Pokazywanie postów oznaczonych etykietą METAL AWANGARDOWY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą METAL AWANGARDOWY. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Long Distance Calling "Boundless" (recenzja)

Powrót do korzeni Long Distance Calling stał się faktem. Niemiecka kapela znów tworzy muzykę instrumentalną. Wystarczyły dwa albumy, tj. "The Flood Inside" z 2013 roku i "Trips" z 2016 roku", aby w zespole zapadła decyzja, iż nie są tu potrzebne wokale. W każdym razie zarówno Martin Fischer, jak również Petter Carlsen, którzy w takiej kolejności zaśpiewali na wymienionych krążkach, tak naprawdę nigdy nie byli stałymi członkami Long Distance Calling. Ich obecność w szeregach zespołu należało traktować jako sesyjną, przejściową i eksperymentalną. Materiał na szósty duży album studyjny powstawał już bez udziału wokalisty, choć jak twierdzi producent dzieła Vincent Sorg atmosfera wokół nagrań płyty "Boundless" nie należała do najłatwiejszych. Trochę tak jakby kapela z Munster do ostatnich chwil wahała się czy jednak nagrać wokale do albumu. Postawiono na aranżacje wyłącznie instrumentalne. Czy słusznie?

Jak najbardziej! Najnowsze dzieło Long Distance Calling to materiał, któremu słowa nie są potrzebne. Bezgraniczność tego albumu polega na zrzuceniu jarzma ograniczeń w jaki kapela wpakowała się angażując najpierw Martina Fischera, a następnie Pettera Carlsena. Tak oto zespół krążkiem "Boundless" kreuje wyraźny manifest, że jego tożsamość istnieje tylko wtedy, gdy tworzy muzykę instrumentalną. W sumie więc David Jordan, Janosch Rathmer, Florian Füntmann i Jan Hoffmann odnaleźli wolność, której brak dało się odczuć na dwóch poprzednich albumach. Dziś muzyków zespołu nic nie ogranicza, a ich szósty duży krążek miewa olśnienia. Na dystansie albumu "Boundless" znalazło się wiele momentów, które złotymi nutami powinny wpisać się w dyskografię Long Distance Calling. Nie jest to jeszcze album idealny, taki, który moglibyśmy nazwać klasykiem, tym niemniej bez wątpienia powrót do instrumentalnego grania zapowiada, że formuła twórczości zespołu została reaktywowana w esencjonalnej postaci. Basista kapeli Jan Hoffmann stwierdził zresztą, że każdy utwór zawarty na "Boundless" to osobna podróż, przede wszystkim jeśli chodzi o emocje, które każdemu słuchaczowi powinny umożliwić znalezienie czegoś dla siebie.

piątek, 11 sierpnia 2017

Leprous "Malina" (recenzja)

Twórczość norweskiego Leprous zdecydowanie nie sprzyja jakimkolwiek definicjom. Zespół, którego wizytówką jest niezwykle charakterystyczny wokalista i klawiszowiec Einar Solberg tworzy muzykę oryginalną, nad wyraz emocjonalną, ale i nieregularną, przywołującą skojarzenia na temat schizofrenii, jakiejś trudnej do rozszyfrowania dwoistości, czy po prostu rozregulowanej psychiki. Twórczość Leprous wydaje się zatem soundtrackiem do niespokojnych stanów duszy i umysłu. To wszystko dzieje się w ramach muzyki rockowej i metalowej w wydaniu zaiste awangardowym. Taki też jest piąty album studyjny zespołu zatytułowany "Malina".

Nie ma co ulegać wrażeniu, że w stylu Leprous doszło do jakichś gwałtownych zmian. Oczywiście, w porównaniu do poprzedniego nagrania, czyli albumu "The Congregation", w składzie kapeli nie usłyszymy już wieloletniego gitarzysty Oysteina Landsverka, którego zastąpił Robin Ognedal. Okazuje się jednak, że nie miało to większego wpływu na brzmienie Leprous. Tym bardziej, że pierwsze wiosło w zespole należy do Tora Oddmunda Suhrke. Warto też zwrócić uwagę, że po raz pierwszy od 2011 roku okładka albumu tego norweskiego zespołu nabrała koloru. Być może muzycy Leprous chcieli w ten sposób nawiązać do świetnego krążka "Bilateral" z 2011 roku, dzięki któremu zostali zauważeni w Europie i na świecie? Jakiekolwiek nie byłyby intencje Norwegów, to ich nowe dzieło pt. "Malina" kontynuuje wątki zarejestrowane na ostatnich nagraniach Leprous, pogłębiając depresyjny styl kapeli, ale też nieco ożywiając jej w muzykę w porównaniu do ostatnich nagrań.

niedziela, 5 lipca 2015

Leprous "The Congregation" (recenzja)

Być może najlepszą cenzurkę czwartego albumu studyjnego Leprous wystawili sobie sami twórcy, którzy w słowach wypowiedzianych przez Einara Solberga nazwali siebie pasożytami, pożeraczami rezultatu procesu stworzenia. W istocie Norwegowie pożerają emocje swoich słuchaczy. Są muzykami tyleż intrygującymi, co ekscentrycznymi. Każdy kolejny album Leprous wzbudza bowiem skrajne emocje, jest doniosłym przeżyciem, aby równocześnie być gumą do żucia dla uszu. Najnowsze dzieło kapeli pt. "The Congregation" wcale od tych dylematów nie uwalnia.

Album zawiera jedenaście utworów - dwanaście, jeśli kilka złotych więcej nie stanowi problemu - które precyzyjnie odzwierciedlają schizofreniczny styl zespołu. Norweska kapela na dystansie krążka "The Congregation" zaprezentowała bowiem muzykę bardzo nieregularną, poszarpaną, jakby była niezdarnie posklejana z różnych obłędnych elementów improwizowanego rocka i metalu. Sekcja instrumentalna zdaje się nie przejmować regułami tempa, nie zachowuje spójności, ale za to oferuje zaiste rollercoasterowy zjazd na instrumentach, gorączkuje się w podawaniu kolejnych zagrywek i kotłuje pod sekcją wokalną. Instrumentaliści Leprous bywają drapieżni i agresywni, tak samo jak wyciszeni i sakralni. Totalna schizofrenia. Całość wymownie podkreśla paranoiczny wokal Einara Solberga, najważniejszego pacjenta tego norweskiego domu wariatów. W sumie więc duży wysiłek trzeba włożyć, aby odnaleźć własną tożsamość w muzyce zawartej na "The Congregation".

wtorek, 2 czerwca 2015

Arcturus "Arcturian" (recenzja)

Długo oczekiwany album studyjny Arcturus, nagrywany podobno na przestrzeni ostatnich pięciu lat, wreszcie ujrzał światło dzienne. Nietrudno przy tym zauważyć, że dzieło zatytułowane "Arcturian" zostało wydane w dobrym momencie, ponieważ dziś metalowa awangarda znajduje się w wyjątkowej kondycji. Ledwo kilka miesięcy temu duet Solefald zarejestrował opus magnum w swej muzycznej egzystencji, a oto teraz Arcturus powrócił z albumem, o którym trudno będzie kiedykolwiek zapomnieć. Pensjonaty z pokojami bez klamek stoją otworem, czas zastanawia się czy nie zmienić biegnącego kierunku, a "Arcturian" zbiera swoje mroczne i wizjonerskie żniwo.

Na piątym studyjnym albumie Arcturus, logicznie ujmując następcy "Sideshow Symphonies" z 2005 roku, znalazło się dziesięć kompozycji. Nie brakuje im ani mroku, ani wizji, a wszelkie budzące wątpliwości kwestie związane z reinkarnacją kapeli w 2011 roku i zmianami w jej składzie przestały być aktualne. Wyłączając najmniej zasłużonego w towarzystwie Tore Morena album został zarejestrowany przez ten sam skład (...i nie tylko), który przed dekadą stworzył wspominany wcześniej krążek. Jednak dosyć wyliczania tych detali i zaglądania w przeszłość, "chcę się wydostać z tego samolotu!", drze się na wstępie ICS Vortex dając sygnał do rozpoczęcia opętańczego muzycznego rytuału, który ma na imię "Arcturian". Rytuału umożliwiającego rozpoznanie tożsamości norweskich twórców już po kilku pierwszych zagranych dźwiękach i wypowiedzianych słowach. Arcturus pamięta bowiem o swoim dziedzictwie muzycznym, oferuje takie niepodważalne standardy dotąd zaprezentowanej twórczości jak kompozycje "Crashland", "Pale", "Archer" i "Bane", ale jednocześnie wyznacza nowe kierunki w swojej filozofii. W sumie więc "Arcturian" zabiera w nieodgadnione rejony wyobraźni, zawieszone gdzieś pomiędzy kosmosem a ukrytymi mrocznymi wymiarami jestestwa, aby też zarazem wysłać armię uzbrojonych doświadczeniem i wizjonerstwem zagrywek oraz słów, które służą zdobywaniu i umacnianiu metalowej awangardy na muzycznym nieboskłonie. Zatem nowy album norweskiego zespołu jest nie tyle łącznikiem pomiędzy dziedzictwem zespołu a współczesnością, co przejściem do kolejnej majestatycznej przestrzeni twórczości Arcturus.

piątek, 17 kwietnia 2015

Solefald "World Metal. Kosmopolis Sud" (recenzja)

Miałem tę przyjemność, że ósmego dużego albumu Solefald po raz pierwszy słuchałem w ciemnościach. Nie upłynęła nawet połowa odsłuchu, a ja nie włączając światła próbowałem wymacać na ziemi resztki mojego mózgu. Nie zwykłem używać przekleństw, ani tym bardziej ulegać konwenansom języka stosowanego przez młode pokolenie ludzi wychowanych przez sieć i w sieci, ale zawartość krążka zatytułowanego "World Metal. Kosmopolis Sud" zaiste najlepiej definiują te oto dwa słowa podniesione wykrzyknikami: mózg rozjebany!!!

Dotąd nie wiem czy mierząc się z tym krążkiem byłem świadkiem geniuszu, czy wytworu zmaterializowanego szaleństwa. W każdym razie podobno granica pomiędzy geniuszem a szaleństwem nie jest zbyt mocno ufortyfikowana, a więc zakładam, że "World Metal. Kosmopolis Sud" to prawdziwa, poznawalna na poziomie zmysłów postać geniuszu. Kapela, a właściwie duet wywodzący się z Norwegii zarejestrował materiał niezwykle wielobarwny, przepełniony niesamowitą ilością zastosowanych pomysłów, bezczelnie przechadzający się po różnych gatunkach muzyki. To metal świata. Metal eksperymentalny, awangardowy i wyrafinowany. Rzecz naładowana ostrym gitarowym klimatem, wypełniona elektroniką, sięgająca plemiennego chaosu i nieskończonego wszechświata, a zarazem muzyka dyskotekowa, perwersyjna i prowokacyjna, wreszcie też błądząca w najbardziej odważnych wyobrażeniach ludzi o zresetowanym poczuciu tożsamości. Takiego kolażu współgrających ze sobą dźwięków nigdy wcześniej nie słyszałem.