sobota, 14 października 2023

Tesseract "War of Being" (recenzja)

Progres jaki dokonał się w twórczości Tesseract na przestrzeni ostatniej dekady jest niesamowity. Bez zbędnego owijania w bawełnę: "War of Being" to najlepsze, najbardziej dojrzałe i absolutnie porywające dzieło zespołu z Milton Keynes. Prawdziwa prog metalowa uczta, pod wieloma względami dzika i wściekła, przede wszystkim jednak techniczna, precyzyjna na poziomie instrumentalnym, wyrafinowana w swej brutalności. Nie mam pytań, nie mam też zębów, których wciąż nie pozbierałem z podłogi po starciu z "War of Being".

Kilkanaście pierwszych sekund piątego dużego albumu Tesseract to solidny ochrzan, który Daniel Tompkins funduje swoim słuchaczom. Ileż w tym wokaliście złości, której dorównuje tylko jego pasja. Gdy już zdążymy się otrząsnąć, to utwór "Natural Disaster", o którym mowa, wchodzi na typowe dla twórczości angielskiego zespołu rejestry, tj. dopracowane w każdym detalu techniczne granie, djent, dużo zmian klimatu i tempa utworu. W tym tornado riffów i partii perkusji oraz seryjnego wrzasku wokalisty, nie brakuje miejsca na liryczną warstwę twórczości Tesseract. Właśnie na tym polega sukces tego zespołu oraz siła rażenia, jaką posiada "War of Being", czyli całkowicie zaskakujące struktury utworów, obok których trudno przejść obojętnie. Będą one wstrząsały słuchaczem, tak jak robi to fenomenalne otwarcie krążka pod postacią utworu "Natural Disaster".

W pierwszych dźwiękach kompozycji "Echoes" kapela brzmi łagodniej, ocierając się nawet o patenty new metalowe. Zapadający w pamięć, chwytliwy refren i nieco bardziej przystępna sekcja instrumentalna, budzące skojarzenia z przełomem wieków w metalu. Do tego jeszcze łagodna jak na standardy Tesseract przestrzeń, sprawiają, że "Echoes" wchodzi od razu. Pomijając oczywiście te fragmenty, w których Daniel Tompkins znowu zrywa się ze smyczy, wrzeszcząc tak jakby nosił w sobie ogromny ból, który właśnie eksplodował. Następnie jednak "Echoes" szarzeje w obecności słuchaczy i przytłacza swoim przymglonym finałem. Nawet nie jesteśmy w stanie się zorientować, kiedy wskakujemy do utworu "The Grey". To już konwencja groove. Powrót do drapieżnego klimatu, a przy tym regularna żonglerka tempem utworu - od ściany do ściany - co dla słuchacza będzie czymś w formie starcia na ringu bokserskim. W "The Grey" muzycy Tesseract złoszczą się i łagodnieją, zasypując słuchacza serią potężnych riffów gitarowych i partii perkusji, aby następnie dać chwilę wytchnienia. Tesseract gra tu bardzo metalowo, żywiołowo w każdym tego słowa znaczeniu. Instrumentaliści są niczym dzikie psy. Nagle zmiana. Kapela nabiera dokładności, automatyzmu, następuje celebracja djentu. W tej karuzeli zdarzeń słuchacz otrzyma poczucie absolutnego uczestnictwa. Jest częścią tej rozpędzonej maszyny. Wie, że nie tyle podąża za słowami Daniela Tompkinsa, co jest ich adresatem. Krzycz głośniej, Daniel!!!

Trochę ciszy. Elektroniczny korytarz. Kolejne efektowne przejście. Za chwilę odezwą się legiony, już za chwilę. Raz, dwa, trzy...

...czy to dźwięk amunicji załadowanej do broni? Nienaturalnie łagodny, jak na standardy "War of Being" Daniel Tompkins daje sygnał swoim instrumentalistom. Kompozycja "Legion" okaże się jednym z bardziej refleksyjnych przykładów możliwości Tesseract na nowym albumie. Brzmi to dość przewrotnie, bo utwór ostrzy pazury w wielu momentach, ale jego liryczność również jest tu bardzo odczuwalna. Wokale urozmaicone (we fragmentach - niesamowicie wysokie), a sekcja instrumentalna niedościgniona w swoich wycieczkach po różnych wymiarach metalu. Finisz tych zawodów znowu smutny, osadzony w muzycznych popiołach. Swojego ja? Mojego? Twojego? Kontemplacyjna strona "War of Being" też jest olbrzymią wartością. Kiedy więc następuje utwór "Tender" to można odnieść wrażenie, że angielska kapela spróbowała też zarejestrować formę muzycznego nokturnu. Smutna, rozdzierająca duszę atmosfera utworu, w zasadzie ballada na temat podejmowanych decyzji i ich skutków oraz nieuchronnej utraty, która dociera do spodziewanego, emocjonującego finału, będącego kolejną ilustracją żywiołów, które zostały uwięzione w "War of Being".

W tym tornado emocji, jakie wywołuje nowy krążek Tesseract, innym stosunkowo lekkim, w zasadzie ocierającym się o klimat ballady utworem jest "Sirens". Warto przy tym zauważyć, że ilekroć muzycy Tesseract obniżają ciężar swoich instrumentalnych zagrywek, a wokalista schodzi do bardziej refleksyjnych rejestrów, to kapela przestaje być odporna na skojarzenia przywołujące myśli o nowym metalu. W "Sirens" znalazło się też miejsce na dialog męsko-żeński, subtelny, wpisujący się w ogólną wymowę numeru. Anglicy w zawartości "War of Being" zaprezentowali też eksperymentalną warstwę swojej twórczości, czego najlepszym przykładem jest utwór "Burden". Wyrazista linia basowa, oparta na elektronicznym tle i świetnych partiach gitary prowadzącej, przywołuje ducha djentu. Tym razem nieco manieryczny Daniel Tompkins rozkłada swe partie wokalne wokół ciekawych, choć równocześnie odważnych improwizacji instrumentalistów. Utwór o mniejszej sile rażenia, niż pozostałe, choć nie sposób nie wspomnieć o świetnym gitarowym finale w ostatniej minucie.

Zabrzmi to przewrotnie. Wszak album "War of Being" jest o dwa małe kroki przed ogłoszeniem go dziełem sztuki, ale nawet bez tego wszystkiego, co się na nim wydarzyło, wystarczyłoby posłuchać tylko kompozycji tytułowej, aby mieć pojęcie o aktualnej skali możliwości Tesseract. Rozpisany na przeszło jedenaście minut utwór "War of Being" to definicja stylu angielskiego zespołu. Zimny, mechaniczny klimat, poczucie nadciągającej zagłady, ciężary gruzu, które spadają na głowę słuchaczy. To w zderzeniu z momentami refleksyjnymi, jesiennymi, może nawet beztroskimi. Do tego dochodzą przejścia pomiędzy tymi dwoma warstwami muzycznych emocji, którą są niesamowite i nie dają wytchnienia. Acle Kahney i James Monteith na gitarach okazują się błyskotliwi i zachwycający, tworząc mocne fundamenty tego wielowymiarowego, niezwykle urozmaicanego utworu. Całość kompozycji tytułowej ma swoją logikę - otwarcie i finał łączą się w zgrabnej klamrze, wnętrze będzie zaś lobotomią dla duszy każdego słuchacza, ale nie prowadzi ona do stanu, w jakim skończył Randle Patrick McMurphy. Ma szansę być oczyszczeniem.

W tej materii nie umniejszam też skali innej wielowątkowej kompozycji na krążku, czyli "Sacrifice". Opatrzona wymownym zdjęciem w booklecie podsumowuje raczej melancholijną stronę Tesseract, choć nie brakuje jej "technicznego pazura" właściwego stylowi angielskiej kapeli. W sumie więc album nie daje zbyt dużo wytchnienia. Jest przeżyciem, które mocno wchodzi pod skórę. Transfuzja djentu? Czemu nie! Tyle, że "War of Being" poza zimną precyzją angielskich muzyków jest także krążkiem uwolnionych żywiołów. Albumem drapieżnym, pełnym licznych zwrotów, a także zostających już ze słuchaczem na zawsze.     

 Ocena: 9/10


Tesseract. Djent i żywioły.
 O albumie w skrócie...


Skład: Daniel Tompkins (w), Acle Kahney (g), James Monteith (g), Amos Williams (b, w), Jay Postones (ip, p), a także gościnnie Katherine Marsh (w)
 
Tracklista:
1. Natural Disaster
2. Echoes
3. The Grey
4. Legion
5. Tender
6. War of Being
7. Sirens
8. Burden
9. Sacrifice

Rok wydania:
2023

Kraj:
Wielka Brytania

Produkcja:
Tesseract, Peter Miles

Dystrybucja:
Kscope

Gatunek:
Metal Progresywny
Djent


Podsumowując: "W tej karuzeli zdarzeń słuchacz otrzyma poczucie absolutnego uczestnictwa. Jest częścią tej rozpędzonej maszyny"

Konrad Sebastian Morawski
 
*Polub Progresję Po Zmroku na facebooku i bądź na bieżąco z aktualnymi recenzjami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz