresji, przez minimalistyczne, ujmujące pejzaże, ku nawet elementom popu, tak jakby zespół wciąż nie był pewny swojego stylu... a może ta różnorodność jest właśnie wyznacznikiem stylu zespołu z Bostonu? Wszystko na to wskazuje, ponieważ "Land Animal" to już przecież czwarty krążek formacji, na którym dzieje się naprawdę dużo! Zacznijmy jednak od warstwy lirycznej. Otóż każdy z utworów zawartych na "Land Animal" mówi o borykaniu się z problemami, głównie tymi w szerszej skali społecznej, takimi jak globalne ocieplenie, relacje międzyludzkie, które zeszły do poziomu cyfrowego, rasizm, czy też polaryzacja społeczna wynikająca z opowiadania się ludzi po którejś z nośnych i na ogół pustych idei. Bent Knee mówi, że współczesne społeczeństwa nie potrafią ze sobą rozmawiać. Ba! Kapela opowiada też o problemach już na poziomie rodziny, które później przekładają się na systemy społeczne. Album nie ma wymowy politycznej, jak zapewnia perkusista Gavin Wallace-Ailswort, ale o politykę się ociera, kwestionując jej zakłamanie i cynizm.

poniedziałek, 1 maja 2017

Bullet Height "No Atonement" (recenzja)

Usiądźcie wygodnie w fotelach, zapnijcie mocno pasy i nie regulujcie odtwarzaczy. Czy to Nine Inch Nails? Nie! To Bullet Height. Projekt, którego pierwsza płyta zatytułowana "No Atonement" może nieźle zamieszać na muzycznym rynku rocka industrialnego i mrocznej awangardy.

Jakkolwiek by nie było, to mówienie o debiucie przy okazji pierwszego nagrania Bullet Height okazuje się jednak pewnym nadużyciem. Otóż znany z Pure Reason Revolution, doświadczony na scenie i w studio Jon Courtney jest głównym autorem tego zamieszania. Muzyk i producent, prawdopodobnie zmęczony kapryśną angielską aurą, w poszukiwaniu inspiracji porzucił Londyn na rzecz taniego, obskurnego pokoju w starym po-enerdowskim budynku w Berlinie. Tam właśnie zaczął pisać muzykę na pierwszy album Bullet Height. Muzykę, która według jego słów miała być mocniejsza i bardziej mroczna, niż wszystko to, co dotąd stworzył lub wyprodukował. Do Berlina przeprowadziła się także współtwórczyni projektu Sammi Doll, która porzuciła Los Angeles na rzecz tego samego pokoju. Przyznam, że przed przystąpieniem do odsłuchu "No Atonement" wiedziałem o niej tylko tyle, że ma zajebiste spojrzenie i stylówkę jak każda kobieta z mojego najbardziej wyuzdanego snu. Tak więc to po-enerdowskie miejsce wspólnej pracy Jona Courtneya i Sammi Doll, pamiętające Stasi, betonową dżunglę i niedozwolone lekarstwa, którymi karmiono enerdowskich sportowców, stało się miejscem niezwykle interesującej współpracy. Na tym cmentarzu brudnych komunistycznych wspomnień powstał znakomity album zatytułowany "No Atonement".