sobota, 10 maja 2025

Na skróty PO ZMROKU, część 4: Solstice, Cheat The Prophet, Wilson Project, Derev

W dzisiejszym międzykontynentalnym odcinku skrótów po zmroku wędrujemy po dwóch kontynentach, Europie i Ameryce Północnej, choć znajdą tu się również orientalne smaczki rodem z Kuwejtu. To odcinek mocnych kobiecych wokali, prog rockowej klasyki idącej odważnie w przyszłość, ważnych momentów oraz mniej lub bardziej udanych eksperymentów.
 
Najpierw wędrujemy do Wielkiej Brytanii. Ceniona przez samego Stevena Wilsona kapela Solstice próbuje nawiązywać do swojej przeszłości, ale też odważnie zmierza w przyszłość. Jej nowy album "Clann" powinien trafić w serca fanów angielskiego prog rocka, którzy będą też z nostalgią wspominać stare, dobre czasy. Następnie krótka wizyta w USA, aby tylko zorientować się, że album "Redemption" kapeli Cheat The Prophet ma szansę stać się jednym z najgorszych nagrań tego roku. Jesteśmy też we Włoszech, poznajemy Wilson Project i piękną Annalisę Ghiazzę na krążku "Atto Primo".  To ona jest głównym atutem tego zespołu. Na finisz znowu płyniemy za ocean - tym razem do Kanady, gdzie zespół Derev próbuje przedstawić się światu albumem "Troubled Mind". Więcej w tym Kuwejtu, niż Kanady, ale brzmi ciekawie.

Solstice "Clann"

W 1984 roku angielska kapela Solstice wydała swój pierwszy album zatytułowany "Silent Dance". Nie zapytam was czy potrzebujecie linka, bo na youtube spokojnie znajdziecie cały album. Piękny, żywiołowy, wyrazisty. Przecież to są analogowe czasy, a na wschodzie Europy komunizm miał się wciąż całkiem nieźle. Dlaczego więc ten mający przeszło czterdzieści lat album tak fajnie brzmi?! Nie miałem jednak pisać o "Silent Dance" tylko o materiale zatytułowanym "Clann". To ósmy spośród studyjnych albumów Solstice. Sześć utworów opatrzonych grafiką wygenerowaną przez sztuczną inteligencję. W sumie można by zacytować Stevena Wilsona i zamknąć słowa tego tekstu: "I loved them then and I love them now...", ale sprawdźmy co rzeczywiście oferuje "Clann"? Sześć utworów, jeśli liczyć dodany na fizycznym krążku "Earthsong", brzmi ładnie. Bardzo po angielsku, bardzo w klimacie nowego rocka progresywnego. Słyszysz muzykę Solstice i czujesz się rześko, dobrze, świeżo, chcesz celebrować otaczający Cię świat. Właśnie taki jest album "Clann". Bardzo przyjazny, oparty na ciepłym brzmieniu, które tylko podkreślają wokale fantastycznej Jess Holland. Sekcja instrumentalna częściej stara się eksponować swój największy skarb, którym jest wspomniana wokalistka, aniżeli dorzucić więcej improwizacji od siebie. W tej ultra optymistycznej scenerii dźwięków ogólne wrażenie wyłamuje kompozycja "Plunk", sięgająca nawet blues rocka, nieco przybrudzona, okolicami zadziorna. Tu i ówdzie w twórczości Solstice progresja rozszerza się także na inne gatunki. Zresztą najdłuższy na dystansie krążka - prawie czternaście minut muzyki - utwór "Twin Peaks" najlepiej opowie czym jest Solstice. Długie przestrzenie instrumentalne, może nieco zbyt wydłużone, wreszcie ustępują fantastycznym zagrywkom. Właśnie to mi się podoba w albumie "Clann". W nieoczywisty sposób muzyka Anglików potrafi przeistoczyć się, znaleźć jakieś całkowicie niespodziewane motywy, które spektakularnie wyłamują konwencję płyty, mam tu na myśli m.in. elektroniczne efekty. W sumie więc bardzo dużo dobrego prog rocka made in England, jeszcze więcej fantastycznej Jess Holland.

Ocena: 8/10 

Cheat The Prophet "Redemption"

W USA możesz nazywać się Kowalski i jesteś Amerykaninem. Możesz mieć w dowodzie Liu Kang i też będziesz Amerykaninem. Taki kraj, który łączy narody tego świata. Dlatego też twórcy Cheat The Prophet - Matt Mizenko, Todd Mizenko i Jamie Boruch - pewnie genetycznie wywodzą się z jakiejś wschodnioeuropejskiej przestrzeni, ale grają prog rocka w USA. Jeśli ktoś pamięta Nepenthe, to będzie też oswojony z muzyką Cheat The Prophet. Ktoś pamięta? ...ja też nie. W każdym razie twórcy Cheat The Prophet mają korzenie w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku właśnie w owym enigmatycznym Nepenthe. Wtedy nikt nie zauważył tego zespołu, teraz też nikt nie zauważy Cheat The Prophet. Wszystko dlatego, że pierwszy album zespołu pt. "Redemption" brzmi jakby był zarejestrowany na prowincjonalnym festynie. Daj spokój, człowieku. Sześć kompozycji tylko udaje, że wpisuje się w rocka progresywnego. Muzyczne patenty stosowane przez Cheat The Prophet są tak słodziutkie, że mogłyby wyposażyć w kilkuletni zapas niejedną cukrownię. Za groźnie brzmiącymi tytułami utworów, np. "Chaos", "Bad Bitch" (OMG!), idą niedopracowane partie instrumentalne, efekty z winampa, jakieś niedopowiedziane muzyczne echo. Przy takim "Paper White" zdążyłem odstawić moją nocną walerianę - to fantastyczny akustyczny usypiacz. Zieeeeeew. Budzę się przy najdłuższej, wielowątkowej kompozycji Cheat The Prophet, pt. "Whisper", i co słyszę? Efekty są ciekawe. Fragmentami nawet uroczo, jak u dalekich kuzynów Marillion. Kapela potrafi nawet przyłożyć na instrumentach. Ostatecznie jednak mocne deja vu - w jedenastu minutach sporo ksero, patenty powielane raz za razem, nudy! Nie chcę tu być, nie chcę słuchać tej muzyki. Nie potrzebuję udawanego rocka progresywnego. Nie nazywam się Kowalski. 

Ocena: 3/10

Wilson Project "Atto Primo"

Jeżeli młodzi ludzie z Italii biorą się za tworzenie muzyki rockowej to istnieją dwa wyjścia. Otóż albo rozniosą Eurowizję, albo nagrają coś, co może być niezrozumiałe, ale ma w sobie sporo magnesu. Wilson Project, cokolwiek by to miało znaczyć, to grupa, która właśnie wydała swój drugi duży album pt. "Atto Primo". Jest w nim dużo magnesu, choć brzmi dziwacznie, łącząc rockowe klimaty lat siedemdziesiątych XX wieku ze współczesnym brzmieniem. Przede wszystkim uwielbiam wokale tej Pani, która nazywa się Annalisa Ghiazza. Na tym moje uwielbienie wobec Wilson Project mogłoby się zakończyć. Znalazły tu się kompozycje o wiele bardziej nudne, niż wszystkie lekcje historii razem wzięte ("Taiji", "Nihonga"), ale im dłużej grają instrumentaliści Wilson Project, tym zespół bardziej się rozgrzewa ("Ragnarok", "Duat") wprowadzając wiele pięknych momentów - magnetyczne zagrywki gitarowe, improwizacje, trochę słodyczy, bardzo dużo pięknego języka włoskiego. Wybrzmiało tu także nieco surrealistycznego brzmienia, które zdradza skłonności Wilson Project do eksperymentowania ze strukturą utworów ("Bolshoi"). Całość ostatecznie dość nierówna, ale głos pięknej Annalisy działa niczym balsam. Podnosi ocenę "Atto Primo", sprawia, że do zespołu chce się powracać.

Ocena: 7/10

Derev "Troubled Mind"

W internetowym reserczu sprawdziłem, że kanadyjska kapela Derev inspiruje się zespołami, których nazw totalnie nie kojarzę. Siedzę w prog rocku i metalu dwie dekady. Za cholerę nie kojarzę inspiracji, z których wyrasta Derev. Biorę pierwszy krążek tego zespołu pt. "Troubled Mind" na uszy i co słyszę? Dużo orientu. Wchodzę głębiej w resercz. Kapela Derev tworzy w Kanadzie, ale większość jej twórców wywodzi się z Bliskiego Wschodu, ściślej: z Kuwejtu. Daje się te orientalne smaczki usłyszeć w muzyce Derev. W ośmiu utworach tworzących album "Troubled Mind" słyszę jakąś tęsknotę. Ten nastrój, to poczucie utraty, będzie dominującą częścią pierwszego albumu Derev. Całość brzmi bardzo uczciwie. To klimatyczne, szczere granie, może w sensie produkcyjnym trochę schowane w piwnicy. Grupa w składzie Adel Saflou, Armando Bablanian, Michel Karakach, Stan Komarovsky i Ran Zehavi romansuje z metalem progresywnym ("Cyclone", "Room 9"), nie obawia się eksperymentowania z dźwiękiem, tworzy interesujące i całkowicie nieoczywiste struktury ("Buried Voice", "Crawl Space", "Paracusia", "Darker Self"), trochę też ucieka w balladę ("Tides Of Time") lub w wyznanie wołającego na pustyni ("Trace Within"). Całość bardzo zróżnicowana, słowa klucze: dziwna, bo orientalna, ale też na pewno warta sprawdzenia. Derev dopiero się rozgrzewa. Jeśli okiełzna studio, to może z tego wyrosnąć naprawdę solidny zespół. 

Ocena: 7/10


Konrad Sebastian Morawski


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz