sobota, 25 kwietnia 2026

Na skróty PO ZMROKU, część 8: Hällas, Arnaud Bukwald, Clive Nolan

Skróty PO ZMROKU meldują się w Europie. Nasz pierwszy przystanek to Szwecja i zespół Hällas, który definicję słowa retro ma opanowaną do perfekcji. Grupa nagrała prawdopodobnie swoje opus magnum, czyli album "Panorama". Brzmiałby on jeszcze lepiej, gdyby jeden z rozbudowanych utworów zdecydowano się podzielić na kilka części. Więcej odwagi w sięganiu po nożyczki! Następnie przenosimy się do Francji, gdzie Arnaud Bukwald – wizjoner łączący rock, jazz i elektronikę – zaprasza nas na swoją planetę płytą "Mars Caravan". Choć nagrywa nad Sekwaną, mentalnie ewidentnie przebywa w innej galaktyce. Na koniec płyniemy przez kanał La Manche do Wielkiej Brytanii. Tam Clive Nolan prezentuje swoje spektakularne opera show. Album, który musi angażować armię dźwiękowych górników.

Hällas "Panorama"

Czwarty album szwedzkiej formacji Hällas pt. "Panorama" przynosi istotną zmianę w składzie – miejsce gitarzysty Alexandra Moraitisa zajął Rickard Swahn. Po raz pierwszy w swojej historii, która nie liczy jeszcze nawet dekady studyjnej twórczości, grupa zdecydowała się zarejestrować utwór trwający powyżej dziesięciu minut. Zrobili to zresztą z ogromną pompą, ponieważ progresywny moloch "Above the Continuum" trwa aż 21 i pół minuty. Kompozycja ta doskonale oddaje ducha twórczości Hällas: muzyka brzmi bardzo w stylu retro, wyraźnie nawiązując do klasyków szwedzkiego rocka progresywnego. Pełno w niej charakterystycznych dla tej części świata patentów rytmicznych, słonecznego klimatu oraz płynnych przejść między kolejnymi partiami instrumentów. Wyraziste klawisze dodają całości szczypty magii, a liczne improwizacje budują gęstą atmosferę. Poziom ekstra retro osiąga wokal Tommy’ego Alexanderssona, który brzmi tak, jakby został wyjęty prosto z innej epoki. Jego głos, nieco schowany za mgłą instrumentów, nadaje "Above the Continuum" oraz całej płycie specyficznej, nostalgicznej narracji. Struktura wspomnianej suity pełna jest typowych dla gatunku złamań nastroju oraz gwałtownych zmian tempa. Choć momentami można odnieść wrażenie, że utwór nieco się dłuży, finalnie stanowi on imponującą wizytówkę szwedzkiego grania. Niemniej jednak to krótsze utwory zawarte na "Panoramie" brzmią bardziej spójnie i przekonująco. Uwielbiam energię "Face of an Angel", gdzie rewelacyjne, galopujące gitary budują fantastyczny klimat, a klawiszowa solówka Nicklasa Malmqvista to prawdziwe muzyczne czary. To być może najlepsza kompozycja w dorobku Hällas. Taka, którą śmiało można chwalić się przed światem. Zatem stary, dobry rock znowu żyje. Trzy pozostałe utwory – „The Emissary”, piękna ballada „Bestiaus” oraz „At the Summit” – choć bardziej zwarte, również dowodzą wyjątkowego stylu grupy. Pomimo, że muzycy grają tak, jakby utknęli w innej dekadzie, ich twórczość ma własny charakter i wielką siłę rażenia. Liczne progresywne łamańce, zmiany nastroju i urozmaicony wokal sprawiają, że od tej płyty trudno się uwolnić. Słuchasz tego i początkowo myślisz, że ta muzyka jest niemodna, ale słuchasz dalej i po prostu nie potrafisz przestać. W tych dźwiękach drzemie ogromny potencjał. Powtórzę: stary, dobry rock znowu żyje.

Ocena: 8/10

Arnaud Bukwald "Mars Caravan"

Arnaud Bukwald to wyjątkowo płodny francuski wokalista i multiinstrumentalista, którego piętnastoletnia kariera upłynęła pod znakiem nieustannych poszukiwań gatunkowych. Choć artysta wywodzi się z jazzu, równie bliskie są mu rejony space rocka, psychodelii oraz elektroniki. To właśnie w tych ostatnich nurtach utrzymany jest album "Mars Caravan". Wydawnictwo wypełniają brzmienia przywołujące na myśl twórczość Jean-Michela Jarre’a z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Na płycie dominują elektroniczne celebracje dźwięku osadzone w tajemniczym, pełnym zagadek klimacie, choć nie brakuje tu także jazzowych ukłonów, a nawet elementów muzycznego kuglarstwa. Centralnym punktem albumu jest trwająca ponad osiemnaście minut kompozycja "Mumble Jumble", będąca rozbudowanym i zręcznym résumé możliwości Bukwalda. W tej wszechstronnej palecie dźwięków wyłaniają się liczne inspiracje z dotychczasowej drogi artystycznej Francuza. W elektronicznym pejzażu lśnią elementy rocka, folku (podkreślonego partiami fletu Didiera Malherbe), jazzu oraz swobodnych improwizacji. Innym wielowątkowym utworem jest dziesięciominutowe "Xanadu". To propozycja pełna psychodelii podanej w elektronicznym sosie, która mocno opiera się na brzmieniu gitar. Kompozycja ta, ze swoim space-rockowym rozmachem, posiada niemal floydowski rys i charakterystyczną dla rocka progresywnego połamaną strukturę. Dla równowagi Arnaud Bukwald chętnie sięga po muzyczne miniatury, takie jak "Overture", "Ouija Mania" czy "Satellite of Doom". Całość materiału ma w sobie pewien prowokacyjny charakter, a narzędziem tej prowokacji są dźwięki w stylistyce retro. Choć album brzmi świetnie, czysto i efektownie, ze względu na swoje inspiracje budzi silne skojarzenia z erą analogową. Artysta świadomie wykorzystuje nieoczywiste patenty, włączając w strukturę utworów wstawki kojarzące się m.in. z filmami animowanymi. Dzięki temu płyta nie pozwala na nudę ani obojętność, choć osobiście wolałbym, aby brzmienie "Mars Caravan" było bardziej spójne, na wzór znakomitego utworu "The Duke". Na ten moment jest to album interesujący, choć pozostaje pytanie, czy autor na pewno w pełni panuje nad tak ogromną liczbą dźwiękowych pomysłów?

Ocena: 7/10

Clive Nolan "The Mortal Light"

Nowy solowy album Clive’a Nolana, zatytułowany "The Mortal Light", to monumentalne dzieło trwające zawrotne 140 minut. Na tę dwuczęściową kompozycję składa się praca Nolana oraz towarzyszących mu muzyków: Scotta Highama na perkusji, Arnfinna Isaksena na basie i Mirko Sangrigolego na gitarze, a także potężnego zastępu wokalistów i chórzystów. Choć artyście zdarzało się już w przeszłości nagrywać tak rozbudowane projekty – by wspomnieć "Alchemy" z 2013 roku czy "King’s Ransom" z roku 2017 – to właśnie "The Mortal Light" bije pod względem rozmachu wszystkie poprzednie dokonania. Trzeba przyznać, że legenda angielskiego rocka progresywnego, znana z formacji Arena czy Pendragon, stworzyła epicką historię, w której umiejętnie splatają się wpływy neoproga, rocka akustycznego, folku oraz opery rockowej. Pod względem skali przedsięwzięcie to przypomina wielowymiarowe albumy Arjena Anthony’ego Lucassena, zachowuje jednak unikatowy klimat i wyraźną tożsamość twórczą Nolana. Liczne dialogi przeplatające warstwę muzyczną budują intrygującą atmosferę, kojarzącą się z opowieścią szpiegowską lub wciągającą detektywistyczną grą komputerową. Narracja koncentruje się wokół losów Makarii, a historia z każdym kolejnym utworem zdaje się coraz bardziej zacieśniać. Muzycznie Nolan nie próbuje na nowo odkrywać prochu, stawiając na sprawdzone w rocku progresywnym patenty. Całość ubarwia jednak elementami patosu, wysmakowanymi partiami instrumentalnymi – których przy tak długim czasie trwania mogłoby być nawet więcej – oraz pewną dozą muzycznego kuglarstwa. To ostatnie, choć może brzmieć mało poważnie w kontekście tak uznanego twórcy, doskonale wpisuje się w specyficzny klimat albumu. "The Mortal Light" to wydawnictwo, które nie tylko opowiada historię, ale wręcz zaprasza słuchacza do jej współtworzenia. Zdecydowanie warto odkrywać je wielokrotnie, gdyż stanowi prawdziwą kopalnię inspiracji osadzonych w nurcie współczesnego rocka progresywnego. I choć trudno dziś orzec, czy którykolwiek z 35 utworów zapisze się w ścisłym kanonie gatunku, bogactwo zaprezentowanych tu pomysłów sprawia, że do albumu chce się wracać. Jeśli nie z pasją, to przynajmniej z niesłabnącą ciekawością. Kilofy w dłoń: czas na dalszą eksploatację tych pokaźnych pokładów progresywnego grania.

Ocena: 7/10


Konrad Sebastian Morawski

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz