Kilka tygodni temu w krótkiej recenzji wspominałem o tegorocznym albumie włoskiej kapeli Messa pt. "The Spin". Zdążyłem wówczas napisać, że to piękne dzieło, ale nie przypuszczałem, że będzie mi towarzyszyć w kolejnych dniach. Aż do dzisiaj, pewnie też jutro i pojutrze. Może już na zawsze?
Nie może być więc inaczej - ten krążek zasługuje, aby przyjrzeć mu się dokładniej, wzmocnić przekaz o jego wielkości. O tej metalowej melancholii. O strachu, nostalgii i popiołach. Jeśli nie wiecie w jaki sposób może brzmieć wokal, który określiłbym jako papieros wypalany w tunelu tego bardzo deszczowego dnia, to posłuchajcie Sary Bianchin. Staje się ona dzięki albumowi "The Spin" czarnym łabędziem sceny metalowej. Wywodzący się z Włoch zespół Messa też zasługuje, aby zrobiło się o nim głośniej. Przeszło dekada twórczości i trzy duże płyty zbudowały tożsamość grupy, której najbardziej pełny kształt otrzymujemy na krążku "The Spin". To wielkie dzieło, które ma szansę wyznaczyć kanony gatunku. Jest mszą w stylu noir. Narracją uczuć, które skrywamy gdzieś głęboko w środku samego siebie.
Album "The Spin" zawiera łącznie siedem utworów, które trwają około czterdziestu dwóch minut muzyki. Jego brzmienie określiłbym jako nieco przybrudzone, choć szlachetne. Symbolika węża zjadającego swój własny ogon - okładka autorstwa Nico Vascellariego - dobrze wpisuje się w ogólne przesłanie albumu. Mówi o cykliczności życia. O tym, że rodzimy się, umieramy, aby znowu odrodzić się pod jakąś postacią, następnie znowu umrzeć. Istniejemy w niekończącej się wieczności. Czym więc jest nasz indywidualizm? Nasze unikatowe wartości? Czy odradzają się razem z nami? W melancholijnej filozofii zespołu Messa, oprawionej fascynującą muzyką, będziemy poszukiwać odpowiedzi.
Nie może być więc inaczej - ten krążek zasługuje, aby przyjrzeć mu się dokładniej, wzmocnić przekaz o jego wielkości. O tej metalowej melancholii. O strachu, nostalgii i popiołach. Jeśli nie wiecie w jaki sposób może brzmieć wokal, który określiłbym jako papieros wypalany w tunelu tego bardzo deszczowego dnia, to posłuchajcie Sary Bianchin. Staje się ona dzięki albumowi "The Spin" czarnym łabędziem sceny metalowej. Wywodzący się z Włoch zespół Messa też zasługuje, aby zrobiło się o nim głośniej. Przeszło dekada twórczości i trzy duże płyty zbudowały tożsamość grupy, której najbardziej pełny kształt otrzymujemy na krążku "The Spin". To wielkie dzieło, które ma szansę wyznaczyć kanony gatunku. Jest mszą w stylu noir. Narracją uczuć, które skrywamy gdzieś głęboko w środku samego siebie.
Album "The Spin" zawiera łącznie siedem utworów, które trwają około czterdziestu dwóch minut muzyki. Jego brzmienie określiłbym jako nieco przybrudzone, choć szlachetne. Symbolika węża zjadającego swój własny ogon - okładka autorstwa Nico Vascellariego - dobrze wpisuje się w ogólne przesłanie albumu. Mówi o cykliczności życia. O tym, że rodzimy się, umieramy, aby znowu odrodzić się pod jakąś postacią, następnie znowu umrzeć. Istniejemy w niekończącej się wieczności. Czym więc jest nasz indywidualizm? Nasze unikatowe wartości? Czy odradzają się razem z nami? W melancholijnej filozofii zespołu Messa, oprawionej fascynującą muzyką, będziemy poszukiwać odpowiedzi.
Can you smell a dead magnolia
while the moon lays upside down
while the moon lays upside down
Pulsujące, zapętlone dźwięki wprowadzają w świat albumu "The Spin". Kompozycja "Void Meridian" rozpoczyna się od niepozornej, surowej gitary, której szlachetności szybko dodają partie wokalne wielkiej na tym krążku Sary Bianchin. Sekcja instrumentalna intensywnieje. Gęsto serwowane riffy gitarowe i partie perkusji sprawiają wrażenie archaicznych, aby w kolejnych minutach nabierać kształtu. Messa przeistacza się w tym utworze z larwy w piękną ćmę. W sumie dużo metalowego brudu, podłączonego do doomu, w tym wokalny diament. Utwór wieńczy kapitalna instrumentalna improwizacja.
Waiting for me to run...
waiting for me to run!
waiting for me to run!
Jednym z najbardziej dynamicznych utworów na krążku jest "At Races". Kompozycja zagrana szybko, trochę z zadziorem w stylu hard n' heavy pozwala Sarze Bianchin kokietować słuchaczy. Rewelacyjne na gitarach odjeżdżają Mark Sade i Alberto Piccolo. "At Races" mknie dorównując swojemu tytułowi. Pomimo, że Messa raczej opiera się nośnym patentom, to ten numer mógłby z pewnością być jedną z jej wizytówek, aby nieprzekonani sprawdzili twórczość włoskiej kapeli. W trakcie utworu następuje też efektowne, progresywne przełamanie. Instrumentaliści bawią się dźwiękiem, balansując na krawędziach kwaśnego świata. Nie brakuje tu ciężaru w konwencji doomu i przede wszystkim wgniatającej w ziemię solówki gitarowej. Jeśli to usłyszycie, poczujecie ciężar i ból, jaki tkwi w zespole.
Run away, don't turn
be careful not to fall
be careful not to fall
Messa to także efekty. Mocne, wyraźne, takie jak w "Fire On The Roof". Kapela w bardzo poważnym stylu otwiera ten numer. Gra ciężko, intensywnie, tu i ówdzie proponując świetne riffy gitarowe i kolejną wyborną solówkę gitarową. Utwór oparty na charakterystycznym motywie składa się z nietypowej struktury. Często zmienia się tu tempo, różnymi środkami wokalnymi operuje też Sara Bianchin. Słyszysz ten kawałek, zamykasz oczy i widzisz tytułowy ogień na dachu. Czy to czasem nie płonie system wartości współczesnego człowieka? Uwielbiam ten kawałek za jego nietypowość i niebanalność. Niecałe pięć minut, w których dzieje się tak dużo!
It is like a beautiful weight
on my heart
please run away, please
on my heart
please run away, please
Nie zdoła jeszcze całkiem wypalić się ogień z poprzedniego utworu, a słuchaczom będzie potrzebne wiadro na łzy, które będą spływać po ich licach. Kompozycja "Immolation" to absolutnie piękna ballada, w której Sara Bianchin rozkłada swoje wokale na ujmującej sekcji klawiszowej. Bez pośpiechu, ale z ogromnym żalem. W smutku, w jakiejś wypowiadanej złości, w objęciach tego, czego nie można już odbudować. Na popiołach ludzkich emocjach wybrzmiewa "Immolation", która dociera do podniosłego gitarowo-perkusyjnego finału. Co najmniej tak jakby ktoś otworzył chmurę z melancholią, która właśnie wylała się na cały świat. Wielka, wspaniała kompozycja. Tysiąc emocji. Genialna Sara Bianchin!
All my monster
ready to feed
ready to feed
Gdybym miał jutro umierać, to tylko przy dźwiękach trąbki w utworze "The Dress". Michele Tedesco swoją przejmują partią wybornie wpisał się klimat utworu, w zasadzie to współtworząc jego tożsamość. Długa, trwająca ponad osiem minut kompozycja stanowi formę eksperymentów made in Messa. Nieco postrzępione partie instrumentalne, szczególnie na poziomie gitar, wywołują poczucie niepewności. Pomiędzy nimi swoje partie w nostalgicznym stylu wyśpiewuje Sara Bianchin. Połowa utworu wydaje się wręcz zapisem studyjnych prób instrumentalnych, które w szerokiej perspektywie tworzą spójną kompozycję. Trąbka Michele Tedesco atakuje niespodziewanie duszę, a umysł i ciało dają się zawładnąć nieco schizofrenicznym partiom pozostałych instrumentów. W sumie dużo eksperymentalnego brzmienia, które w szerokiej perspektywie okazuje się logicznym monstrum. Wielowątkowa, pełna swoich tajemnic kompozycja. "The Dress" to bez wątpienia kolejny wielki fragment tego albumu.
The end, the end
is hell
is hell
Otwarcie kompozycji "Reveal" w gitarowym stylu wild west story to pomysł ryzykowny, a następujące później brutalne riffy gitarowe i partie perkusji to już coś w rodzaju rollercoastera dla słuchaczy spod nostalgicznej gwiazdy. Messa w tym utworze gra wyjątkowo ciężko, bez hamulców, w dynamicznym, mocnym tempie (Mistyr na perkusji przechodzi samego siebie!). Nawet solówka gitarowa brzmi ciężko, choć konsekwentnie rozwija też motywy z otwarcia "Reveal". Słowem: mocny cios w odbiorców, prawie nokaut.
Mother hear me, I'll go further
I'm so ready to be my fate
I'm so ready to be my fate
Ten rodzaj mszy zamyka utwór "Thicker Blood", czyli kolejna wielowątkowa próba zespołu (prawie dziewięć minut muzyki). Bez ryzyka można powiedzieć, że to podsumowanie twórczości grupy Messa, którą usłyszeliśmy na krążku "The Spin". W sumie ocean melancholii, mrocznych, potępionych uczuć, nieregularne tempo utworu i duża liczba wątków, które spaja tęskniący wokal Sary Bianchin. Messa potrafi tu zwolnić, oddać się w całości zadumie, potrafi zaprezentować kolejną serię mocnych riffów gitarowych i partii perkusji, zagrać ciężko i bez kompromisów, potrafi improwizować w rockowym stylu i zaskakiwać (również w sekcji wokalnej), ale wszystko to dopiero w całości tworzy pełny obraz zamkniętego, dopełnionego dzieła.
Ja się temu dziełu całkowicie poddałem. Jestem jego niewolnikiem. Dawno już nie wstrząsnął mną tak żaden album, tak bardzo jak "The Spin". Krążek rośnie w słuchaczu. Zawarta tu muzyka sprawia, że się o niej myśli, nawet gdy akurat jej nie słuchamy. To melancholia nie naszych czasów, to tęsknota za pięknym światem, wolnym od zła, ale też forma pogodzenia się z cyklicznością życia. Muzycznie zestaw dźwięków, które tworzą wybitne utwory. Dużo metalu, dużo rocka i improwizacji, absolutnie wielkie wokale Sary Bianchin. Mnóstwo muzycznych wzruszeń i trochę metalowej agresji.
Ottimo album, una pietra miliare in un mondo in rovina.
Ocena: 10/10
_MEMOpozmroku Skład: Sara Bianchin (w), Mark Sade (b, g, ik), Alberto Piccolo (g, ik) i Mistyr (p), a także gościnnie Michele Tedesco (tr) Tracklista: 1. Void Meridian 2. At Races 3. Fire on the Roof 4. Immolation 5. The Dress 6. Reveal 7. Thicker Blood Produkcja: Messa, Maurizio Baggio Dystrybucja: Metal Blade Records Kraj: Włochy Rok wydania: 2025 | |||
| Gatunek: Doom Metal, Metal Progresywny, Rock Eksperymentalny | | ||
Podsumowując: "Ja się temu dziełu całkowicie poddałem. Jestem jego niewolnikiem. Dawno już nie wstrząsnął mną żaden album"
Konrad Sebastian Morawski


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz