Pokazywanie postów oznaczonych etykietą METAL PROGRESYWNY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą METAL PROGRESYWNY. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 maja 2026

Na skróty PO ZMROKU, część 10: Tigran Hamasyan, HamaSaari, Code 18

 

Przed Państwem dziesiąta część skrótów po zmroku. To trzy muzyczne światy, które łączy wspólny mianownik, tj. poszukiwanie formy wykraczającej poza ramy tradycyjnego rocka i jazzu. Dzisiejsze zestawienie to podróż przez skrajne emocje: od zachwytu nad wielkim talentem i wizjonerstwem, przez rozczarowanie zmarnowanym potencjałem, aż po konfrontację z artystycznym przeładowaniem. Pędzimy do Armenii, następnie lądujemy we Francji, a naszą muzyczną podróż kończymy w Kanadzie. 

czwartek, 30 kwietnia 2026

Na skróty PO ZMROKU, część 9: Lunear, Gong, The Paradox Twin

W geograficznym krajobrazie tegorocznych wydawnictw kotwiczymy w Europie Zachodniej, na linii między Francją a Wielką Brytanią. Najpierw meldujemy się nad Sekwaną, gdzie swój piąty album wydało trio Lunear. Muzycy z każdą kolejną płytą prezentują nowe oblicze – nie inaczej jest w przypadku krążka "There Is Always Next Time". We Francji pozostajemy już tylko genetycznie za sprawą legendarnej grupy Gong. Choć jej skład regularnie rotuje, niezmienna pozostaje filozofia i celebracja sceny Canterbury. Ich "Bright Spirit" to sprawa międzynarodowa – żywa historia muzyki. Na koniec lądujemy w Wielkiej Brytanii, gdzie The Paradox Twin pod wodzą Danny’ego Sorrella wydało materiał wymagający cierpliwości. To muzyka, która zyskuje z każdym odsłuchem, pozwalając raz za razem odkrywać swoją siłę na nowo. Zapraszam do dziewiątej części skrótów PO ZMROKU.

poniedziałek, 20 kwietnia 2026

Diatom "Low Light" (recenzja)

Gdański zespół Diatom szerszej publiczności dał się poznać cztery lata temu za sprawą albumu "Sól", choć fundamenty pod ich unikatowe brzmienie położyła już wcześniejsza, imienna EP-ka z 2019 roku. Ich najnowsze dzieło, "Low Light", to jednak coś więcej niż prosta kontynuacja. To nowy, potężny rozdział, który stawia zespół w awangardzie polskiej sceny niezależnej. Warto nadstawić uszu, bo Diatom ma wszelkie argumenty, by mocno namieszać w krajowym post-metalu. "Low Light" to album zawieszony pomiędzy industrialnym chłodem a post-metalowym żarem. To równocześnie pierwsze wydawnictwo grupy nagrane w całości w języku angielskim, co dodaje kompozycjom uniwersalnego, światowego sznytu.

Zarejestrowane w Osso Studio dzieło otwiera mroźne, niemal postapokaliptyczne uderzenie. Chłodna, sterylna elektronika przecina się tu ze schowanym za gęstą mgłą wokalem. Choć industrialny chłód stanowi tu istotny fundament – i momentami, jak w przypadku patentów z utworu "Silver", chciałoby się go jeszcze więcej – sercem płyty pozostaje duszna celebracja post-metalu. Jest onirycznie, melancholijnie, a chwilami brutalnie drapieżnie. W muzyce gdańszczan czuć pasję połączoną z nostalgią. Skład, który tworzą Michał Kulniew, Jakub Kolan, Marcin Szkiel i Bartłomiej Sokołowski, przypomina współczesnych szamanów odprawiających rytuał na zgliszczach starego świata. Brzmią ciężko i dynamicznie ("For Mercy"), emanując świeżą, wręcz pierwotną energią ("Below", "Met"), która mimo swojej siły pozostaje uwiązana w surowych objęciach gatunkowej dyscypliny. Centralnym punktem tej narracji jest Michał Kulniew. Wokalista i autor tekstów o niezwykłej plastyczności głosu, potrafiący przejść od intymnego szeptu do rozdzierającego, nihilistycznego krzyku.

wtorek, 7 kwietnia 2026

Myrath "Wilderness Of Mirrors" (recenzja)

Otwarcie siódmego albumu Myrath, "Wilderness Of Mirrors", przynosi spore zaskoczenie. Słuchając utworu "The Funeral", trudno uciec od skojarzeń z soundtrackiem do Króla Lwa. Brzmienie jest bajkowe, barwne i momentami zaskakująco słodkie. Choć to nietypowy wstęp, zespół szybko przypomina o swoich największych atutach. Ich zdolność do łączenia arabskiej kultury z rockową energią jest unikatowa na skalę światową, nawet jeśli tym razem serwują nam te orientalne smaczki w nieco bardziej disneyowskiej oprawie. W zawartości nowej płyty wyraźnie czuć zmianę. Myrath zdecydowanie mocniej otworzyło się na melodie, choć na szczęście nie zapomina przy tym o metalowych pazurach. Wydaje mi się, że niewiele zespołów wywodzących się z kultury arabskiej potrafi tak sprawnie eksponować ją w rocku i metalu.

Fakt, że od wydanego dwa lata temu albumu "Karma" skład zespołu pozostał niezmieniony, można odczytywać jako obietnicę dopracowanego brzmienia. Mimo to Zaher Zorgati, Malek Ben Arbia, Anis Jouini, Kevin Codfert i Morgan Berthet stworzyli materiał dość nierówny. Słuchając "Wilderness Of Mirrors", można odnieść wrażenie, że Myrath stanęło na rozdrożu, a muzycy wciąż rozważają, który kierunek będzie tym właściwym. Melodyjność siódmego albumu została zaprezentowana z ogromnym rozmachem, najczęściej w objęciach hipnotyzującego, arabskiego klimatu, choć momentami wydaje się ona nieco przerysowana. Grupa nie odcina się od metalowych korzeni, ale wyraźnie puszcza oko do szerszego grona odbiorców. To właśnie to podejście, w połączeniu z unikatowym tunezyjskim ID, sprawia, że obok Myrath nie da się przejść obojętnie. Tyle że nie mówimy już wyłącznie o prog-metalu i folku. Coraz wyraźniej, jeszcze bardziej niż zwykle, słychać tu power metal, symfoniczny rozmach i kilka ewidentnych ukłonów w stronę radiowej stylistyki.

piątek, 3 kwietnia 2026

Godsticks "VOiD" (recenzja)

Czy jako ludzkość już przegraliśmy? Mroczny album walijskiej formacji Godsticks pt. "VOiD" sugeruje, że we współczesnej rzeczywistości nie ma już miejsca na kompromis. W świecie, gdzie słowa wyrwane z kontekstu stają się bronią, a machiawelizm definiuje międzyludzkie relacje, jednostka skazana jest na klęskę. W obliczu wojen i informacyjnego chaosu wybieramy odwrót do prywatnych azyli. Ta tytułowa pustka staje się w XXI wieku paradoksalnym lekarstwem, o czym dobitnie przypomina nam siódmy duży studyjny krążek zespołu.

Godsticks, który kilkanaście lat temu był zaledwie techniczną ciekawostką na trasach u boku Guthriego Govana, dziś stanowi uznaną markę na scenie prog-metalowej. Choć zespół konsekwentnie stroni od przebojowości, serwując muzykę wymagającą skupienia, ich najnowsze dzieło "VOiD" udowadnia, że są w szczytowej formie. Kolekcja dziesięciu premierowych kompozycji stanowi naturalną, a zarazem najmroczniejszą kontynuację ścieżki wytyczonej na poprzednich płytach. Warstwa dźwiękowa albumu jest gęsta i niemal klaustrofobiczna, co idealnie potęguje egzystencjalną pustkę tekstów. Darran Charles oraz Gavin Bushell operują gitarami z drapieżną precyzją, budując mięsiste, rwane riffy. Ich poczynania znajdują genialne oparcie w potężnej sekcji rytmicznej: galopującej perkusji Toma Price’a oraz selektywnych, niemal podskórnych liniach basu Francisa George’a. Na szczególną uwagę zasługują wielopiętrowe solówki w takich utworach jak "M.I.A.", "Hold Back" czy "Can't Withstand", gdzie techniczna brawura spotyka się z autentycznym niepokojem. Zresztą gitary to bardzo mocna strona twórczości Godsticks.

czwartek, 26 lutego 2026

Karnivool "In Verses" (recenzja)

Jaka pogoda panuje dziś w Australii? Wygląda, że wraz z deszczem odradzają się legendy, o których świat zdążył już nieco zapomnieć. Po trzynastu latach milczenia, prosto z Perth, powraca Karnivool ze swoim czwartym albumem studyjnym "In Verses". Choć skład pozostał niezmienny, trudno uwierzyć, że formacja, która po wydaniu "Asymmetry" w 2013 roku pędziła jak taran, nagle tak mocno wyhamowała. Trzynaście lat oczekiwania przeliczono na 63 minuty muzyki i 10 utworów. To celebracja metalu progresywnego w jego najbardziej pojemnej formie. Płyta jest gęsta od refleksji nad upływem czasu i kondycją człowieka w dobie cyfrowego chaosu, gdzie uporządkowane media rozpuściły się w informacyjnym szumie. Czuć tu niepokój i aurę ostateczności, idealnie korespondującą z oprawą graficzną.

Karnivool mistrzowsko operuje kontrastem. W "Ghost" potężny, niski groove i drapieżne gitary ścierają się z przestrzennymi, niemal eterycznymi pasażami. Zespół stawia na kompozycje długie i wielowarstwowe. Wyjątkiem są jedynie "Drone" i "Animation", które zamykają się w pięciu minutach. Kluczem do zrozumienia tego albumu jest polirytmika. W utworze "Aozora" dzieje się tak wiele, że trudno o wspólny mianownik, a jednak "In Verses" zachowuje zadziwiającą spójność. To opowieść w klimacie post-apo. Dźwiękowy obraz świata przeciążonego danymi, który zapada się pod własnym ciężarem.

środa, 25 lutego 2026

Soen "Reliance" (recenzja)

Kto pamięta czasy debiutu Soen w 2012 roku, gdy wywodząca się ze Szwecji kapela wydała album zatytułowany "Cognitive"? Najlepszą stymulacją wspomnień jest z pewnością Maynard James Keenan, bo już w pierwszych słowach debiutanckiego albumu Soen wydawało się, że okryty legendą frontman Tool prezentuje się w swoim kolejnym alternatywnym projekcie. Tymczasem na "Cognitive" śpiewał Joel Ekelöf, którego wokal zdradza pewne podobieństwa do Maynarda. Dziś wydaje mi się jednak, że skojarzenia na linii Soen - Tool były determinowane tęsknotą za amerykańską kapelą. Tym bardziej, że Soen w lirycznej warstwie swojej twórczości poruszał te same kognitywistyczne tematy, jakie stały się osią twórczości Tool. 

Czas nieuchronnie odliczył kolejne lata. Tool wydał kolejną płytę w 2019 roku, a Soen podążył swoją drogą, w zasadzie odcinając się od pierwotnych skojarzeń, choć konceptualnie zespół wciąż zajmuje się kognitywistyką w filozoficznym wydaniu. Najlepszym tego przykładem jest nowy album kapeli zatytułowany "Reliance".

poniedziałek, 9 czerwca 2025

Messa "The Spin" (recenzja)

Kilka tygodni temu w krótkiej recenzji wspominałem o tegorocznym albumie włoskiej kapeli Messa pt. "The Spin". Zdążyłem wówczas napisać, że to piękne dzieło, ale nie przypuszczałem, że będzie mi towarzyszyć w kolejnych dniach. Aż do dzisiaj, pewnie też jutro i pojutrze. Może już na zawsze? 

Nie może być więc inaczej - ten krążek zasługuje, aby przyjrzeć mu się dokładniej, wzmocnić przekaz o jego wielkości. O tej metalowej melancholii. O strachu, nostalgii i popiołach. Jeśli nie wiecie w jaki sposób może brzmieć wokal, który określiłbym jako papieros wypalany w tunelu tego bardzo deszczowego dnia, to posłuchajcie Sary Bianchin. Staje się ona dzięki albumowi "The Spin" czarnym łabędziem sceny metalowej. Wywodzący się z Włoch zespół Messa też zasługuje, aby zrobiło się o nim głośniej. Przeszło dekada twórczości i trzy duże płyty zbudowały tożsamość grupy, której najbardziej pełny kształt otrzymujemy na krążku "The Spin". To wielkie dzieło, które ma szansę wyznaczyć kanony gatunku. Jest mszą w stylu noir. Narracją uczuć, które skrywamy gdzieś głęboko w środku samego siebie.

sobota, 7 czerwca 2025

Katatonia "Nightmares as Extensions of the Waking State" (recenzja)

Jonas Renkse zadaje pytania. Czy dobrze spałeś? Czy nie dręczą Cię koszmary? Kto dziś nawiedził Cię w Twoim śnie?

Mrok zawsze podążał za Katatonią. Tak już będzie. Album "Nightmares as Extensions of the Waking State" to właściwa zespołowi atmosferyczna celebracja mroku, którą budują melancholijne melodie i ostre metalowe partie instrumentalne. Narratorem mroku pozostaje Jonas Renkse, ale w porównaniu do ostatniego albumu, wydanego przed dwoma laty "Sky Void Of Stars", sekcja gitarowa zespołu została zdemolowana. Pożegnali się z nim współtwórca Katatonii Anders Nyström i grający w grupie prawie dekadę Roger Öjersson, a ich miejsce zajęli Nico Elgstrand i Sebastian Svalland. Te zmiany nie mają jednak wyraźnego wpływu na styl zespołu. Tożsamość Katatonii nie uległa zmianie. Rzekłbym raczej, że Katatonia weszła w stan onirycznego renesansu swojej twórczości. Zmiany były jej potrzebne, aby nagrać album tak dobry, jakim jest "Nightmares as Extensions of the Waking State".

Dzieło o najdłuższym w dziejach zespołu tytule zawiera łącznie dziesięć kompozycji. Katatonia w swoim stylu balansuje tu pomiędzy art rockową wrażliwością i ciężką jak diabli sekcją instrumentalną. Grupa pozwala jednak sobie na więcej improwizacji, niż bywało to w ostatnim czasie. W utworze "Thrice" zachwyca instrumentalny finał, niczym burza metalowych riffów i partii perkusji, a w "The Liquid Eye" kilkoma magicznymi patentami gitarowymi słuchaczom przedstawili się nowi gitarzyści, zmywając żałobne wspomnienia przede wszystkim o Andersie Nyströmie. Katatonia na swoim nowym albumie otwiera się na dostrzegalne wycieczki w kierunku swobodnych rockowych zagrywek ("Lilac", "The Light Which I Bleed"), ale nie traci na tym swojego charakteru. Często w swoim starym stylu buduje napięcie, które ostatecznie dociera do zenitu pod postacią dynamicznej sekcji gitarowo-perkusyjnej i mocnych partii wokalnych ("Warden", "Temporal"). 

niedziela, 25 maja 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 6: Somewhere, Lux Terminus, Staraya Derevnya

W kolejnej części skrótów po zmroku docieramy na trzy kontynenty. Zaczynamy od Europy i szwedzkiego zespołu Somewhere, który chyba zbyt długo czekał z debiutem zatytułowanym "Bridges". Następnie przenosimy się do Ameryki Północnej, ściślej do Cleveland, gdzie kapela Lux Terminus udowadnia na swoim krążku "Cinder", że metal progresywny ma się naprawdę dobrze. Na koniec wędrujmy do Azji. W izraelskiej Hajfie swoje korzenie ma jeden z najdziwniejszych zespołów na świecie - Staraya Derevnya, którego nowy album pt. "Garden Window Escape" tylko te dziwactwa pogłębia. 

wtorek, 20 maja 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 5: Messa, Kwoon, Sykofant

 

W dzisiejszej części skrótów po zmroku jesteśmy w nostalgicznej, melancholijnej Europie. Zaczynamy od Włoch, gdzie zespół Messa zarejestrował znakomicie posępny, mroczny i pełen emocji album "The Spin". To bez wątpienia jeden z kandydatów do płyt roku, który zapadnie wam głęboko w duszy i w pamięci. Powrót po latach zalicza inna melancholijna kapela, francuski Kwoon, choć ten rodzaj melancholii bardziej opiera się na elektronice i minimalistycznym rocku, jak na krążku "Odyssey", aniżeli na ciężkich patentach, których nie brakuje wspomnianym Włochom z Messa. Docieramy też do Skandynawii, a w zasadzie do garażu w norweskim Oslo, gdzie swoje pierwsze kroki stawia grupa Sykofant. 

piątek, 16 maja 2025

Panzerballett "Übercode Œuvre" (recenzja)

Cytując serialowego klasyka: "No, to będzie jeb, albo łubudu!".

Wow! Ale czad! Krążek zatytułowany niczym plan inwazji na Polskę, "Übercode Œuvre", okazuje się jednym z najlepszych tegorocznych nagrań z szeroko rozumianego świata rocka i metalu progresywnego, przy czym autorzy tego albumu, zespół Panzerballett, deklarują w swoich utworach również przywiązanie do jazz fusion, latino jazzu, funku, hardcore i death metalu. Brzmi nieprawdopodobnie? Ba! Trzeba mocno zapiąć pasy, jeszcze mocniej otworzyć duszę i dać się porwać kompozycjom zawartym na "Übercode Œuvre", bo to fantastyczny, wszechstronny i absolutnie oryginalny album.

Jeśli kapela nazywa się Panzerballett to jej pochodzenie nie będzie żadną tajemnicą. Jednak wbrew wyobrażeniom o niemieckim pragmatyzmie to ten projekt made in Germany ma łączyć rozmaite wpływy muzyczne, a nawet i muzyków wywodzących się z różnych światów. Kapela funkcjonuje już przeszło dwadzieścia lat, a przez osiem wydanych przez nią płyt faktycznie przewinęła się liczna grupa muzyków. W pierwszych latach działalności Panzerballett mobilizacja następowała głównie z Niemiec i Austrii. Wszak twórca tego muzycznego zamieszania Jan Zehrfeld to dość znany gitarzysta na niemieckim rynku muzycznym, więc i jego lokalne kontakty też są rozbudowane w tej części świata. Stworzył on Panzerballett z saksofonistą Gregorem Bürgerem, basistą Florianem Schmidtem i perkusistą Maxem Bucherem. Żadnego z nich nie ma już dziś w składzie Panzerballett, ale filozofia zespołu się nie zmienia, o czym najlepiej świadczy album "Übercode Œuvre".

sobota, 10 maja 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 4: Solstice, Cheat The Prophet, Wilson Project, Derev

W dzisiejszym międzykontynentalnym odcinku skrótów po zmroku wędrujemy po dwóch kontynentach, Europie i Ameryce Północnej, choć znajdą tu się również orientalne smaczki rodem z Kuwejtu. To odcinek mocnych kobiecych wokali, prog rockowej klasyki idącej odważnie w przyszłość, ważnych momentów oraz mniej lub bardziej udanych eksperymentów.
 
Najpierw wędrujemy do Wielkiej Brytanii. Ceniona przez samego Stevena Wilsona kapela Solstice próbuje nawiązywać do swojej przeszłości, ale też odważnie zmierza w przyszłość. Jej nowy album "Clann" powinien trafić w serca fanów angielskiego prog rocka, którzy będą też z nostalgią wspominać stare, dobre czasy. Następnie krótka wizyta w USA, aby tylko zorientować się, że album "Redemption" kapeli Cheat The Prophet ma szansę stać się jednym z najgorszych nagrań tego roku. Jesteśmy też we Włoszech, poznajemy Wilson Project i piękną Annalisę Ghiazzę na krążku "Atto Primo".  To ona jest głównym atutem tego zespołu. Na finisz znowu płyniemy za ocean - tym razem do Kanady, gdzie zespół Derev próbuje przedstawić się światu albumem "Troubled Mind". Więcej w tym Kuwejtu, niż Kanady, ale brzmi ciekawie.

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

Everon "Shells" (recenzja)

Ostatni album Everon ukazał się w 2008 roku. To szmat czasu! Uzasadnione więc wydaje się pytanie co się działo z zespołem? W zasadzie niewiele wiadomo, ale główny mózg kapeli, wokalista i multiinstrumentalista Oliver Philipps, stwierdził, że Everon nigdy nie udał się na emeryturę, czego dowodzi ósmy album grupy zatytułowany "Shells".

Kapela wywodząca się jeszcze z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku weszła na rynek muzyki w czasach absolutnego rozkwitu metalu progresywnego. To przecież wtedy swoje wielkie dzieła nagrywali tacy tytani gatunku jak Dream Theater, Queensryche czy Fates Warning. W starszych nagraniach Everon daje się także odczuć inspiracje twórczością tych zespołów, ale jednak kapeli zawsze było bliżej do prog rocka. Tak jak dziś zespół potrafi zaprezentować mocne, dynamiczne prog metalowe standardy ("No Embrace", "OCD", "Flesh"), ale przede wszystkim w swojej twórczości nawiązuje tam skąd się wywodzi, czyli do rocka progresywnego made in Germany. Musi to więc brzmieć solidnie, ale często też koślawo. Taki też jest album "Shells". Definiuje go solidność, czasem przeszkadza odtwórstwo, ale nie brakuje tu wysmakowanym momentów.

piątek, 25 kwietnia 2025

Teramaze "The Harmony Machine" (recenzja)

Czy układ krwionośny człowieka na stałe został podłączony do cyfrowych żył i tętnic pompujących elektroniczną krew, w której zamiast tlenu, płynie nasze indywidualne wyobrażenie świadomości? Australijska kapela Teramaze na swoim nowym albumie zatytułowanym "The Harmony Machine" zadaje więcej, niż to jedno pytanie. Teramaze wydaje się dziś bardziej słyszalne, niż kiedykolwiek wcześniej. Nic dziwnego. W końcu grupa zaliczyła jeden z najlepszych albumów w swoim dorobku.

Wywodzący się z Melbourne zespół zmienia się i ewoluuje, będąc dziś czytelną ilustracją skali inspiracji, którą dostarcza jej rock i metal progresywny. Teramaze zaczynał wszak od thrash metalu, aby  dekadę temu zdecydowanie rozszerzyć swoje horyzonty. W grupie wciąż jest dużo metalu. Kapela brzmi zadziornie i mocno, ale paleta jej wpływów w porównaniu do pierwszych nagrań uległa znaczącemu rozszerzeniu. Tak oto album "The Harmony Machine" oferuje łącznie dziewięć kompozycji, których brzmienie łączy drapieżne heavymetalowe klimaty z dźwiękami zbliżonymi do nowego metalu. Ten mariaż wyszedł Teramaze całkiem nieźle. Album "The Harmony Machine" brzmi wyraziście i dosadnie, jest w nim trochę klasycznego, rdzennego metalu, ale ogólne wrażenie popycha w kierunku nowoczesnego soundu.  

piątek, 18 kwietnia 2025

Riverside "Live ID." (recenzja)

Muzycy wydają albumy koncertowe kierując się rozmaitymi motywacjami. Zdarza się, że wpisują się w doniosłą sytuację polityczną, jak w widowisku "The Wall - Live in Berlin" nagranym w 1990 roku pod egidą Rogera Watersa, a czasem nagranie koncertowe okazuje się dziełem sztuki audio lub audiowizualnej, co w najnowszej historii muzyki popełniła norweska formacja Ulver rejestrując na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku legendarny in vita materiał "The Norwegian National Opera". Muzycy często też uzupełniają swoją dyskografię dokumentując któryś z koncertów w ramach trasy promującej ostatni album studyjny.

My, słuchacze, niekiedy utożsamiamy się z ich koncertami, czasami poznajemy nowe wersje znanych nam utworów ze studia, ale zdarza się, że obok wydawnictw koncertowych przechodzimy z obojętnością. Jak będzie w przypadku czwartego już albumu koncertowego Riverside pt. "Live ID."?

Nagranie pochodzi z koncertu, który odbył się na warszawskim Torwarze 1 czerwca 2024 roku. W secie giga zagranego w ramach trasy ID.Entity znalazło się dwanaście utworów, spośród których większą część stanowią kawałki ze wspominanej płyty "ID.Entity". Łącznie muzycy Riverside zagrali sześć numerów z tego albumu, wyłączając z seta jedynie "I’m Done With You". Ponadto usłyszymy tu kompozycje z czterech innych albumów grupy, tj. "Second Life Syndrome" ("Conceiving You"), "Rapid Eye Movement" ("Panic Room"), "Anno Domini High Definition" ("Left Out" i "Egoist Hedonist") oraz "Love, Fear and the Time Machine" ("#Addicted" i "Lost"). Można by więc, tradycyjnie przy tego typu wydawnictwach, pomarudzić w stylu:

poniedziałek, 14 kwietnia 2025

Benthos "From Nothing" (recenzja)

Benthos przedstawia się światu. Kto po wysłuchaniu nowego albumu włoskiej kapeli uwierzy, że muzycy Benthos to ludzie z przeszłością w słynnej mediolańskiej The Giuseppe Verdi Conservatory of Music?

Wściekłe, agresywne, fragmentami wręcz brutalne brzmienie, to określenia, które stanowią ważną część tożsamości zespołu. Benthos na swoim drugim dużym albumie studyjnym, "From Nothing", potrafi tak mocno uderzyć po instrumentach, że generuje wrażenie jakbyśmy mieli do czynienia z ekstremalnymi odmianami metalu. Słychać tu mocne wpływy mathcore'u i hardcore'u, a ciężar niektórych riffów to nokaut zadawany raz za razem. Do tego frontman Gabriele Landillo wchodzi na schizofreniczną, całkowicie niekontrolowaną sekcję wokalną, zresztą umiejętnie łącząc ją z czystymi partiami, choć te brzmią niczym z pogranicza histerii i szaleństwa.

Benthos, jak sama nazwa wskazuje, to o wiele głębsza podróż, niż mogłoby się wydawać w pierwszym wrażeniu. Wszakże w tym rytualnym szale dzikich riffów gitarowych i partii perkusji oraz wykrzyczanych partii wokalnych nie brakuje też miejsca na łagodną i refleksyjną stronę twórczości zespołu, sięgającą subtelnych melodii i kołyszącego klimatu. To zderzenie dwóch światów - metalowej ekstremy i rocka - buduje tracklistę albumu "From Nothing". Usłyszymy tu mnóstwo niespodziewanych zwrotów akcji, a kapela całkowicie uwolniła się spod kontroli jakichkolwiek schematów i ograniczeń. Jej muzyka to metal progresywny, który potrafi brzmieć zarówno drapieżnie, jak również finezyjnie.

wtorek, 8 kwietnia 2025

Bright Ophidia "Quiet and Calm" (recenzja)

Przeszło pięćdziesiąt lat temu Robert Fripp przewidywał, że człowiek XXI wieku będzie charakteryzował się osobowością schizoidalną. Ta wizja, jakkolwiek ponura, spełnia się na naszych oczach. My wszyscy, ludzie XXI wieku, ulegamy różnym schizom, marniejemy, tkwiąc w środku chaosu. Dziś mierząc się z albumem białostockiej kapeli Bright Ophidia pt. "Quiet and Calm" mam wrażenie, że zespół próbuje zdefiniować tożsamość człowieka XXI wieku. W zawartej na tym krążku muzyce dzieje się tak dużo, tyleż rozmaitych emocji wylewa się z instrumentów i sekcji wokalnej, że trudno złapać oddech. Zapnijcie pasy. Etniczne wprowadzenie do tego albumu to tylko zasłona dymna. Bright Ophidia zasuwa na instrumentach bez opamiętania, w dzikim rytualnym szale, wzywając do siebie fanów mocnego grania.

Podobno w piekle istnieje specjalny krąg dla dusz, które za życia omijają dobrą muzykę. Jeżeli nie chcecie tam trafić, tak jak autor tego tekstu, to nadrabiajcie zaległości i sprawdźcie twórczość zespołu Bright Ophidia. Najlepiej od albumu "Quiet and Calm". Przyznaję się, czekając na tortury, że ja o tej kapeli dotąd nie słyszałem, a w jej dorobku znajdują się przecież cztery duże albumy. Piekło więc czeka. Najpierw chciałbym w pokucie napisać kilka słów o tym albumie, obok którego trudno przejść obojętnie. To dzieło wyraziste, mocne i dosadne.

piątek, 28 marca 2025

Dream Theater "Parasomnia" (recenzja)

Świat starzeje się w taki sam sposób, w jaki robi to postać z okładki szesnastego albumu studyjnego Dream Theater pt. "Parasomnia". Lunatykująca kobieta, oddana mrocznym sennym marzeniom, półmrok, który nieśmiało przypomina zza okien, że kiedyś istniało lepsze życie, a wszystko to w atmosferze przygnębienia i niepewności. W sumie więc widzimy otaczające nas szarości trzeciej dekady XXI wieku, zarówno w sensie emocjonalnym, jak również tym całkiem rzeczywistym, który dotyka współczesnego człowieka. 
 
Jednak nie zawsze tak było. 
 
Jeszcze pod koniec XX wieku grafika zdobiąca legendarny album Dream Theater pt. "Images and Words" z 1992 roku, pozwalała uwierzyć, że świat to tajemnicze i piękne miejsce. Życie było wtedy przygodą – gotową, aby ją przeżywać. Czy więc dziś staliśmy się niewolnikami niepewnego jutra, smutnego, pogrążonego w półmrokach gnijącej kondycji współczesnego człowieka?

sobota, 14 października 2023

Tesseract "War of Being" (recenzja)

Progres jaki dokonał się w twórczości Tesseract na przestrzeni ostatniej dekady jest niesamowity. Bez zbędnego owijania w bawełnę: "War of Being" to najlepsze, najbardziej dojrzałe i absolutnie porywające dzieło zespołu z Milton Keynes. Prawdziwa prog metalowa uczta, pod wieloma względami dzika i wściekła, przede wszystkim jednak techniczna, precyzyjna na poziomie instrumentalnym, wyrafinowana w swej brutalności. Nie mam pytań, nie mam też zębów, których wciąż nie pozbierałem z podłogi po starciu z "War of Being".

Kilkanaście pierwszych sekund piątego dużego albumu Tesseract to solidny ochrzan, który Daniel Tompkins funduje swoim słuchaczom. Ileż w tym wokaliście złości, której dorównuje tylko jego pasja. Gdy już zdążymy się otrząsnąć, to utwór "Natural Disaster", o którym mowa, wchodzi na typowe dla twórczości angielskiego zespołu rejestry, tj. dopracowane w każdym detalu techniczne granie, djent, dużo zmian klimatu i tempa utworu. W tym tornado riffów i partii perkusji oraz seryjnego wrzasku wokalisty, nie brakuje miejsca na liryczną warstwę twórczości Tesseract. Właśnie na tym polega sukces tego zespołu oraz siła rażenia, jaką posiada "War of Being", czyli całkowicie zaskakujące struktury utworów, obok których trudno przejść obojętnie. Będą one wstrząsały słuchaczem, tak jak robi to fenomenalne otwarcie krążka pod postacią utworu "Natural Disaster".