Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ELEKTRONIKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ELEKTRONIKA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2026

Laibach "Musick" (recenzja)

O słoweńskim kolektywie Laibach wiadomo przede wszystkim, że to żywa legenda. Blisko pół wieku na scenie – najpierw jugosłowiańskiej, później globalnej – trwale odcisnęło się na tkance współczesnej kultury. To z ich surowej estetyki i totalitarnego sztafażu pełnymi garściami czerpał Rammstein, a na fundamencie ich industrialnych marszów wyrastały całe nurty alternatywy. O fenomenie grupy rozprawiali najwybitniejsi myśliciele ze Slavojem Žižkiem na czele, analizując strategię nadidentyfikacji jako najskuteczniejszą broń wymierzoną w mechanizmy zgubnych ideologii.

Dziś Laibach to już nie tylko antysystemowa nowa fala z robotniczego Trbovlje. To instytucja operująca w ramach estetyki prowokacyjnej i hermetycznej, a jednak paradoksalnie bliskiej mainstreamowi. Słuchacz wychowany na popkulturze może poczuć się tu nieswojo, a jednocześnie dziwnie znajomo. Zespół od lat przegląda się przecież w lustrze popu z lubością wykrzywiając jego odbicie. Najlepszym dowodem tej niegasnącej żywotności jest album "Musick", pierwsze w pełni autorskie dzieło studyjne od 2014 roku. To elektroniczny manifest, w którym zespół jawi się jako organizm niezwykle płodny, niemal nienasycony. Kolejne wydawnictwa grupy ukazują się z częstotliwością sugerującą, że ich machina nie zna pojęcia zmęczenia. "Musick" pozostaje przy tym jedną z ich najbardziej zaskakujących pozycji. Nazwanie go dyskotekowym nie byłoby dużym nadużyciem. Odnajdziemy tu mocne echa eurodance'u i synth-popu, podane jednak w typowy dla Słoweńców, przewrotny sposób.

środa, 6 maja 2026

Beyond The Event Horizon "Contact" (recenzja)

Przekraczamy horyzont muzycznych zdarzeń. Poznańska formacja Beyond The Event Horizon od 2010 roku konsekwentnie buduje własną, dźwiękową galaktykę, jednak ich najnowsze dzieło, "Contact", to coś więcej niż kolejny album. To moment krytyczny. Punkt, w którym szept zachwytu zamienia się w głośny okrzyk uznania. To płyta, która nie prosi o uwagę. Ona ją bezlitośnie zawłaszcza, niczym grawitacja czarnej dziury. Adresowana do muzycznych pielgrzymów i poszukiwaczy dźwięków nieskrępowanych, stanowi dowód, że w polskiej alternatywie wciąż pulsuje życie czyste, natchnione i przerażająco głębokie.

Prawdziwą duszą tego albumu jest elektronika, ale podana w sposób niemal sakralny. "Contact" wydaje się ulepiony z elektronicznych struktur, które przywodzą na myśl kubrickowską odyseję. Sterylną, a jednocześnie pełną ukrytego, przedwiecznego życia. Adam Kowalka, Paweł Michałowski i Jakub Puszyński występują tu w roli rockowych kapłanów, którzy pewnym krokiem weszli do elektronicznej świątyni, by odprawić rytuał na cześć nieskończoności. Ich muzyka to fascynująca fuzja ambientu, industrialu oraz space rocka. Gitary i perkusja celowo brudzą kosmiczny porządek krążka, nadając mu organicznego, momentami drapieżnego charakteru. To jak zderzenie zimnej technologii statku kosmicznego z tlenem i krwią ludzkiej obecności. W tym kosmicznym porządku, niczym głos z innego wymiaru, pojawia się Asia Malicka. Jej wokal w "Echo of L.O.O.T." jest jak nieuchwytny fantom – kokietujący, szeptany, wijący się wokół instrumentów niczym wąż. To głos, który nie śpiewa, lecz nawiązuje tytułowy kontakt, pozostawiając słuchacza w stanie permanentnej tęsknoty.

sobota, 25 kwietnia 2026

Na skróty PO ZMROKU, część 8: Hällas, Arnaud Bukwald, Clive Nolan

Skróty PO ZMROKU meldują się w Europie. Nasz pierwszy przystanek to Szwecja i zespół Hällas, który definicję słowa retro ma opanowaną do perfekcji. Grupa nagrała prawdopodobnie swoje opus magnum, czyli album "Panorama". Brzmiałby on jeszcze lepiej, gdyby jeden z rozbudowanych utworów zdecydowano się podzielić na kilka części. Więcej odwagi w sięganiu po nożyczki! Następnie przenosimy się do Francji, gdzie Arnaud Bukwald – wizjoner łączący rock, jazz i elektronikę – zaprasza nas na swoją planetę płytą "Mars Caravan". Choć nagrywa nad Sekwaną, mentalnie ewidentnie przebywa w innej galaktyce. Na koniec płyniemy przez kanał La Manche do Wielkiej Brytanii. Tam Clive Nolan prezentuje swoje spektakularne opera show. Album, który musi angażować armię dźwiękowych górników.

piątek, 24 kwietnia 2026

Richard Barbieri "Hauntings" (recenzja)

Mistrz dźwiękowego nastroju powraca. Po pięciu latach milczenia Richard Barbieri znów wciąga słuchaczy w głąb swojej surrealistycznej wyobraźni. Album "Hauntings" to hipnotyczna podróż przez krainę ambientu i wyrafinowanej elektroniki, w której artysta, wspierany przez uznanych instrumentalistów, wspina się w okolice szczytu swojej kompozytorskiej dojrzałości. To idealna ścieżka dźwiękowa do obrazu miasta tuż po zachodzie słońca. Album o zajmującym klimacie, precyzyjnie osadzony w intymnym kolażu nocnych emocji.

To przede wszystkim autorska deklaracja Barbieriego. Krążek dominuje dźwiękowy trans, w którym tradycyjne rockowe akcenty ustępują miejsca głębokim, elektronicznym teksturom. Barbieri, jako mistrz syntezatorów i sampli, zaprosił do współpracy ciekawy skład. Jego muzycy, co prawda występują tylko w wybranych, czasem pojedynczych utworach, ale zdążyli pozostawić swój ślad na "Hautings". Na perkusji usłyszymy Morgana Ågrena (Kaipa), na klawiszach Fredrika Hermanssona (ex-Pain of Salvation), a sekcję rytmiczną wzmacnia legendarny basista jazz-rockowy Percy Jones (Brand X). Skład uzupełnia włoski trębacz Luca Calabrese, którego instrument staje się tu kluczowym głosem. Zresztą obecność Jonesa i Calabrese nie jest przypadkowa. Obaj współpracowali z Barbierim przy jego poprzednich solowych dokonaniach, tworząc z nim niemal stały, artystyczny kolektyw.

wtorek, 10 marca 2026

Ulver "Neverland" (recenzja)

Wydany ćwierć wieku temu album "Perdition City" grupy Ulver był ścieżką dźwiękową do nieistniejącego miasta. Materiał ten wstrząsnął mną tak głęboko, że do dziś stanowi część mojej tożsamości. Dziś Ulver powraca do tego dziedzictwa krążkiem zatytułowanym "Neverland". Tym razem jednak, zamiast portretować nieistniejący świat, muzycy tworzą ścieżkę do wnętrza człowieka poszukującego własnego JA. Na "Neverland" zespół brzmi inspirująco i magnetycznie, porzucając ostatnio proponowaną piosenkową formę na rzecz elektronicznego transu. Ambient przenika się tu z motywami rodem z thrillerów, sprawiając, że muzyka przestaje być tylko dźwiękiem. Staje się lustrem duszy słuchacza. Twojej duszy, Ty, który czytasz te słowa.

Pierwsze dźwięki albumu w utworze "Fear in a Handful of Dust" stanowią zaproszenie do świata ambientu, o którym zdążyliśmy już zapomnieć. To przestrzeń nasycona naturą, a jednocześnie mroczna i niepokojąca, niemal w duchu Davida Lyncha. Elektroniczne "bumerangi" i gęste płaszczyzny dźwięku budują absolutnie magnetyczny klimat. W tym dźwiękowym uniwersum czuć przedziwny kontrast: z jednej strony statyczność, z drugiej pośpiech cywilizacji, która pędzi nie wiadomo dokąd. Następnie "Elephant Trunk". Krótkie frazy tego utworu brzmią niczym muzyczna zapowiedź prozy Lovecrafta. Ulver świadomie eksploruje tu mrok. Utwór stopniowo pęcznieje, nabiera wibracji, a elektroniczne pasaże budzą echa kultowego "Hallways Of Always". To wielka, syntezatorowa podróż w głąb norweskiej duszy. Zespół wraca do estetyki, którą zdawał się pogrzebać krótko po premierze swojego opus magnum, odmienianego w tym tekście przez przypadki "Perdition City".

poniedziałek, 31 marca 2025

Ulver "Liminal Animals" (recenzja)

Pamiętam, że moja dusza wiele razy rozpadała się przy dźwięku saksofonu Rolfa-Erika Nystroma w fantastycznych utworach na krążku "Perdition City" norweskiej kapeli Ulver. Sklejałem tą duszę, leczyłem ją i wskrzeszałem na wiele sposobów, aż wreszcie zrozumiałem, że to nie tylko Nystrom tak działa na moje emocje, ale cały ten album, który miał się wkrótce okazać katharsis Norwegów na ich przeszłość - na black metal. Ulver wchodził do świata ambientu i elektroniki, bezlitośnie zbesztany za krążek "Perdition City", który dla wielu, tak jak dla mnie, stał się czymś w rodzaju muzycznej ziemi obiecanej. Ćwierć wieku temu usłyszałem muzykę, której wiele osób nigdy nie chciało usłyszeć. Kanon. To na nim wyrósł też album "Liminal Animals", czyli tegoroczne dzieło Ulver.

Cała ta nowoczesność męczy mnie bardziej, niż kiedykolwiek. Norwegowie trochę się do niej uśmiechają, bo wiele utworów tworzących album "Liminal Animals" mogliśmy usłyszeć w cyfrowych strumieniach długo przed premierą kompaktu. Nie można się od tego dziś odwrócić plecami. Zatem słuchałem. Regularnie też podziwiałem. Pod skórą czułem, że zespół szykuje się na coś wielkiego, ale też mrocznego i osobistego. 

sobota, 14 stycznia 2023

Kalle Wallner "Voices" (recenzja)

W dyskografii Kalle Wallnera znajduje się dużo powyżej 100 albumów. Przynajmniej do tylu przyznaje się ten niemiecki gitarzysta, producent i kompozytor, którego powinniśmy znać przede wszystkim z nagrań w RPWL i Blind Ego. Fakt jest taki, że ceniony w Niemczech twórca nie odmawiał nagrań z takimi kapelami jak Sylvan, Apollon’s Smile, Kohler & Schnute, czy... FC Tirol. Na oficjalnej stronie internetowej artysty można znaleźć pełną selekcję jego muzycznego dziedzictwa, począwszy od 1992 roku, również i tego, na które składają się dość - aby użyć eufemizmu - niecodzienne kolaboracje. Jakkolwiek by nie było, wreszcie po latach różnych projektów, Kalle Wallner zdecydował się na album solowy. Jego tytuł brzmi "Voices".

Materiał składa się z siedmiu utworów rozpisanych na niecałe pięćdziesiąt minut muzyki. Jest to muzyka przede wszystkim gitarowa, oparta na wyrazistym rockowym brzmieniu, w niektórych częściach porozciągana w progresywnym stylu i nieodporna na liczne urozmaicenia, głównie elektronikę. Na krążku, oprócz głównego bohatera, występuje znany w prog rockowym środowisku, niedoszły perkusista Dream Theater Marco Minnemann, a także kolega Wallnera z RPWL Yogi Lang, którego na "Voices" nie usłyszymy jeśli chodzi o partie wokalne, ale przygotował część sekcji klawiszowej i efektów. Ponadto w dwóch utworach zaśpiewają znany z Subsignal Arno Menses ("Three") i małżonka Wallnera Tanyc ("Six").

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Michał Łapaj "Are You There" (recenzja)

Zdzisław Beksiński już dawno nie żyje, ale jego twórczość wciąż wywiera duży wpływ wśród masowych odbiorców, ponieważ znakomicie definiuje metafizyczną część ludzkiej natury. Mówi o człowieku. Wydaje mi się, że o ludziach - zresztą wizerunkowo w tonie prac Beksińskiego - opowiada pierwszy solowy album Michała Łapaja zatytułowany "Are You There". W słowach i obrazach to człowiek bez twarzy, spopielony, złamany i zniszczony. Żałosny strzęp emocji, z którego uchodzą resztki życia. Bardzo to wymowna warstwa fragmentów egzystencji, które mogą stać się łańcuchami. Nie o słowa jednak chodzi w przypadku tego uzdolnionego artysty jakim jest Michał Łapaj, ale przede wszystkim o muzykę, wywołując w pierwszej kolejności instrumenty klawiszowe na czele z organami Hammonda, pianem Rhodesa i syntezatorami analogowymi.

Na swoim pierwszym dużym albumie Michał Łapaj zaoferował słuchaczom dziesięć kompozycji rozpisanych na przeszło godzinę muzyki, której ramy można wystrugać z takich materiałów jak rock progresywny, elektronika i ambient. W każdym razie skala inspiracji muzyka znanego z Riverside jest szersza, co słychać w "Are You There", stąd też próby zdefiniowania tej płyty w oparciu o konkretne gatunki muzyczne nie będą oddawały całej prawdy. Jest to przede wszystkim świat Michała Łapaja, jego tęsknoty do analogowego brzmienia i jego klawiszowych wyobrażeń, które zdołał przekuć w dużą płytę. Poza klawiszowymi nie usłyszymy tu zbyt wielu innych klasycznych instrumentów (wyjątkiem jest perkusja), w kilku utworach odezwą się wokaliści, a całość można by określić elektronicznym nokturnem, gdyby nie muzyczne impulsy odpowiedzialne za wielowymiarowy charakter albumu. Trzeba jednak przyznać, że dominują tu przede wszystkim ponure wymiary tego charakteru.

sobota, 28 kwietnia 2018

Ulver "Sic Transit Gloria Mundi" (recenzja)

Dzieło malarskie pt. "Studium portretu papieża Innocentego X według Velázqueza" w wykonaniu Francisa Bacona ukazało się w 1953 roku, zaś album z muzyką zatytułowany "Sic Transit Gloria Mundi" w wykonaniu norweskiej kapeli Ulver trafił na rynek w fizycznej postaci w 2018 roku. Co łączy te dwa wymiary sztuki? Na okładce tego małego albumu Norwegów znajduje się ów obraz brytyjskiego malarza. To dzieło, które nie tyle odrzuca dogmaty, co definiuje stan religii najpierw w połowie XX wieku, teraz u progu XXI wieku. Papież okrywa się krzykiem, a jego postać jakby wydaje się rozszarpywana przez refleksy przemijających czasów. Religia umiera - tak przemija chwała świata.

W tym ponurym przesłaniu uczestniczą muzycy jednej z najbardziej wpływowych i zarazem wizjonerskich kapel na przełomie XX i XXI wieku - Ulver. Wystarczą więc zaledwie trzy utwory rozpisane na piętnaście minut muzyki, aby znów dać się porwać światu, w którym wyznaczane są nowe nowe granice pojęcia artyzmu. Jeden z wiodących twórców norweskiego zespołu, Kristoffer Rygg, próbuje nieco wychodzić naprzeciw dużym słowom. Przy okazji premiery małego albumu "Sic Transit Gloria Mundi" stwierdzi wszak, iż Ulver zawsze chciał spróbować napisać muzykę popularną. Taka też w założeniu miała wypełniać nowy album Norwegów, ale czym są te założenia wobec samej zawartości płyty?! Ulver nawet w skromnych piętnastu minutach okazuje się fascynującą, pełną głębi i niezwykłych doznań wędrówką muzyczną, o której jakość zadbano w samym sercu Norwegii - Oslo, a następnie zremasterowano ją w Londynie.

sobota, 15 kwietnia 2017

Ulver "The Assassination Of Julius Caesar" (recenzja)

Najpierw obrazy. Lady Diana Spencer ukryta pod imponującym welonem na schodach Katedry św. Pawła w Londynie. Tuż przed zaślubinami, które nie przyniosły jej szczęścia. Dalej akwaforta Wacława Hollara, na której wilk rozrywa człowieka na strzępy. A może rozrywa posąg, tylko ludzie woleliby, aby jego ofiarą był człowiek? Następnie Bonaparte przed Sfinksem, a w zasadzie jego medytacja i samotność według francuskiego artysty Jeana-Léona Gérôme. To nie koniec. Obrazy pokazują też słynną plantację Rosedown, gdzie wśród bujnej roślinności hektolitry potu i krwi wylewali czarni niewolnicy, tam nierzadko umierając w zapomnieniu. Jest też 1 Dywizja Piechoty w szczękach śmierci - jak sugestywnie zatytułował swoją fotografię Robert F. Sargent - podczas lądowania Amerykanów na plaży Omaha, gdzie życie pozostawiło kilka tysięcy żołnierzy. Na obrazach znajduje się także święta Teresa w wyobrażeniu François Gérarda, mroczna i pociągająca, inna niż była. Za to Neil Armstrong się zgadza. Pierwszy człowiek na Księżycu. Symbol współczesnych budowniczych wieży Babel. Na koniec Svarefjorden w norweskim Sogn. Potężny, tajemniczy, wynikający z natury.

Teraz słowa. Zabójstwo Juliusza Cezara w 44 roku przed naszą erą też wynikło z natury. Tyle, że nie z tej nieskazitelnej, czystej i niewinnej, ale z człowieczej, podatnej na nieprawości. Wszystko, co przedstawiają obrazy wewnątrz bookletu nowego albumu norweskiego Ulver pt. "The Assassination Of Julius Caesar", przedstawiają tak naprawdę naturę człowieka. Jej mroczną stronę, która domaga się rzucania innych na pożarcie dzikim zwierzętom. Damnatio ad bestias. Ta natura, wypełniona niezdrową chęcią dążeń i podbojów, skrzywieniami na temat człowieczeństwa, często prowadzi do samozagłady. Krew przelewana w imię idei, polityki, systemów religijnych, chorych ambicji, chęci posiadania. Nic się nie zmienia od zabójstwa Juliusza Cezara, może poza stopniem wyrafinowania dewiacji w jakie popada ludzka natura. Dokąd my, ludzie, zmierzamy? A może nic się w nas nie zmieniło od czasów Starożytnego Rzymu? Umieszczony na okładce "The Assassination Of Julius Caesar" fragment siedemnastowiecznej rzeźby Berniniego "Pluton i Prozerpina" wydaje się dobrze łączyć z przesłaniem albumu. Człowiek zadaje ból i tworzy strach. Człowiek zabija. Gdzie się podział człowiek?

czwartek, 13 kwietnia 2017

Richard Barbieri "Planets + Persona"

Powiązany z Japan i Porcupine Tree londyński wizjoner instrumentów klawiszowych Richard Barbieri pozostaje w niezwykłej mocy twórczej. Jego trzeci album solowy zatytułowany "Planets + Persona" dowodzi nie tylko wielkich umiejętności artysty, ale też daje świadectwo jego nieustannych dążeń ukierunkowanych na poszukiwanie nowych rozwiązań w muzyce. Richard Barbieri inspirując się wszechstronnym światem muzyki i jego różnymi gatunkami, a także czerpiąc ze swojego wieloletniego doświadczenia na scenie zaproponował więc słuchaczom album o unikatowym ładunku emocji, pięknych muzycznych strukturach i nietypowym, napełniającym ducha klimacie. Krążek "Planets + Persona" to jedno z najmocniejszych nagrań sygnowanych imieniem i nazwiskiem Richard Barbieri. 

W tym pod wieloma względami eksperymentalnym, często też odkrywczym labiryncie dźwięków, angielskiego artystę wsparła grupa utalentowanych muzyków, choć warto pamiętać, że album "Planets + Persona" został w całości napisany i wyprodukowany przez Richarda Barbieriego. On sam przeprowadził też selekcję osób, z którymi zapragnął zarejestrować ten składający się z siedmiu utworów materiał. Całość, będąca formą koegzystencji progresywnej przestrzeni i elektronicznych form, okazuje się wyjątkowym przeżyciem. Tenże pochłaniający i właściwy tylko Richardowi Barbieriemu eksperymentalizm daje się odczuć już na dystansie pierwszej kompozycji tworzącej album "Planets + Persona", czyli "Solar Sea". Dziwne, minimalistyczne dźwięki, jakby wprowadzające do industrialnej mszy, stopniowo nabierają tu tempa i wyrazu. W pulsującym klimacie na "Solar Sea" atmosferę tajemnicy budują szczątkowe wokale w wykonaniu Lisen Rylander Löve. Ona często też wdaje się w rozmowy, w których uczestniczy jej saksofon, a także trąbka w wykonaniu Luki Calabrese. Całość charakteryzuje się specyficznym klimatem miasta nocą, budząc nieco skojarzenia z legendarnym albumem "Perdition City" Ulver. Tym skojarzeniom sprzyjają rozmaite efekty, sample, tła i nietypowe ścieżki klawiszowe autorstwa Richarda Barbieriego. On także po mistrzowsku kontroluje lub zmienia tempo tego i innych utworów na płycie. Główny programator "Planets + Persona", mistrz tej nowoczesnej ceremonii dźwięku, potwierdził więc na tym albumie swoje znakomite umiejętności, ale też wykazał się niespotykanym zbyt często w naturze wizjonerstwem. Po takim ładunku pięknych, sięgających głębi ducha emocji jak w utworze "Solar Sea", dalsza część albumu musiała być wyzwaniem.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Nordic Giants "A Séance Of Dark Delusions" (recenzja)

Duży debiut roku? Istnieje przynajmniej cień szansy, że o muzyce duetu tworzącego Nordic Giants ktoś usłyszał jeszcze przed pięcioma laty, gdy w 2010 roku ukazał się mały album pt. "A Tree As Old As Me". W kolejnych latach twórcy Nordic Giants, czyli Loki i Rôka, zaproponowali jeszcze kilka małych wydawnictw, aby w 2014 roku podpisać przełomowy kontrakt z Kscope. Owocem tego kontraktu jest album pt. "A Séance Of Dark Delusions". To duży debiut Nordic Giants. Pierwszy akt sztuki osadzonej w klaustrofobicznym kinie brzęku.

Album zawiera dziewięć niezwykle przestrzennych, nowocześnie brzmiących kompozycji. To w sumie niby tylko niecałe czterdzieści trzy minuty muzyki, ale głębia krążka "A Séance Of Dark Delusions" sprawia, że ów czas zamienia się w skomplikowany labirynt pełen post rockowego, progresywnego, elektronicznego i eksperymentalnego etosu. Nic więc dziwnego, że duży debiut Nordic Giants próbuje być sprzedawany jako materiał dla fanów Pink Floyd, Dead Can Dance, Sigur Rós czy Björk. Wieloformatowość krążka "A Séance Of Dark Delusions", jego plastyczność, światowe przesłanie oraz intensywność dźwięków świadczą, że Loki i Rôka dotarli do punktu, w którym muzyka przestaje być tylko muzyką.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Leftfield "Alternative Light Source" (recenzja)

Trochę czasu musiało upłynąć, aby nowy album Leftfield ujrzał światło dzienne. Stało się! Nie jest to wprawdzie światło dzienne, ale alternatywne źródło światła, bo o tym przecież mówi tytuł nowego materiału Leftfield, czyli "Alternative Light Source", który jest następcą wydanego przed szesnastu laty krążka "Rhythm and Stealth". Nieobecność studyjna Leftfield, nie włączając w to kompilacji i materiałów koncertowych, osiągnęła więc prawie pełnoletność.

Duet tworzący Leftfield, czyli Neil Barnes i Paul Daley, zawiesił działalność w 2002 roku, aby osiem lat później wznowić aktywność koncertową. Lud chciał też albumu studyjnego, co prawdopodobnie nie było po drodze Paulowi Daley'owi, który w 2013 roku definitywnie rozstał się z Leftfield. Tak oto duet zamienił się w projekt jednoosobowy, nad którym rolę suwerena sprawuje dziś Neil Barnes. On też wyprodukował album "Alternative Light Source", a także w bardzo owocnej współpracy z różnymi muzykami napisał dziesięć nowych utworów i po szesnastu latach znowu zachwycił publiczność niezwykle klimatyczną muzyką.

wtorek, 2 czerwca 2015

Arcturus "Arcturian" (recenzja)

Długo oczekiwany album studyjny Arcturus, nagrywany podobno na przestrzeni ostatnich pięciu lat, wreszcie ujrzał światło dzienne. Nietrudno przy tym zauważyć, że dzieło zatytułowane "Arcturian" zostało wydane w dobrym momencie, ponieważ dziś metalowa awangarda znajduje się w wyjątkowej kondycji. Ledwo kilka miesięcy temu duet Solefald zarejestrował opus magnum w swej muzycznej egzystencji, a oto teraz Arcturus powrócił z albumem, o którym trudno będzie kiedykolwiek zapomnieć. Pensjonaty z pokojami bez klamek stoją otworem, czas zastanawia się czy nie zmienić biegnącego kierunku, a "Arcturian" zbiera swoje mroczne i wizjonerskie żniwo.

Na piątym studyjnym albumie Arcturus, logicznie ujmując następcy "Sideshow Symphonies" z 2005 roku, znalazło się dziesięć kompozycji. Nie brakuje im ani mroku, ani wizji, a wszelkie budzące wątpliwości kwestie związane z reinkarnacją kapeli w 2011 roku i zmianami w jej składzie przestały być aktualne. Wyłączając najmniej zasłużonego w towarzystwie Tore Morena album został zarejestrowany przez ten sam skład (...i nie tylko), który przed dekadą stworzył wspominany wcześniej krążek. Jednak dosyć wyliczania tych detali i zaglądania w przeszłość, "chcę się wydostać z tego samolotu!", drze się na wstępie ICS Vortex dając sygnał do rozpoczęcia opętańczego muzycznego rytuału, który ma na imię "Arcturian". Rytuału umożliwiającego rozpoznanie tożsamości norweskich twórców już po kilku pierwszych zagranych dźwiękach i wypowiedzianych słowach. Arcturus pamięta bowiem o swoim dziedzictwie muzycznym, oferuje takie niepodważalne standardy dotąd zaprezentowanej twórczości jak kompozycje "Crashland", "Pale", "Archer" i "Bane", ale jednocześnie wyznacza nowe kierunki w swojej filozofii. W sumie więc "Arcturian" zabiera w nieodgadnione rejony wyobraźni, zawieszone gdzieś pomiędzy kosmosem a ukrytymi mrocznymi wymiarami jestestwa, aby też zarazem wysłać armię uzbrojonych doświadczeniem i wizjonerstwem zagrywek oraz słów, które służą zdobywaniu i umacnianiu metalowej awangardy na muzycznym nieboskłonie. Zatem nowy album norweskiego zespołu jest nie tyle łącznikiem pomiędzy dziedzictwem zespołu a współczesnością, co przejściem do kolejnej majestatycznej przestrzeni twórczości Arcturus.

środa, 20 maja 2015

Ozric Tentacles "Technicians Of The Sacred" (recenzja)

Odjazd! Na tym można by pewnie zakończyć recenzję piętnastego albumu studyjnego Ozric Tentacles. Instrumentaliści z Somerset tworzą bowiem muzykę, która mogłaby być substytutem wszelkich środków psychoaktywnych. Te niesamowite elektroniczne przestrzenie, wystrzelone w kosmos zagrywki gitarowe, rozlewająca się we wszystkich możliwych kierunkach psychodelia i zapierający dech progresywny anturaż stanowią mieszankę zaiste psychoaktywną. Muzyka Ozric Tentacles pobudza zmysły i przenosi do świata przyjemnej lewitacji. Piętnasty album studyjny kapeli, będący zarazem najbardziej rozbudowanym materiałem w jej dziejach, spełnia wszelkie standardy muzyki tworzonej od przeszło trzydziestu lat przez Anglików. Dwupłytowe dzieło zatytułowane "Technicians Of The Sacred" to ukoronowanie tego, co dla muzyki znaczy Ozric Tentacles.

Zawartość nowego materiału utworzyło w sumie jedenaście kompozycji rozpisanych na prawie dziewięćdziesiąt minut muzyki zarejestrowanej na dwóch krążkach. Całość w swojej dzikiej i pozbawionej reguł (anty)logice etnicznego uduchowienia charakteryzuje się dużą spójnością. Pomimo, że muzycy Ozric Tentacles - w tym przede wszystkim mastermind kapeli Ed Wynne - sięgają po niezliczone ilości pomysłów, to ich muzyka nigdy nie traci nic ze swojej tożsamości. Kolejne utwory tworzące "Technicians Of The Sacred" zdają się być ze sobą połączone mocnymi nićmi niepodrabianego stylu angielskiej kapeli. Co rusz Ed Wynne i spółka czarują słuchaczy rozmaitymi solówkami, improwizacjami i wycieczkami w kierunku wyobrażonych zakątków idyllicznej rzeczywistości. Nowe kompozycje Ozric Tentacles tworzone są w teraźniejszości, ale sięgają do bogatej przeszłości kapeli, a zarazem wyznaczają standardy na przyszłość. To ogromna sztuka, że twórczość instrumentalistów z Somerset pomimo kilkunastu krążków na koncie wciąż pozostaje świeża i dziewiczo atrakcyjna w proponowanej w formie.

piątek, 17 kwietnia 2015

Solefald "World Metal. Kosmopolis Sud" (recenzja)

Miałem tę przyjemność, że ósmego dużego albumu Solefald po raz pierwszy słuchałem w ciemnościach. Nie upłynęła nawet połowa odsłuchu, a ja nie włączając światła próbowałem wymacać na ziemi resztki mojego mózgu. Nie zwykłem używać przekleństw, ani tym bardziej ulegać konwenansom języka stosowanego przez młode pokolenie ludzi wychowanych przez sieć i w sieci, ale zawartość krążka zatytułowanego "World Metal. Kosmopolis Sud" zaiste najlepiej definiują te oto dwa słowa podniesione wykrzyknikami: mózg rozjebany!!!

Dotąd nie wiem czy mierząc się z tym krążkiem byłem świadkiem geniuszu, czy wytworu zmaterializowanego szaleństwa. W każdym razie podobno granica pomiędzy geniuszem a szaleństwem nie jest zbyt mocno ufortyfikowana, a więc zakładam, że "World Metal. Kosmopolis Sud" to prawdziwa, poznawalna na poziomie zmysłów postać geniuszu. Kapela, a właściwie duet wywodzący się z Norwegii zarejestrował materiał niezwykle wielobarwny, przepełniony niesamowitą ilością zastosowanych pomysłów, bezczelnie przechadzający się po różnych gatunkach muzyki. To metal świata. Metal eksperymentalny, awangardowy i wyrafinowany. Rzecz naładowana ostrym gitarowym klimatem, wypełniona elektroniką, sięgająca plemiennego chaosu i nieskończonego wszechświata, a zarazem muzyka dyskotekowa, perwersyjna i prowokacyjna, wreszcie też błądząca w najbardziej odważnych wyobrażeniach ludzi o zresetowanym poczuciu tożsamości. Takiego kolażu współgrających ze sobą dźwięków nigdy wcześniej nie słyszałem. 

piątek, 6 lutego 2015

Archive "Restriction" (recenzja)

Niczym w prowincjonalnym lunaparku. Zabawić się można, atrakcji dość dużo, znajdzie się i miejsce na niewymagającą refleksję, ale całość ulatuje szybciej, niż można by oczekiwać. Taki zestaw wrażeń generuje dziesiąty album studyjny angielskiego Archive zatytułowany "Restriction". To nie jest godny następca poprzednich nagrań kapeli, a zarazem plasuje się jako główny kandydat do najsłabszego dzieła w dyskografii Londyńczyków. 

Nowe dzieło Archive zawiera dwanaście utworów pozbawionych motywu przewodniego, jak bywało to w wielu poprzednich nagraniach zespołu. Idąc dalej łatwo o wrażenie, że zawartość "Restriction" to raczej zbiór przypadkowych i niedokończonych kompozycji, aniżeli przemyślana struktura. Mniejsza o brak oryginalności albo o schematyczność, będące stałą częścią repertuaru nowego albumu Archive, ale trudno wybaczyć muzykom zespołu spłaszczenie swojego stylu, którego się dopuścili. Utwór tytułowy dobrze taki obrót spraw podsumowuje, zaś banalne i raz po raz kopiowane patenty na poziomie pojedynczych kompozycji świadczą o niemocy twórczej Archive, vide przeciętniaki w stylu "Feel It", "Riding In Squares" czy "Crushed".

sobota, 1 listopada 2014

Archive "Axiom" (recenzja)

Na dziewiątym albumie londyńskiego Archive zatytułowanym "Axiom", czy jako rzecze etykieta "AXΦM", dominują elektronika i ambient. Pod wieloma względami ten krążek przypomina mi nagrania norweskiego Ulver po metamorfozie, ale jeszcze przed rozpoczęciem współpracy z Danielem O'Sullivanem i Kscope, czyli gdzieś od przełomu wieków do minimalistycznego albumu "Shadows Of The Sun" z 2007 roku. Świadczy o tym kompozycja tytułowa i jej reprise zagrany w finale, gdzie wyłaniają się narkotyczne przestrzenie pełne kanciastych dźwięków, nokturnowego nastroju i nieprzyzwoitej swobody w progresywnym stylu. Wspominany utwór tytułowy najlepiej odzwierciedla przedstawiony przeze mnie opis. To Archive w wysokiej formie. Intrygującej, trudnej i wciągającej, choć w ostatecznym rozliczeniu klimat całego albumu wyłamuje konwencję wymienionych przymiotników.

Muzycy Archive grają tak jak przyzwyczaili fanów, trzymają się rdzenia swojej twórczości, doskonale przepływają pomiędzy kolejnymi utworami, a zarazem utrzymują właściwe swej naturze napięcie. Album, choć wydany pod koniec maja 2014 roku, z powodzeniem mógłby ozdobić listopadowe noce. Szczególnie wczesnolistopadowe, pełne magii i mistycyzmu, a jednocześnie mroku. Na trwającym niecałe czterdzieści minut "Axiom" wydarzyło się wszak wiele. Od utworu tytułowego promieniują inne kompozycje, bardziej recytowany niż zaśpiewany "Distorted Angels", poszarpany elektroniczną brzytwą i następnie dryfujący na pełnym sztormów dźwiękowych oceanie "Baptism" albo wreszcie zaśpiewany w korytarzu "Transmisson Data Terminate", gdzie dały o sobie znać pulsujące bębny i nieśmiałe gitary w stylu ostatnich nagrań Nine Inch Nails. Zasadniczo jednak oprawa instrumentalna nie jest najmocniejszą stroną na tym krążku Archive. Górę wzięły dźwięki nieożywione, wygenerowane z komputera, lodowate, ale klimatyczne.