wtorek, 10 marca 2026

Ulver "Neverland" (recenzja)

Wydany ćwierć wieku temu album "Perdition City" grupy Ulver był ścieżką dźwiękową do nieistniejącego miasta. Materiał ten wstrząsnął mną tak głęboko, że do dziś stanowi część mojej tożsamości. Dziś Ulver powraca do tego dziedzictwa krążkiem zatytułowanym "Neverland". Tym razem jednak, zamiast portretować nieistniejący świat, muzycy tworzą ścieżkę do wnętrza człowieka poszukującego własnego JA. Na "Neverland" zespół brzmi inspirująco i magnetycznie, porzucając ostatnio proponowaną piosenkową formę na rzecz elektronicznego transu. Ambient przenika się tu z motywami rodem z thrillerów, sprawiając, że muzyka przestaje być tylko dźwiękiem. Staje się lustrem duszy słuchacza. Twojej duszy, Ty, który czytasz te słowa.

Pierwsze dźwięki albumu w utworze "Fear in a Handful of Dust" stanowią zaproszenie do świata ambientu, o którym zdążyliśmy już zapomnieć. To przestrzeń nasycona naturą, a jednocześnie mroczna i niepokojąca, niemal w duchu Davida Lyncha. Elektroniczne "bumerangi" i gęste płaszczyzny dźwięku budują absolutnie magnetyczny klimat. W tym dźwiękowym uniwersum czuć przedziwny kontrast: z jednej strony statyczność, z drugiej pośpiech cywilizacji, która pędzi nie wiadomo dokąd. Następnie "Elephant Trunk". Krótkie frazy tego utworu brzmią niczym muzyczna zapowiedź prozy Lovecrafta. Ulver świadomie eksploruje tu mrok. Utwór stopniowo pęcznieje, nabiera wibracji, a elektroniczne pasaże budzą echa kultowego "Hallways Of Always". To wielka, syntezatorowa podróż w głąb norweskiej duszy. Zespół wraca do estetyki, którą zdawał się pogrzebać krótko po premierze swojego opus magnum, odmienianego w tym tekście przez przypadki "Perdition City".

Idziemy dalej. Minimalizm "Weeping Stone" nie tylko buduje tożsamość utworu, ale stanowi spoiwo łączące go z resztą albumu. Elektronika – momentami celowo niezdarna, jakby urwana ze smyczy – pozostaje mroczna, gęstniejąc od sporadycznych wokaliz. To w zasadzie intrygujący wstęp do "People Of The Hills", będącego czystą, elektroniczną jazdą przez wielowymiarową przestrzeń. Słuchacz trafia w niesamowite tunele dźwiękowe i wir absolutnej improwizacji prosto z konsoli. Prawdziwa elektroniczna msza. Dźwięk niczym wąż wije się w świadomości, co rusz rozdzierany strzępami wokali. To estetyka, którą niegdyś tak po mistrzowsku kreował Ulver. Przejście do "They're Coming! The Birds!" jest niemal niezauważalne, gwałtowne i ostre. Uderzenia dźwięku przypominają muzyczną plazmę. Auć! Raz, dwa, trzy! Auć! Głębia tej muzyki oraz wszelkie szarpane frazy to czysta rozkosz dla duszy. Kompozycja nieustannie rośnie, prąc naprzód i wybrzmiewając z coraz większą potęgą.

Teraz "Hark! Hark! The Dogs Do Bark". Swoją drogą, na "Neverland" pojawiają się naprawdę przedziwne tytuły, a jednak brzmią zaskakująco ożywczo. W tejże kompozycji wybrzmiewają gęste elektroniczne korytarze, wokalizy zawieszone gdzieś w tunelu i dźwięki niczym noże rozdzierające przestrzenie ulepione z komputerowego brzmienia. Muszę przyznać: bardzo mi się to podoba. Na "Neverland" jest też miejsce na najbardziej minimalistyczne pomysły, łączące drone i ambient, jak w "Horses Of The Plough" czy "Pandora’s Box". Sporo tu niesamowitej elektronicznej głębi: muzyki sprzyjającej melancholii i kontemplacji, absolutnie magnetycznej, czego świetnym przykładem jest także "Quivers In The Marrow". To elektronika niezwykle intensywna, pełna mocnych pomysłów i wyrazistych dźwiękowych akcentów. Bywa chwilami tak, jakby Jean-Michel Jarre przywdział wilczą skórę ("Welcome To The Jungle"). Na finał pozostaje "Fire In The End". To z kolei niezwykle klimatyczna, mroczna elektronika – pulsująca, efektowna, pełna wpadających w ucho motywów, jakby ukryta w dźwiękowym tunelu. Chciałbym tam być. Chciałbym stanąć na końcu tego tunelu.

Ulver, znowu to zrobiliście. Po usłyszeniu "Neverland" czuję się jak ćwierć wieku temu. Doznaję tego samego rodzaju muzycznego olśnienia, co przed laty. Uwielbiam ostatnie płyty Norwegów. Bardzo podoba mi się ich szlachetny styl, w którym przebojowość nabrała klimatu i nostalgii. Jednak operowanie elektroniką to coś, z czego ten zespół jest ulepiony. Na "Neverland" słychać wiele refleksów z przeszłości. Album nie składa się jednak z samych wspomnień. To spójny, niesamowicie brzmiący materiał, który łączy elektronikę w najlepszym wydaniu z ambientem, a momentami także z drone, trip hopem i downtempo. To muzyka, która przeciera szlaki. Wielka. Wgryzająca się w skórę. Inspirująca. Całkowicie odstająca od współczesnych czasów, absolutnie wizjonerska. 

 Ocena: 10/10


Foto: Havard Jorgensen

Skład:
 Ole Alexander Halstensgard, Anders Moller, Kristoffer Rygg, Jorn H. Svaeren, Stian Westerhus oraz gościnnie Sara Khorami
 
Tracklista:
1. Fear in a Handful Of Dust
2. Elephant Trunk
3. Weeping Stone
4. People Of The Hills
5. They're Coming! The Birds!
6. Hark! Hark! The Dogs Do Bark
7. Horses Of The Plough
8. Pandora's Box
9. Quivers In The Marrow
10. Welcome To The Jungle
11. Fire in the End

Kraj:
Norwegia

Produkcja:
Ole Alexander Halstensgard, Kristoffer Rygg

Dystrybucja:
House Of Mythology

Gatunek:
Elektronika, Ambient, Downtempo, Trip Hop, Drone

Rok wydania:
2026 (CD, winyl), 2025 (digital)

Podsumowując: "Ambient przenika się tu z motywami rodem z thrillerów, sprawiając, że muzyka przestaje być tylko dźwiękiem. Staje się lustrem duszy słuchacza. Twojej duszy, Ty, który czytasz te słowa"

Konrad Sebastian Morawski

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz