piątek, 25 kwietnia 2025

Teramaze "The Harmony Machine" (recenzja)

Czy układ krwionośny człowieka na stałe został podłączony do cyfrowych żył i tętnic pompujących elektroniczną krew, w której zamiast tlenu, płynie nasze indywidualne wyobrażenie świadomości? Australijska kapela Teramaze na swoim nowym albumie zatytułowanym "The Harmony Machine" zadaje więcej, niż to jedno pytanie. Teramaze wydaje się dziś bardziej słyszalne, niż kiedykolwiek wcześniej. Nic dziwnego. W końcu grupa zaliczyła jeden z najlepszych albumów w swoim dorobku.

Wywodzący się z Melbourne zespół zmienia się i ewoluuje, będąc dziś czytelną ilustracją skali inspiracji, którą dostarcza jej rock i metal progresywny. Teramaze zaczynał wszak od thrash metalu, aby  dekadę temu zdecydowanie rozszerzyć swoje horyzonty. W grupie wciąż jest dużo metalu. Kapela brzmi zadziornie i mocno, ale paleta jej wpływów w porównaniu do pierwszych nagrań uległa znaczącemu rozszerzeniu. Tak oto album "The Harmony Machine" oferuje łącznie dziewięć kompozycji, których brzmienie łączy drapieżne heavymetalowe klimaty z dźwiękami zbliżonymi do nowego metalu. Ten mariaż wyszedł Teramaze całkiem nieźle. Album "The Harmony Machine" brzmi wyraziście i dosadnie, jest w nim trochę klasycznego, rdzennego metalu, ale ogólne wrażenie popycha w kierunku nowoczesnego soundu.  
 
Mierzysz się z tracklistą nowego albumu Teramaze i myślisz: "Dawno tego nie słyszałem. To jest dobre". Właśnie świeży sound tego krążka to pierwszy z jego mocnych atutów. Inżynierowie dźwięki dali radę, bo "The Harmony Machine" to najlepiej wyprodukowany album w dziejach zespołu. Myślę, że posunąłbym się za daleko, gdybym napisał, że brzmi bardzo po amerykańsku, ale skojarzenia z new metalem są nieuniknione. Trochę na fali sukcesu ostatniego albumu Linkin Park momentami w twórczości Teramaze daje się usłyszeć ukłony wobec tego świata muzyki, która brzmi rockowo i dobrze się sprzedaje ("Ending of All", "Perfect World"). Tymczasem wracamy do samej esencji Teramaze. Poszczególne kompozycje mają swoją własną tożsamość. Brzmią tak jakby nagrała je kapela z Melbourne, ale coś tu się zmieniło - siła przekazu, wyraźniejsze instrumenty, bardziej przejmujący i urozmaicony wokal, liczne efekty dźwiękowe i historia współczesnego człowieka, która idzie za krążkiem "The Harmony Machine". Zapnijcie pasy, bo na nowym albumie Teramaze znalazły się także motywy rodem ze świata cyberpunka. Czad!

Sekcja instrumentalna potrafi zasunąć - chciałoby się rzec - w starym metalowym stylu ("Bullet to a Pharaoh", "Sinister", "Desire Colours N' Lust", "Black Sound"), tak, aby przypomnieć, że ma w swoich szeregach rasowych gitarzystów i takiego też perkusistę. Seria dopieszczonych riffów gitarowych i partii perkusji nadaje odpowiedniego ciężaru albumowi "The Harmony Machine", a porywające solówki gitarowe ("Bullet to a Pharaoh",  "Desire Colours N' Lust", "Black Sound", "The Harmony Machine") budują jego wyrazistość. Zresztą sekcja gitarowa, w skład której wchodzą Dean Wells i Chris Zoupa kilkukrotnie na dystansie albumu poczarowała riffami, oferując słuchaczom nieco wirtuozerii. Fragmentami zaskakuje też wokal Nathana Peacheya, który na "The Harmony Machine" potrafi wykrzyczeć całą złość, która w nim tkwi. Te krzykliwe, niekontrolowane momenty, to najlepsza część wokalisty, który finalnie dobrze wpisuje się w nowoczesne brzmienie Teramaze. Jego wokal pasuje do dźwięku.

Całość w przeważającej części to więc kolekcja fajnych numerów, które mają w sobie dużo energii i momentów wartych zapamiętania, choć niewykluczone, że niektóre przelecą niezauważone ("Gloom"). Za to kapitalnie wybrzmiewa finał albumu. Dwa ostatnie utwory - "Black Sound" i tytułowy "The Harmony Machine" - to pokaz wielkich możliwości Teramaze. Prawdziwa, nowocześnie brzmiąca celebracja metalu progresywnego. Złamania struktury tych rozbudowanych utworów, w zaiste fantastycznym progresywnym stylu, nie mogą zostać niezauważone. Kapela buduje tu świetny, mroczny nastrój. Sekcja instrumentalna zmienia tempo, czaruje dźwiękiem i zaskakuje drapieżnym charakterem, niekiedy brzmi ostro i metalowo, czasem woła o refleksję. To właśnie tu daje się odczuć, że mamy do czynienia z zespołem wielkiej klasy. Przy tej okazji łatwo o refleksję, iż szkoda, że Teramaze nie odważyli się mocniej postawić na dłuższe, progresywne kompozycje, które Australijczykom wychodzą wyjątkowo dobrze.

W sumie więc można też zauważyć, że muzyka Teramaze przez pewien czas dojrzewała (...trzydzieści lat!), zmieniał się skład zespołu, a jego muzycy poszukiwali własnej tożsamości. Moim zdaniem ten proces został właśnie ukończony. "The Harmony Machine" to najlepszy album w dyskografii Teramaze. Dzieło, któremu nie brakuje takich momentów, którą próbują poszukiwać kompromisów pomiędzy rockiem, metalem i chwytliwym brzmieniem, ale przede wszystkim materiał odzwierciedlający duże możliwości Teramaze. Zarówno w tworzeniu momentów nieodpornych na pamięć i emocje, jak również w budowaniu rewelacyjnych prog metalowych struktur. Całość spaja historia, która powinna wpisać się w układ krwionośny wielu słuchaczy. 

Ocena: 8/10


_MEMOpozmroku
 

Skład:
Dean Wells (g, w), Nathan Peachey (w), Andrew Cameron (b), Nick Ross (p), Chris Zoupa (g), a także Dean Kennedy (p), Hugo Lee (sax), Dave Holley (ik)


Tracklista:
1. Like a Cyborg
2. Bullet to a Pharaoh
3. Gloom
4. Ending of All
5. Sinister
6. Perfect World
7. Desire Colours N' Lust
8. Black Sound
9. The Harmony Machine

Produkcja:
Teramaze

Dystrybucja:
Self-Released

Kraj:
Australia

Rok wydania:
2025 

Gatunek: Metal Progresywny, New Metal


Podsumowując: "Poszczególne kompozycje mają swoją własną tożsamość. Brzmią tak jakby nagrała je kapela z Melbourne, ale coś tu się zmieniło - siła przekazu, wyraźniejsze instrumenty, bardziej przejmujący i urozmaicony wokal, liczne efekty dźwiękowe i historia współczesnego człowieka, która idzie za krążkiem"

Konrad Sebastian Morawski


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz