W geograficznym krajobrazie tegorocznych wydawnictw kotwiczymy w Europie Zachodniej, na linii między Francją a Wielką Brytanią. Najpierw meldujemy się nad Sekwaną, gdzie swój piąty album wydało trio Lunear. Muzycy z każdą kolejną płytą prezentują nowe oblicze – nie inaczej jest w przypadku krążka "There Is Always Next Time". We Francji pozostajemy już tylko genetycznie za sprawą legendarnej grupy Gong. Choć jej skład regularnie rotuje, niezmienna pozostaje filozofia i celebracja sceny Canterbury. Ich "Bright Spirit" to sprawa międzynarodowa – żywa historia muzyki. Na koniec lądujemy w Wielkiej Brytanii, gdzie The Paradox Twin pod wodzą Danny’ego Sorrella wydało materiał wymagający cierpliwości. To muzyka, która zyskuje z każdym odsłuchem, pozwalając raz za razem odkrywać swoją siłę na nowo. Zapraszam do dziewiątej części skrótów PO ZMROKU.
Lunear "There Is Always Next Time"
W trzyosobowym składzie grupy Lunear spotykają się wykształceni muzycy, pasjonaci i muzyczni samoucy. JP Benadjer, Seb Bournier i Paul J.No wydali właśnie swój piąty album studyjny zatytułowany "There Is Always Next Time". Na płytę składa się osiem utworów będących współczesnym hołdem dla klasyki rocka progresywnego. Warto zauważyć, że każda kolejna płyta w dorobku zespołu wnosiła coś nowego. Trudno zatem jednoznacznie stwierdzić, czy najnowsze wydawnictwo jest syntezą dotychczasowej ekspresji Lunear, czy raczej wyznacza kolejny kierunek rozwoju grupy. Na wyrazistym brzmieniu albumu odciska się wiele muzycznych wpływów, choć dominuje wśród nich nowocześnie brzmiący rock progresywny, czerpiący inspiracje z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Czuć tutaj ducha prog rocka, który w swoim czasie ustępował miejsca wykonawcom stadionowym, pozostając domeną oddanego grona koneserów. W zawartości albumu często pojawia się trudna do zdefiniowania magia. Nostalgiczność kompozycji bywa zaraźliwa, choć zespół potrafi też odważnie przyspieszyć, jak w "I'll Remember This" czy "The Wilderness Within", a nawet wdać się w mariaż z bluesującą elektroniką w utworze "Pool Balls". Centralnym punktem płyty pozostają jednak rozbudowane, progresywne struktury, takie jak "Rain" i "Christmas Flowers". Dzieło jest spójne i skupione na opowiedzeniu historii od początku do końca. Solówki gitarowe stanowią dopełnienie harmonijnej całości, będąc jej szlachetnym i efektownym elementem. Najciekawsze są momenty, w których Lunear celebruje progresywną filozofię dźwięku bez pośpiechu, balansując na pograniczu rocka przełomu wieków i melancholii. Fragmentami w muzyce wyczuwalne jest napięcie, przypominające ostatni oddech kończącej się epoki. Najważniejszy na płycie utwór, "Christmas Flowers", stanowi przykład muzycznego rzeźbiarstwa. Muzycy budują w nim wielką, wielowarstwową kompozycję, w której instrumenty i wokale precyzyjnie współgrają z rytmem. Ten epicki fragment jest wizytówką możliwości Lunear i dowodem na żywotność gatunku. Choć zespół nie aspiruje do wyznaczania zupełnie nowych ścieżek, z wielką dbałością kultywuje dziedzictwo rocka progresywnego. "There Is Always Next Time" to przemyślany album, będący oceanem dźwięków, w który warto się zanurzyć.
Ocena: 8/10
Gong "Bright Spirit"
Gong to prawdziwa legenda. Wielu dzisiejszych słuchaczy, w tym autora tych słów, nie było jeszcze na świecie, gdy rodziła się scena Canterbury, do której ta formacja dumnie się przyznaje. Zespół, który istnieje od prawie sześćdziesięciu lat i wydał szesnaście albumów studyjnych oraz zagrał niezliczoną liczbę koncertów, naprawdę niczego nie musi już udowadniać. Przez grupę przewinęła się tak liczna rzesza muzyków, że trudno nadążyć za ich biografiami. Dość powiedzieć, że z pierwszego składu, który w 1970 roku tworzył album "Magick Brother", nie ma już prawie nikogo. Większość artystów już nie żyje. Czym więc jest dzisiejszy Gong? To psychodelia subtelnie muśnięta folkiem i dziedzictwo zamknięte w siedmiu utworach składających się na najnowszy materiał zatytułowany "Bright Spirit". Ian East, Fabio Golfetti, Cheb Nettles, Dave Sturt i Kavus Torabi zamienili muzykę w przestrzenny, wielowymiarowy trip. Kolejne kompozycje przemykają obok słuchacza, celebrując folk, retro rocka i psychodeliczne odjazdy. Świetnie brzmią wszelkie solówki gitarowe, które wdają się w dialog z egzotycznymi partiami wydobywanymi z surm i innych instrumentów dętych. Słuchając "Bright Spirit" można poczuć charakterystyczne, psychodeliczne odrętwienie. Album często dryfuje w stronę space rocka. Dźwiękowe przestrzenie wypełniono tu kosmicznymi teksturami, które mogą stanowić muzyczną ilustrację najlepszego haju świata. Partie wokalne pojawiają się niespodziewanie. Nie tyle dominują, co kołyszą słuchacza, pozwalając mu zatopić się w tym uniesieniu. Choć cała płyta urzeka klimatem, to utwór "The Wonderment" fascynuje najbardziej. Jego nieśpieszna, gęsta atmosfera, niemal od niechcenia grane partie gitar i gwiezdna aura tworzą magnetyczną całość. Choć pobrzmiewają tu progresywne standardy trącone nieco zębem czasu, nie nazwałbym ich niemodnymi. Są po prostu szlachetnie staroświeckie, jak echo epoki, która wybrzmiewa na "Bright Spirit". To w istocie bogactwo sześćdziesięcioletniej historii, która – mimo upływu lat – wciąż pisze się z tą samą pasją, choć już zupełnie innymi rękami.
Ocena: 8/10
The Paradox Twin
"A Romance Of Many Dimensions"
Trzeci album The Paradox Twin, "A Romance Of Many Dimensions", to materiał, któremu musiałem poświęcić sporo czasu. Każdy kolejny kontakt z tą muzyką zmieniał moje pierwotne poczucie niedosytu w autentyczną fascynację. Z każdym odsłuchem – pierwszym, piątym czy dziesiątym – coraz głębiej zanurzałem się w nieprzeciętny talent Danny’ego Sorrella. To, co początkowo budowało dystans, to niejednorodne, niemal schizofreniczne brzmienie. Fascynująca lekkość kompozycji i zaklęta w nich tajemnica bywają tu brutalnie rozbijane przez ostre, metalowe sekcje. To właśnie w tych momentach metal progresywny przebija się na powierzchnię wrażliwości lidera. Chwilami można odnieść wrażenie, że zespół wręcz szarżuje z ciężarem, jak w utworach "Operator" czy "Null The System", jednak w szerszej perspektywie te partie bronią się jako integralny element składowy przesłania płyty. Im dłużej obcuje się z tym albumem, tym więcej ma on do zaoferowania. Rewelacyjnie wypadają momenty elektroniczne, świetne tło stanowią wstawki dialogowe. Uwielbiam gęsty nastrój "Null The System", dałem się porwać efektom w "Pixel Shader" oraz niesamowitej przestrzeni w "UI". Kluczowym punktem programu jest trwający blisko siedem i pół minuty "Nested Scratch". Kompozycja ta, mocno osadzona w estetyce art rocka spod znaku Anathemy, zachwyca dialogami wokalnymi między Sorrellem a Sarah Bayley oraz wyśmienitą solówką Johna Mitchella. Rękę Mitchella, który współodpowiada za produkcję, czuć zresztą w każdym zakamarku płyty – szczególnie w progresywnych molochach, takich jak "My Main Function". Skoro przywołałem Anathemę, warto podkreślić, że wszystkie wokalne duety Danny'ego i Sarah zasługują na najwyższe uznanie. Całość zawieszona jest w intrygującym, mrocznym klimacie, nasyconym rozwiązaniami rodem z kina film noir. Słuchacz na zmianę błądzi w wielowymiarowych przestrzeniach, odpoczywa w akustycznej idylli, by po chwili przyjąć uderzenia ciężkiej sekcji instrumentalnej. Wydaje mi się, że The Paradox Twin przysłużyłaby się większa stabilizacja składu. To już trzecia odsłona grupy i choć za perkusją niezmiennie zasiada Graham Brown, rotacja na stanowisku drugiego gitarzysty i w sekcji wokalnej jest odczuwalna. Stałym punktem odniesienia pozostaje jedynie Danny Sorrell. Można odnieść wrażenie, że większe zaufanie do stałych współpracowników mogłoby zaowocować dziełem jeszcze lepszym. Czyżby kanonicznym? Ostatecznie "A Romance Of Many Dimensions" to materiał, który rośnie w świadomości słuchacza. Potrafi znokautować, ale i zmusić do głębokiej refleksji. To zjawisko wymagające czasu: rock i metal progresywny w wersji noir, przyprawiony elektroniką i dużą dawką nostalgii. Zapętlam.
Trzeci album The Paradox Twin, "A Romance Of Many Dimensions", to materiał, któremu musiałem poświęcić sporo czasu. Każdy kolejny kontakt z tą muzyką zmieniał moje pierwotne poczucie niedosytu w autentyczną fascynację. Z każdym odsłuchem – pierwszym, piątym czy dziesiątym – coraz głębiej zanurzałem się w nieprzeciętny talent Danny’ego Sorrella. To, co początkowo budowało dystans, to niejednorodne, niemal schizofreniczne brzmienie. Fascynująca lekkość kompozycji i zaklęta w nich tajemnica bywają tu brutalnie rozbijane przez ostre, metalowe sekcje. To właśnie w tych momentach metal progresywny przebija się na powierzchnię wrażliwości lidera. Chwilami można odnieść wrażenie, że zespół wręcz szarżuje z ciężarem, jak w utworach "Operator" czy "Null The System", jednak w szerszej perspektywie te partie bronią się jako integralny element składowy przesłania płyty. Im dłużej obcuje się z tym albumem, tym więcej ma on do zaoferowania. Rewelacyjnie wypadają momenty elektroniczne, świetne tło stanowią wstawki dialogowe. Uwielbiam gęsty nastrój "Null The System", dałem się porwać efektom w "Pixel Shader" oraz niesamowitej przestrzeni w "UI". Kluczowym punktem programu jest trwający blisko siedem i pół minuty "Nested Scratch". Kompozycja ta, mocno osadzona w estetyce art rocka spod znaku Anathemy, zachwyca dialogami wokalnymi między Sorrellem a Sarah Bayley oraz wyśmienitą solówką Johna Mitchella. Rękę Mitchella, który współodpowiada za produkcję, czuć zresztą w każdym zakamarku płyty – szczególnie w progresywnych molochach, takich jak "My Main Function". Skoro przywołałem Anathemę, warto podkreślić, że wszystkie wokalne duety Danny'ego i Sarah zasługują na najwyższe uznanie. Całość zawieszona jest w intrygującym, mrocznym klimacie, nasyconym rozwiązaniami rodem z kina film noir. Słuchacz na zmianę błądzi w wielowymiarowych przestrzeniach, odpoczywa w akustycznej idylli, by po chwili przyjąć uderzenia ciężkiej sekcji instrumentalnej. Wydaje mi się, że The Paradox Twin przysłużyłaby się większa stabilizacja składu. To już trzecia odsłona grupy i choć za perkusją niezmiennie zasiada Graham Brown, rotacja na stanowisku drugiego gitarzysty i w sekcji wokalnej jest odczuwalna. Stałym punktem odniesienia pozostaje jedynie Danny Sorrell. Można odnieść wrażenie, że większe zaufanie do stałych współpracowników mogłoby zaowocować dziełem jeszcze lepszym. Czyżby kanonicznym? Ostatecznie "A Romance Of Many Dimensions" to materiał, który rośnie w świadomości słuchacza. Potrafi znokautować, ale i zmusić do głębokiej refleksji. To zjawisko wymagające czasu: rock i metal progresywny w wersji noir, przyprawiony elektroniką i dużą dawką nostalgii. Zapętlam.
Ocena: 9/10




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz