Powrót do korzeni Long Distance Calling stał się faktem. Niemiecka kapela znów tworzy muzykę instrumentalną. Wystarczyły dwa albumy, tj. "The Flood Inside" z 2013 roku i "Trips" z 2016 roku", aby w zespole zapadła decyzja, iż nie są tu potrzebne wokale. W każdym razie zarówno Martin Fischer, jak również Petter Carlsen, którzy w takiej kolejności zaśpiewali na wymienionych krążkach, tak naprawdę nigdy nie byli stałymi członkami Long Distance Calling. Ich obecność w szeregach zespołu należało traktować jako sesyjną, przejściową i eksperymentalną. Materiał na szósty duży album studyjny powstawał już bez udziału wokalisty, choć jak twierdzi producent dzieła Vincent Sorg atmosfera wokół nagrań płyty "Boundless" nie należała do najłatwiejszych. Trochę tak jakby kapela z Munster do ostatnich chwil wahała się czy jednak nagrać wokale do albumu. Postawiono na aranżacje wyłącznie instrumentalne. Czy słusznie?
Jak najbardziej! Najnowsze dzieło Long Distance Calling to materiał, któremu słowa nie są potrzebne. Bezgraniczność tego albumu polega na zrzuceniu jarzma ograniczeń w jaki kapela wpakowała się angażując najpierw Martina Fischera, a następnie Pettera Carlsena. Tak oto zespół krążkiem "Boundless" kreuje wyraźny manifest, że jego tożsamość istnieje tylko wtedy, gdy tworzy muzykę instrumentalną. W sumie więc David Jordan, Janosch Rathmer, Florian Füntmann i Jan Hoffmann odnaleźli wolność, której brak dało się odczuć na dwóch poprzednich albumach. Dziś muzyków zespołu nic nie ogranicza, a ich szósty duży krążek miewa olśnienia. Na dystansie albumu "Boundless" znalazło się wiele momentów, które złotymi nutami powinny wpisać się w dyskografię Long Distance Calling. Nie jest to jeszcze album idealny, taki, który moglibyśmy nazwać klasykiem, tym niemniej bez wątpienia powrót do instrumentalnego grania zapowiada, że formuła twórczości zespołu została reaktywowana w esencjonalnej postaci. Basista kapeli Jan Hoffmann stwierdził zresztą, że każdy utwór zawarty na "Boundless" to osobna podróż, przede wszystkim jeśli chodzi o emocje, które każdemu słuchaczowi powinny umożliwić znalezienie czegoś dla siebie.
Jak najbardziej! Najnowsze dzieło Long Distance Calling to materiał, któremu słowa nie są potrzebne. Bezgraniczność tego albumu polega na zrzuceniu jarzma ograniczeń w jaki kapela wpakowała się angażując najpierw Martina Fischera, a następnie Pettera Carlsena. Tak oto zespół krążkiem "Boundless" kreuje wyraźny manifest, że jego tożsamość istnieje tylko wtedy, gdy tworzy muzykę instrumentalną. W sumie więc David Jordan, Janosch Rathmer, Florian Füntmann i Jan Hoffmann odnaleźli wolność, której brak dało się odczuć na dwóch poprzednich albumach. Dziś muzyków zespołu nic nie ogranicza, a ich szósty duży krążek miewa olśnienia. Na dystansie albumu "Boundless" znalazło się wiele momentów, które złotymi nutami powinny wpisać się w dyskografię Long Distance Calling. Nie jest to jeszcze album idealny, taki, który moglibyśmy nazwać klasykiem, tym niemniej bez wątpienia powrót do instrumentalnego grania zapowiada, że formuła twórczości zespołu została reaktywowana w esencjonalnej postaci. Basista kapeli Jan Hoffmann stwierdził zresztą, że każdy utwór zawarty na "Boundless" to osobna podróż, przede wszystkim jeśli chodzi o emocje, które każdemu słuchaczowi powinny umożliwić znalezienie czegoś dla siebie.




