Pokazywanie postów oznaczonych etykietą METAL SYMFONICZNY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą METAL SYMFONICZNY. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 kwietnia 2026

Myrath "Wilderness Of Mirrors" (recenzja)

Otwarcie siódmego albumu Myrath, "Wilderness Of Mirrors", przynosi spore zaskoczenie. Słuchając utworu "The Funeral", trudno uciec od skojarzeń z soundtrackiem do Króla Lwa. Brzmienie jest bajkowe, barwne i momentami zaskakująco słodkie. Choć to nietypowy wstęp, zespół szybko przypomina o swoich największych atutach. Ich zdolność do łączenia arabskiej kultury z rockową energią jest unikatowa na skalę światową, nawet jeśli tym razem serwują nam te orientalne smaczki w nieco bardziej disneyowskiej oprawie. W zawartości nowej płyty wyraźnie czuć zmianę. Myrath zdecydowanie mocniej otworzyło się na melodie, choć na szczęście nie zapomina przy tym o metalowych pazurach. Wydaje mi się, że niewiele zespołów wywodzących się z kultury arabskiej potrafi tak sprawnie eksponować ją w rocku i metalu.

Fakt, że od wydanego dwa lata temu albumu "Karma" skład zespołu pozostał niezmieniony, można odczytywać jako obietnicę dopracowanego brzmienia. Mimo to Zaher Zorgati, Malek Ben Arbia, Anis Jouini, Kevin Codfert i Morgan Berthet stworzyli materiał dość nierówny. Słuchając "Wilderness Of Mirrors", można odnieść wrażenie, że Myrath stanęło na rozdrożu, a muzycy wciąż rozważają, który kierunek będzie tym właściwym. Melodyjność siódmego albumu została zaprezentowana z ogromnym rozmachem, najczęściej w objęciach hipnotyzującego, arabskiego klimatu, choć momentami wydaje się ona nieco przerysowana. Grupa nie odcina się od metalowych korzeni, ale wyraźnie puszcza oko do szerszego grona odbiorców. To właśnie to podejście, w połączeniu z unikatowym tunezyjskim ID, sprawia, że obok Myrath nie da się przejść obojętnie. Tyle że nie mówimy już wyłącznie o prog-metalu i folku. Coraz wyraźniej, jeszcze bardziej niż zwykle, słychać tu power metal, symfoniczny rozmach i kilka ewidentnych ukłonów w stronę radiowej stylistyki.

piątek, 24 marca 2017

Silegrail "Silegrail" (recenzja)

Dream Theater... Dream Theater... Dream Theater? Nie! To prawdopodobnie Silegrail. Kapela z czeskiej Pragi, która swoim czystym brzmieniem, dużym rozmachem, bogatą paletą zaprezentowanych instrumentów i szeroką skalą pomysłów inspiruje się przede wszystkim ostatnimi nagraniami legendy metalu progresywnego, czyli wielkim Dream Theater. Spróbujcie więc sobie wyobrazić, że takie krążki jak "A Dramatic Turn Of Events", "Dream Theater" i "The Astonishing" zbierają już swoje wpływowe żniwo właśnie pod postacią muzyki Czechów z Silegrail. Niemniej Michal Worek, Lukáš Čunta, Patrik Sas i Jakub Tirco nie tylko tymi, budzącymi przecież kontrowersje, dziełami Amerykanów się inspirują. W ich muzyce zawartej na premierowym albumie można wszak odnaleźć jeszcze więcej Dream Theater, czego zresztą Czesi wcale nie ukrywają.

Zarówno intro do ich debiutanckiego albumu pod postacią "Introducing Silegrail", jak również drugi utwór z tracklisty, tj. "The Raven", tylko to wiodące wrażenie wzmacniają. To trochę tak jakbyśmy mieli do czynienia z tribute bandem, który zebrał nagrania Dream Theater i wyciągnął z nich wybrane, najbardziej charakterystyczne fragmenty, szczególnie jeśli chodzi o ostatnie lata twórczości Amerykanów (mniej więcej od odejścia Mike'a Portnoya w 2010 roku). W dalszej części albumu "Silegrail" taki obrót spraw (z drobnymi wyjątkami) będzie przybierał na sile. Otóż kompozycji "The Raven", a także zaprezentowanego pod koniec tracklisty utworu "New Dimension" najbliżej do ostatnich, niektórych przecież niefortunnych nagrań Dream Theater, podczas gdy już numer "Goodbye Mrs. Jane" to przykład ballady w konwencji amerykańskiego zespołu gdzieś z przełomu "Octavarium" i "Systematic Chaos". Do tego okresu, szczególnie do drugiego wymienionego albumu nawiązuje też dynamicznie zagrana na gitarach kompozycja "Look Into The Past". Wszelkie riffy gitarowe, przejścia w poszczególnych sekcjach i klimat utworu stanowią odzwierciedlenie muzyki Dream Theater z przełomu pierwszej i drugiej dekady XXI wieku.

niedziela, 14 lutego 2016

Dream Theater "The Astonishing" (recenzja)

Dream Theater brakuje dziś odpowiedniej ilości mroku, klimatu, natchnienia i dobrych pomysłów. O te wartości została obniżona kondycja kapeli, gdy w 2010 roku opuścił ją Mike Portnoy, co definitywnie i ostatecznie potwierdza trzynasty album studyjny legendarnego zespołu zatytułowany "The Astonishing". Niestety jest to najsłabsze dzieło w talii kompozycyjnej Johna Petrucciego i Jordana Rudessa, którzy pozbawieni wsparcia charyzmatycznego Portnoya z każdym kolejnym nagraniem obniżają formę, stopniowo, acz konsekwentnie tworząc z Dream Theater karykaturę na temat dawnej wielkości zespołu.

