Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RETRO ROCK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RETRO ROCK. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2026

Na skróty PO ZMROKU, część 9: Lunear, Gong, The Paradox Twin

W geograficznym krajobrazie tegorocznych wydawnictw kotwiczymy w Europie Zachodniej, na linii między Francją a Wielką Brytanią. Najpierw meldujemy się nad Sekwaną, gdzie swój piąty album wydało trio Lunear. Muzycy z każdą kolejną płytą prezentują nowe oblicze – nie inaczej jest w przypadku krążka "There Is Always Next Time". We Francji pozostajemy już tylko genetycznie za sprawą legendarnej grupy Gong. Choć jej skład regularnie rotuje, niezmienna pozostaje filozofia i celebracja sceny Canterbury. Ich "Bright Spirit" to sprawa międzynarodowa – żywa historia muzyki. Na koniec lądujemy w Wielkiej Brytanii, gdzie The Paradox Twin pod wodzą Danny’ego Sorrella wydało materiał wymagający cierpliwości. To muzyka, która zyskuje z każdym odsłuchem, pozwalając raz za razem odkrywać swoją siłę na nowo. Zapraszam do dziewiątej części skrótów PO ZMROKU.

sobota, 25 kwietnia 2026

Na skróty PO ZMROKU, część 8: Hällas, Arnaud Bukwald, Clive Nolan

Skróty PO ZMROKU meldują się w Europie. Nasz pierwszy przystanek to Szwecja i zespół Hällas, który definicję słowa retro ma opanowaną do perfekcji. Grupa nagrała prawdopodobnie swoje opus magnum, czyli album "Panorama". Brzmiałby on jeszcze lepiej, gdyby jeden z rozbudowanych utworów zdecydowano się podzielić na kilka części. Więcej odwagi w sięganiu po nożyczki! Następnie przenosimy się do Francji, gdzie Arnaud Bukwald – wizjoner łączący rock, jazz i elektronikę – zaprasza nas na swoją planetę płytą "Mars Caravan". Choć nagrywa nad Sekwaną, mentalnie ewidentnie przebywa w innej galaktyce. Na koniec płyniemy przez kanał La Manche do Wielkiej Brytanii. Tam Clive Nolan prezentuje swoje spektakularne opera show. Album, który musi angażować armię dźwiękowych górników.

czwartek, 19 października 2023

The Howling Eye "List do Borykan" (recenzja)

Przypadek sprawił, że w moim odtwarzaczu wylądował album "List do Borykan". To drugi duży krążek formacji The Howling Eye, choć ma ona w swojej przeszłości kilka innych wydawnictw. Przypadek doprowadził mnie do muzyki, obok której nie sposób przejść obojętnie. Trzeba dać jej szansę, może nawet dwie. Twórczość The Howling Eye wymaga trochę koncentracji. Jest szlachetna i ambitna, choć miewa też momenty, które można by śmiało określić małymi trzęsieniami ziemi. Bywa, że w skali Richtera kompozycje zawarte na "Liście do Borykan" nie osiągają żadnych wstrząsów, a bywa, że muzyka kapeli przekracza dziewięć stopni. W tym tornado wrażeń każdy słuchacz może odnaleźć coś dla siebie.

Główną osią albumu są trzy części utworu "Space Dwellers". To w głównej mierze przestrzenna podróż w kosmos i psychodelię, gdzie nie brakuje też charakterystycznego brudu, zresztą zgodnie ze wskazaniami na przeszłość The Howling Eye, która koncentrowała się na stonerze. W bogatej kolekcji zagrywek instrumentalnych, a w zasadzie na elektronicznym efekcie nieskończonego kosmosu, charakterystyczne pozostają indywidualne podróże instrumentalistów. W trzech częściach "Space Dwellers" każdy z muzyków The Howling Eye zaprezentuje coś swojego: gitarzysta Jan Chojnowski w swoim wehikule riffów i solówek będzie zachwycał przede wszystkim w pierwszej części, a Hubert Cebula Lewandowski zaprezentuje swój znakomity perkusyjny opening w części drugiej. Obaj, będą widoczni na dystansie całego albumu, nadadzą mu charakteru, ale wspomniane momenty świadczą o ich klasie. Bas Miłosza Wojciechowskiego też często wychodzi z tła, niczym skalpel wprawionego chirurga, precyzyjnie, w dobrym tonie. Ponadto wypuszczenia gitarowe wspomnianego Jana Chojnowskiego, czasem tak absolutnie niespodziewane, wywołują autentyczne dreszcze na skórze. On też odpowiada za elektroniczną warstwę "Listu do Borykan". Poza samą psychodeliczną warstwą dzieła - głębokości! głębokości! - efekty wypełniające krążek bywają tyle zaskakujące, co ekscentryczne, jak choćby w trzeciej części "Space Dwellers", której nawet nie próbuję zrozumieć. Dziękuję, nie tańczę.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Kaipa "Children Of The Sounds" (recenzja)

Niewiarygodne, ale szwedzka Kaipa debiutowała dużym albumem jeszcze w 1975 roku. Ze starego składu ostał się tylko Hans Lundin, który od zawsze nadaje kierunki i wyznacza rozwój twórczy tej brzmiącej dziś oldschoolowo kapeli. Jej nowy album, trzynasty w bogatej karierze, nosi tytuł "Children Of The Sounds", a jego inspiracje wyszły z natury. Hans Lundin przyznaje, że głównym czynnikiem do napisania nowych utworów był otaczający go świat. Ten nieskażony, niedotknięty industrialnym ludzkim zniszczeniem, szczery i na swój unikatowy sposób dziewiczy. Ceniony w Szwecji muzyk stwierdził także, iż "Children Of The Sounds" zaczął powstawać pod wpływem koncertu, który wraz ze swoim solowym projektem zagrał obecny perkusista Kaipy Morgan Agren. Uczestnictwo w tym koncercie było dla Hansa Lundina wyjątkowym przeżyciem. W sumie więc miks tych inspiracji, natura i brzmienie klimatycznego koncertu, przyczyniło się do napisania trzynastego albumu Kaipy.

Album "Children Of The Sounds" zawiera pięć rozbudowanych utworów utrzymanych w esencjonalnych standardach szwedzkiego rocka progresywnego. Krążek charakteryzuje się ciepłym, przyjaznym brzmieniem, a kompozycje na nim zawarte - tak niepospieszne, niemalże leniwe - doskonale odzwierciedlają specyfikę twórczości zespołu Kaipa. Wśród bogatych przestrzeni, wypełnionych wypuszczeniami instrumentalistów i fantastycznymi partiami klawiszowymi Hansa Lundina, wyłania się ten sam zespół, który przeszło czterdzieści lat temu zaczął ubarwiać szwedzką scenę rocka. Kaipa niczego dziś nie udowadnia. Nie jest zespołem, który byłby w stanie wstrząsnąć sceną rocka progresywnego, ale dzięki takim albumom jak "Children Of The Sounds" znacząco scenę ubarwia. Całość ma więc swoją charakterystyczną, typową dla Kaipy wymowę. Utwory częściej sięgają do kolorowych patentów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, aniżeli łączą się ze współczesnymi standardami instrumentalnymi, choć i tych nie zabrakło na "Children Of The Sounds", w czym duża zasługa takich asów szwedzkiej sceny prog rocka i metalu jak Jonas Reingold, Per Nilsson i wspomniany Morgan Agren, którzy sprawili, że nowy album Kaipy pomimo intensywnej warstwy retro dźwięków oferuje też nowocześnie brzmiące zagrywki instrumentalne.

czwartek, 15 czerwca 2017

The Night Flight Orchestra "Amber Galactic" (recenzja)

Płyta "Amber Galactic" to trzeci duży album szwedzkiej kapeli The Night Flight Orchestra. Jej główny urok polega na tym, że tworzą ją muzycy gruntownie powiązani ze szwedzką melodyjną sceną death metalową, tj. lider Soilwork, charakterystyczny Björn "Speed" Strid, gitarzysta tej kapeli David Andersson, czy też basista Arch Enemy Sharlee D'Angelo, podczas gdy klimat muzyki proponowanej przez zespół to celebracja klasycznego rocka, AOR i rocka progresywnego. W sumie więc Speed piszący i śpiewający klasyczne rockowe kawałki musi być zjawiskiem na scenie rockowej. W dodatku muzyka tworzona przez tych zadziornych zawodników sprawdza się i brzmi znakomicie. Okazuje się bowiem, że "Amber Galactic" to kolejny świetny materiał The Night Flight Orchestra, który łamie wyobrażenia i przenosi do czasów, gdy rock naprawdę coś znaczył.

Muszę jednak w tym miejscu dodać, że obecny skład The Night Flight Orchestra uzupełniają muzycy związani z mniej drapieżnymi klimatami, nawet jeśli chodzi o porównanie do melodyjnej sceny death metalu. Otóż w kapeli na instrumentach klawiszowych gra wywodzący się z rockowego Von Benzo Richard Larsson, zaś perkusję obsadził Jonas Källsbäck, który może być znany fanom power metalowego Mean Streak. Najbardziej enigmatyczny z tego towarzystwa wydaje się Sebastian Forslund, powiązany z dość tajemniczym zespołem Kadwatha. Mniejsza jednak o innych, gdy chodzi o The Night Flight Orchestra i album "Amber Galactic", który w towarzystwie seksownych dowódców kosmicznych w wersji żeńskiej, ich podbojów, krwi oraz powiązanych ze sobą uczuć i emocji, okazuje się więcej, niż tylko muzycznym doświadczeniem. Ten album to prawdziwa przygoda, łącząca retro rocka i progresję.

sobota, 9 sierpnia 2014

Blues Pills "Blues Pills" (recenzja)

Zakochałem się w Elin Larsson! Ta blondwłosa wokalistka ze Szwecji to cud, jaki spłynął na świat muzyki rockowej. Głosem, którym ona operuje rozmawiają ze sobą anioły. Olśniewająca Elin jest wokalistką zespołu Blues Pills, który zdążył się pokazać światu kilkoma małymi płytami wydanymi na przestrzeni ostatnich trzech lat. Wreszcie w 2014 roku nastąpił duży debiut zatytułowany "Blues Pills".

Chodzi zapewne o manifest istnienia. Utrwalenia nazwy zespołu w świecie, w którym o muzykę nie trzeba zabiegać stojąc godzinami w kolejkach do sklepu i tak niegwarantującego oczekiwanej zdobyczy płytowej. W każdym razie dla pierwszego dużego albumu Blues Pills mógłbym stać tygodniami, ponieważ to dzieło, które... wpisało się w moje oczekiwania. Spodziewałem się wszak muzyki wielkiej, oszałamiającego debiutu, materiału rozpisanego na rockowe odcienie pomiędzy bluesem i psychodelią, utworów uwolnionych i mających za nic sztywne oczekiwania wydawcy. Taki jest pierwszy duży album Blues Pills.