W zawartości "The Astonishing", albumu posiadającego piękne momenty, pojawiają się wyłącznie refleksy bogatego dziedzictwa kapeli. Okazuje się, że doskonały warsztat instrumentalistów i wokalisty, ich wieloletnie doświadczenie, a także w zasadzie nieograniczone możliwości w procesie tworzenia muzyki są niewystarczające na ołtarzu nowych nagrań legendarnego zespołu z Massachusetts. Oto bowiem "The Astonishing" zawiera zaskakującą ilość przebrzmiałych pomysłów, a zarazem naiwnych melodii, wymuszonego patosu i zagrywek, które Dream Theater nie przystają. Można równocześnie odnieść wrażenie, że z bardzo rozbudowanego materiału kapela nie wybrała esencji, ponieważ "The Astonishing" zawiera dość wąską grupę kompozycji, które mogłyby posłużyć do stworzenia przynajmniej porządnego albumu. Tymczasem skala zaproponowanych pomysłów, w sumie trzydzieści cztery utwory (!), wymknęła się Dream Theater spod kontroli. Często wyłania się tu bowiem dość chaotyczna i niezgrabna kolekcja różnych gatunków muzycznych, mniej lub bardziej eksplorowanych dotąd przez zespół. Ową różnorodność można zrzucić na specyfikę konceptu, czyli historii, która potrzebuje różnych muzycznych kolorów, aby była przekonująca i spójna. Jakkolwiek ambitnym celem było stworzenie epokowego konceptu, strukturalnie sięgającego do płyty "Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory" z 1999 roku, to muzycy Dream Theater zapomnieli o formie, która w przypadku tego zespołu zawsze była ważna. Tak więc "The Astonishing" zawiera sporo przypadku, chaosu, nieuzasadnionej pompatyczności i żenujących dodatków, a wszystko to w zestawieniu z geniuszem tkwiącym w genach członków kapeli. Geniuszem chyba nieco dziś uśpionym.

piątek, 21 sierpnia 2015

Symphony X "Underworld" (recenzja)

Po meandrach pełnego nieczystych zagrywek, mrocznego i wściekłego świata poruszają się na nowym krążku muzycy amerykańskiej kapeli Symphony X. Dzieło zatytułowane "Underworld" w istocie zawiera sporo brudu, kłamstw, samotności, zdrady, zranionych uczuć i regularnych zbrodni. To podziemie, gdzie czasem tli się też nadzieja, a fenomenalny Russell Allen staje wobec refleksji o niespełnionych marzeniach i obawie przed nieuniknionym przeznaczeniem. W sumie więc oprawa liryczna dziewiątego dużego albumu kapeli z New Jersey nie należy do najbardziej łagodnych, ale już sama muzyka charakteryzuje się dość dużym zróżnicowaniem, co sprawia, że "Underworld" jest propozycją tak o progmetalowym walorze, jak również balansującą na krawędziach symfonii i power metalu.

Według głównego kompozytora Symphony X, gitarzysty Michaela Romeo, nowy krążek kapeli został natchniony twórczością Dante Alighieriego i Jakuba Offenbacha. Ceniony muzyk zdążył zresztą zdradzić lokalizację kilku namacalnych fragmentów umieszczonych na płycie "Underworld", które odwołują się do dzieł tych wielkich twórców. Trudno w każdym razie przypuszczać, aby fani prog metalu pod wpływem nowego albumu Symphony X sięgnęli do "Boskiej Komedii" albo "Orfeusza w Piekle". Jakkolwiek by nie było to próba zarejestrowania albumu podszytego mrokiem, ale i szerokim wachlarzem emocji, które przez owy mrok nieustannie się przebijają została zakończona powodzeniem. Album "Underworld", nawiasem mówiąc ozdobiony brzydką okładką Warrena Flanagana, zawiera jedenaście kawałków, które dobrze wpisują się w dotychczasowy dorobek amerykańskiego zespołu.

sobota, 11 lipca 2015

The Gentle Storm "The Diary" (recenzja)

Wizjoner, legenda i najważniejszy twórca holenderskiej sceny progresywnej Arjen Anthony Lucassen oraz wywodząca się z tego samego kraju ceniona kompozytora i wokalistka Anna Maria (Anneke) van Giersbergen znają się nie od dziś. Zresztą można nawet bez ryzyka postawić hipotezę, że wpływ obojga na rozwój europejskiego rocka i metalu progresywnego, a także na inne pokrewne gatunki muzyki na przestrzeni ostatnich lat był ogromny. Oboje w tym roku stworzyli projekt pod nazwą The Gentle Storm, którego owocem jest album zatytułowany "The Diary".

Owoc to dobre słowo, które określa ten materiał w sensie lirycznym. Album opowiada bowiem o miłości pomiędzy Josephem Warwijckiem a Susanne Vermeer. Miłości utrzymanej w XVII wieku w okresie prosperity Niderlandów, tzw. Złotego Wieku, w którym ten region Europy był jednym z najważniejszych morskich centrów komunikacyjnych i handlowych. Ów Joseph Warwijck korzystał z tego okresu pełniąc funkcję oficera zatrudnionego w Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Jego częsta nieobecność w domu sprawiła, że przeoczył narodziny syna Michiela, a także chorobę i przedwczesną śmierć Susanne, która pozostawiła po sobie pamiętnik, będący oprócz wspólnego dziecka jedynym dziedzictwem jej miłości do Jospeha. Wokół tego uczucia, zapisanego na kartach pamiętnika, rozgrywa się więc zasadnicza część albumu "The Diary". Prawie, jak w Harlequinie!

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Epica "The Quantum Enigma" (recenzja)

Zaiste wędrówka i przygoda niewiele mniej kolorowa od tej, w której Alicja goniła białego króliczka korytarzami wyobraźni Lewisa Carrolla. Tego typu wrażenia towarzyszyły mi po zapoznaniu się z szóstym albumem studyjnym holenderskiego zespołu Epica. Daje się wszak odczuć, że "The Quantum Enigma" to krążek pełen licznych i niespodziewanych zwrotów, a także wyrazistych postaci i dźwięków. Całość została utrzymana w barwnej strukturze, gdzie dominują akcenty symfoniczne, choć nie brakuje też klasycznych standardów prog metalowych. 

W podstawowej wersji "The Quantum Enigma" zawiera trzynaście wielobarwnych kompozycji o dużym ładunku energii. Na pierwszy plan krążka wysuwają się wspaniałe ścieżki wokalne, co zresztą nie jest nowością jeśli chodzi o holenderski zespół. Piękna mozaika ścierających się ze sobą głosów tworzy intrygujący obraz, który sprawia, że owe wokale są najważniejszym atutem szóstego albumu studyjnego Epiki. Wszakże już same mezzosoprany uroczej Simone Simons mają w sobie wiele magii, ale jej dialogi z dzikim Markiem Jansenem zaiste wpisują się w baśniowy klimat pięknej i bestii. To nie wszystko, bowiem przy obecności Simons - często też w ramach autonomicznych partii - na "The Quantum Enigma" doskonale zaprezentował się chór kościelny PA'dam pod batutą Marii van Nieukerken. Soprany, alty, tenory i basy świadczą o naprawdę rozbudowanej sekcji wokalnej na tym albumie. Na krążku można też usłyszeć Marcelę Bovio, której sopran często występuje jako drugi głos wspierający wykonania Simons. Pod względem wokalnym na krążku znalazło się także miejsce dla Daniëla de Jongha z zespołu Textures
w wielowątkowym utworze tytułowym.

wtorek, 29 lipca 2014

Stream Of Passion "A War Of Our Own" (recenzja)

Dawniej niezwykłością owiana była działalność Stream Of Passion. Legenda holenderskiej progresji Arjen Lucassen powołał zespół prawie dekadę temu pod wpływem fascynacji możliwościami wokalnymi Meksykanki Marceli Bovio. Debiutancki krążek Stream Of Passion pt. "Embrace the Storm" był więc dużym wydarzeniem 2005 roku. Od tego czasu pewne rzeczy uległy zmianie. Lucassen odszedł z zespołu już w 2007 roku, a Marcela Bovio z nowym składem kontynuowała działalność pod tym szyldem, czego efektem były dwa kolejne albumy zarejestrowane w ramach Napalm Records. Później zaczęły się problemy.

Oficjalna wieść głosi, że aktualny skład Stream Of Passion samodzielnie opuścił Napalm Records w 2012 roku, aby pozostać niezależnym zespołem. Inne zdanie w tej materii miał austriacki dystrybutor, który zresztą słynie z tego, że nikomu nie odmawia niezależności. W każdym razie od czasu tego rozstania Marcela Bovio i jej pięciu krasnoludków zaczęli organizować fundusze na nagranie kolejnego albumu za pośrednictwem... serwisu typu crowdfunding. W trzy miesiące zebrano przeszło 43 tysiące euro, czego rezultatem jest krążek zatytułowany "A War of Our Own". Trudno wymienić dużo zespołów, które w taki sposób zebrały fundusze na produkcję albumu, ale to są równocześnie znaki naszych czasów. Sądzę, że w niedalekiej przyszłości zdobywanie pieniędzy od fanów na produkcję muzyki będzie coraz bardziej popularnym procederem. Gorzej, że akurat w przypadku holenderskiego zespołu wspominany krążek nie jest dziełem, który zapewni chwałę Stream Of Passion. To materiał solidny, mający dużo gotyckiego uroku i gitarowej zaciętości, ale jednocześnie rzecz, której brakuje błysku.